Śnieżnik – szczyt który mnie zaczarował

 

Śnieżnik – szczyt który mnie zaczarował.

W 2010 r. w kwietniu przez trzy tygodnie przebywałem w sanatorium w Lądku Zdroju. Z balkonu mojego pokoju widoczny w oddali bielił się w słońcu ośnieżony szczyt Śnieżnika.
Nie wiem, czy to zapach budzącej się do życia przyrody, czy powiew ciepłego wiosennego wiatru, czy sam jego widok obudziło we mnie pragnienie zdobycia tej góry?
Gdy myślałem o tym w tamtej chwili wydawało mi się to tak nierealne wręcz nieosiągalne bo: nigdy nie wędrowałem po górach, męczyło mnie nawet niewielkie podejście, ujawniło się lekkie nadciśnienie i w ogóle wszystko było przeciwko takiemu zamiarowi. Więc co mi strzeliło do głowy?
To ta góra tak czarowała mnie, mamiła i przywoływała: dasz radę, to jedyna okazja, jesteś tak blisko, tak blisko że wystarczy tylko…
No właśnie często to nie wystarczy, kiedy inni wchodzą po schodach a ty musisz skorzystać z windy, bo ból ci głowę rozsadza to nie ma wyboru, trzeba sobie odpuścić.
Skoro szczyt ten pozostawał poza moimi możliwościami postanowiłem że spróbuję na co mnie stać w najbliższym sąsiedztwie Lądka i chociaż początki były trudne ich pokonanie sprawiało mi ogromną frajdę, zaopatrzony w mapę ruszyłem na podbój Trojaka 766 m n.p.m. innego dnia zboczami pobliskich szczytów obszedłem cały Lądek i niemal z każdego wyżej położonego miejsca widziałem ośnieżony szczyt Śnieżnika który nadal mnie czarował.
Według wskazówek innych kuracjuszy-turystów pokusiłem się na samodzielne zdobycie Borówkowej Góry 900 m n.p.m. na którą różnymi trasami wchodziłem trzykrotnie i po tym wyczynie poczułem że mógłbym pokusić się na próbę zdobycia Śnieżnika, że jestem do tego gotowy i to chyba wtedy obudził się we mnie „wędrowca”
Na dzień przed końcem turnusu wraz z przemiłym starszym doświadczonym w górskich wędrówkach panem Zbyszkiem jego samochodem, pojechaliśmy do Kletna skąd rozpoczęliśmy podejście na szczyt.
I udało się, piękna pogoda, wspaniałe widoki i uczucie ogromnej satysfakcji i radości z dokonania czegoś co jeszcze niedawno wydawało mi się niemożliwe – bezcenne.

Teraz samochodem Przemka wraz z Ewą, Kają i Adamem opóźnieni do planu szybko jechaliśmy na miejsce.
Byliśmy pierwsi, więc po śniadaniu postanowiliśmy dotrzeć na docelowy parking. Dzięki kupieniu w Lądku Zdroju właściwych łańcuchów na koła samochodu Przemka pokonanie stromego odcinka drogi przebiegło sprawnie a tu z rozmachu minęliśmy miejsce zbiórki i drogą przez las zjechaliśmy na parking do Kletna. Po wyjaśnieniu pomyłki chcieliśmy wrócić tą samą leśną drogą ale zakopaliśmy się po osie kół i pomimo prób wypchnięcia samochodu przez nas i grupę turystów, dopiero interwencja ciągnika zdołała nas uwolnić z tej opresji po czym jako ostatni dotarliśmy na właściwe miejsce.
Po dojściu do reszty grupy na trasie kontynuowaliśmy trud podchodzenia po częściowo przetartym szlaku do schroniska na Śnieżniku. W tych warunkach bardzo doceniłem zalety rakiet śniegowych. Mozolna wędrówka zajęła nam jednak kilka godzin. Odpoczynek, posiłek i podejście do obozowiska survivalowców późnym wieczorem dostarczyło dodatkowych emocji wraz ze zwiedzaniem jam i namiotów.
Nocne szkolenie posługiwania się GPS uświadomiło mi zalety tego urządzenia w kontekście porannego wydarzenia.
Rano osuszone ubrania dawały gwarancję dobrego przygotowania do zdobywania szczytu zaraz po odprawie
i śniadaniu.
Szczyt był zawiany świeżym śniegiem, zamglony, zimny, powoli pokonywaliśmy dystans dzielący nas od sukcesu.
Owiewani porywistymi podmuchami wiatru dotarliśmy do oznaczonego punktu na szczycie Śnieżnika.

Teraz po trzech latach stojąc ponownie na tym szczycie i to zdobytym zimą wraz z innymi osobami niepełnosprawnymi i wolontariuszami z projektu „Niepełnosprawni w Górach – Razem na Szczyty” pomyślałem o tym jaka zmiana dokonała się we mnie od tego czasu i przypomniałem sobie o marzeniu które wtedy, po tym wyczynie nieśmiało we mnie zakiełkowało, by wejść i zdobyć wszystkie jakie tylko się nadarzy okazja szczyty. Nie te najwyższe, niedostępne i niebezpieczne ale te które są blisko albo są w nas które często lekceważymy że są, jednak na co dzień kosztują nas bardzo wiele wysiłku, potu czy łez.
Niesamowite jest to że i tym razem czułem tę energię i moc płynącą z tej góry która wtedy dała mi siłę i odwagę na pokonywanie własnych ograniczeń i słabości a teraz napełniła spokojem i wiarą w siebie.
Radość, kilka zdjęć w tym grupowe, łyk herbaty i z powrotem na dół. W schronisku obiad odpoczynek i zejście do samochodów oraz przejazd z powrotem w trudnych warunkach drogowych szczęśliwie mija bezpiecznie, byłem w domu.

Dzięki projektowi Razem na Szczyty mam szansę na realizację swojego marzenia zdobywam kolejne szczyty, poznaję nowe miejsca, innych ludzi a co więcej mam szczególną możliwość i zaszczyt fotografowania
i filmowania wszystkich uczestników podczas tych wypraw.
To fascynujące że mogę przeżywać te wyprawy jakby podwójnie, bo dodatkowo poprzez wizjer kamery gdy filmując, obserwuję wasze zmagania z pokonywania siebie i trudności jakie napotykacie i potem montując z tego film. Jestem pełen podziwu i uznania dla wszystkich osób biorących udział w projekcie, uczestników i wolontariuszy, gratuluję Wam i dziękuję za wszystko.




tekst oraz filmik: Roman Drobniak


Relacja ze Śnieżnika

 

Czas akcji: 22.02.2013, godzina 15.32. Miejsce akcji: peron III na dworcu pkp Łódź-Kaliska. Bohaterowie: na razie tylko ja i Marcin. Właśnie tak zaczyna się moja kolejna, zimowa przygoda w górach. Jedziemy do Wrocławia, by w sobotę rano wyruszyć samochodami pod kolejny szczyt z tzw. Korony Gór Polski ujęty w projekcie Razem na Szczyty (tym razem Śnieżnik) i podjąć w niedzielę próbę „ataku szczytowego” (udanego zresztą, jak się to potem okaże).
Ale po kolei. Jest piątek. Podróż jak zwykle się dłuży. Pociąg ma znów jakieś opóźnienie. Ogrzewanie chodzi niemiłosiernie. Ukrop. Albo lepiej do pkp pasuje słowo „piekło”. W pewnym momencie pociąg przyspiesza, nadrabia opóźnienie i dociera na stację Wrocław Główny. Na peronie witamy się z Krzyśkiem. Pomaga nam wysiąść i jedziemy na nocleg do niego do domu.
W domu u Krzyśka herbata, piwo. Dojadam też bułkę (jeszcze z Łodzi, kolejne bułki będę jadł na jutrzejsze śniadanie. W ogóle dużo jedzenia zabrałem tym razem). W trakcie piwa zaczynają się rozmowy i „przechwałki”. Wspominamy góry, oglądamy jakieś zdjęcia. Ot tak. Wszystko i nic. W końcu idziemy spać.
Jest sobota rano. Szybka kawa, słynna i kolejna bułka. Schodzimy na dół. Dziewczyny w samochodzie już czekają. Teraz tylko, jedyne 2,5 godziny drogi autem i jesteśmy na miejscu. Podróżujemy w piątkę: ja, Marcin, Krzysiek, Mariola i Ania. Ania jest kierowcą i idzie jej chyba bardzo dobrze. Drogę umila radio, Presley i Chopin. Dla równowagi podróż uprzykrzał będzie głęboki, świeży śnieg i zaspy, w które parę razy się zakopaliśmy. Trzeba było wtedy wysiadać i wypychać auto. Życie…
I koniec laby. Dojeżdżamy wreszcie na parking. Witamy się z całą resztą ekipy. Niektórych już zdążyłem poznać bliżej. Niektórzy są tutaj po raz pierwszy. Niektórzy to już niemalże bliscy znajomi. Stąd da się tylko iść w górę na piechotę. Przyszedł czas kiedy wygodne i ciepłe miejsce w fotelu samochodowym trzeba porzucić i podjąć „żmudną” i „długą” wędrówkę z plecakiem przy delikatnie mówiąc „średniej” pogodzie.
I się zaczęło. Krok, krok, plecak, śnieg, spoglądanie na mapę. I tak przez ponad 4 godziny. W końcu jest! Powoli się ściemnia, ale my już w schronisku. Herbata, kawa, jakiś posiłek (wszystko średnie i drogie). Ale to nie koniec na dziś.
Równolegle z nami, przyjechała również grupa kursantów szkoląca się z zakresu zimowego survivalu. Jednym z zadań było wykopanie przez nich jam śnieżnych, które my, jako ekipa Razem na Szczyty mięliśmy przyjemność „odwiedzić”. Co ciekawe, mimo że są całkowicie wykopane i zbudowane ze śniegu to jest tam wyjątkowo ciepło. I mimo że o tym wiedziałem, ale fakt „klaustrofobiczności” jamy i ryzyko że nagle taka jama „spadnie zaraz na głowę” powodował że mimo wcześniejszych okazji i propozycji zawsze wybierałem spanie w namiocie lub pod zwykłym dachem. Na koniec, już w schronisku, Maciek opowiedział trochę o systemach GPS i GSM i poszliśmy spać.
Niedziela, rano. Dzień „ataku szczytowego”. Pogoda- średnia. W nocy- dosypało. Iść, nie iść? Jest decyzja- próbujemy, zgodnie z hasłem że „jak nie ma ryzyka, nie ma zabawy”. Zawrócić zawsze można. Ruszamy. Niby tylko 40 min. Ale to chyba nie w tych warunkach. I tu zaskoczenie. Pozytywne zaskoczenie. Śnieg jest nawet, w miarę ubity. Szlak jakby przetarty. Wieje mocniej dopiero na grani. Widoczność tylko nie rozpieszcza. Podobno ze Śnieżnika jest nawet ładny widok. Podobno? Gdyby mi ktoś nie powiedział, że to już tu, poszedłbym dalej. Jakaś tablica, jakiś kamień, ponoć to był szczyt. Zresztą, jakby ktoś wątpił, to będzie zdjęcie.
Na szczycie chyba piłem jakąś herbatę. W każdym razie nie trwało to długo. Powrót. Poszło nam znacznie szybciej niż w górę. Po drodze schronisko, jakiś obiad, ciepłe picie i „z łezką w oku” przygoda dobiega końca.
Jeszcze tylko droga powrotna. Długa droga powrotna. Bardzo długa droga powrotna. I wreszcie parking, upragniony samochód i komfortowy fotel. I kolejny stres. Jest godzina 16.10. Pociąg Wrocław-Łódź odjeżdża o 18.51. A my jesteśmy daleko, bardzo daleko. Jak zdążymy to będziemy na styk. I faktycznie jesteśmy na dworcu o 18.49. Zdążyliśmy. Jedziemy. I przyjedziemy znowu.

tekst: Bartek Michalak

Sabat czarownic na Łysej Górze

W pewien bardzo mroźny weekend ekipa Razem na szczyty wybrała się w Góry Świętokrzyskie. Dowiedziały się o tym czarownice i zadbały o to, żeby widoki były iście bajkowe. Wysłały też swojego przedstawiciela, żeby wieczorem, przy ognisku pogratulować wszystim zdobywcom Łysicy. A tak to było….

Edi Karolczak GALERIA 1

Asia Ciołek GALERIA 2

Marcin Rżanek GALERIA 3

Oraz galeria zdjęć Romka Drobniaka:

Relacja z Łysicy

 

Ten wyjazd rozpoczął się dość wcześnie i od razu z kopyta. Wychodząc z domu zobaczyłem jadący autobus, więc miałem niezłą poranną rozgrzewkę – 300 metrów biegiem. Miasto Łódź budziło się leniwie w sobotni poranek, gdy przemierzałem całe miasto na dworzec PKS. O godzinie 6 rano ruszyłem do Kielc. Spokojna jazda z podziwianiem zimowej aury i mijających mnie krajobrazów sprawiła ze trzy godzinna podróż minęła dość szybko i w Kielcach byłem kilka minut po 9-tej. Na dworcu czekał na mnie Kamil, który zabrał mnie z dworca najpierw pod swój dom, by zabrać Ninę i Anię. Dalej pojechaliśmy przez miasto i po drodze zwiedziliśmy przy okazji Amfiteatr i kamieniołomy kieleckie. Udaliśmy się potem do mamy Magdy i Niny, gdzie miała się zebrać cała nasza ekipa uderzająca w ten weekend w Góry Świętokrzyskie. Gdy już wszyscy się zjechali, ruszyliśmy do Św. Katarzyny. Tam mieliśmy nocleg w PTSM-ie, nieopodal którego zaczyna się szlak na Łysicę. Szybkie przepakowanie bagaży do pomieszczenia w schronisku, stuptuty na nogi i po godzinie 13-tej ruszyliśmy na Łysicę. Na początku szlaku zobaczyliśmy źródełko i kaplicę św. Franciszka. Magda opowiedziała nam legendę związaną z tym miejscem. Dalsza droga na szczyt prowadziła przez las, a mnie najbardziej w czasie tej wędrówki brakowało otwartych krajobrazów bo widoki były typowo leśne i gdyby nie szlak pod górę to bym nie czuł, że jestem w górach. Na szczyt dotarliśmy po godzinie 15-tej. Pamiątkowe zdjęcia i odpoczynek w sumie zajęły nam ok. 30 min. Sam szczyt uznałbym szczytem typowo „na zaliczenie” do kolekcji korony gór polskich, widoki nie powaliły mnie na kolana bo podobne są w większości lasach Polski. Do schroniska wróciliśmy po 17-tej, kolacja (bigosik), a po niej ognisko „sabat czarownic” i różne luźne zabawy w świetlicy schroniskowej. Niedzielę rozpoczęliśmy śniadaniem i około 9- tej pojechaliśmy samochodami do Nowej Słupi skąd ruszyliśmy szlakiem na Św. Krzyż. Szklak, również dość łatwy z jednym większym podejściem po drewnianym podeście. Po godzinie marszu dotarliśmy pod klasztor na św. Krzyżu. Zwiedziliśmy klasztor, udaliśmy się również na taras widokowy gdzie podziwialiśmy krajobrazy i oblodzoną, ośnieżoną wieżę telewizyjną. Po tym wszystkim udaliśmy się w drogę powrotną na parking. Po godz. 14 pożegnaliśmy naszą ekipę i wróciliśmy do Kielc. Autobus z Kielc miałem o godzinie 15:30, została chwila na zakupy, pożegnanie ze znajomymi i ruszyłem do Łodzi. Dojechałem przed 19-tą, a godzinę późnej byłem już w domu. Tak zakończył się mój trzeci wyjazd z ekipą „Niepełnosprawni w górach – razem na szczyty”. Kolejny mam nadzieję, że już za miesiąc.

tekst: Marcin Rżanek

Dwa dni, dwa szczyty

 
Dwa dni, dwa szczyty.

Jest już grudzień. Właśnie zaczął się sezon narciarski, a my postanowiliśmy to uczcić ten fakt zimową wyprawą.
W sobotę 8 grudnia zebraliśmy się na dworcu PKS, a raczej w poczekalni bo przecież to już prawie zima i są minusowe temperatury. Kiedy już wszyscy się odnaleźli ruszyliśmy ku przygodzie.

Dotarliśmy do Zieleńca. Ulokowaliśmy się w schronisku. Powoli zaczęła zjeżdżać się reszta ekipy. Po przepakowaniu plecaków i odprawie ruszyliśmy po szczyt. Szliśmy w mrozie w puszystym śniegu po wąskiej ścieżce, pod górę, pod błękitnym niebem, przy świecącym słońcu, z uśmiechami na gębach. Mijaliśmy kolejne zakręty, aż w końcu szczyt już tak blisko. Jest! Tak jest! Doszli wszyscy. Radości nie było końca. Jesteśmy wszyscy 😉 Oczywiście nie obyło się w tym niezwykłym momencie bez peperazzi. Uśmiech proszę – mówił samowyzwalacz. Ruszamy dalej, tym razem ku Masarykovej Chatce. Cali oblepieni śniegiem przecieramy szlak. Byle do przodu. Już pod ciemnym niebem doszliśmy do celu. Siąść, zjeść, w ciepłym miejscu wypić gorące napoje – to wszystko krążyło wszystkim w głowach. Odpoczynek triumfalny. Po napełnieniu brzuchów zebraliśmy się w drogę powrotną. Jechałam samochodem z Tomkiem, Anią i tatą Ani. Pozostali odważyli się zjechać na byle czym do schroniska niemalże pionowo w dół. Tym dzielnym chwała i cześć. Na dole, w schronisku przyszedł czas na herbatę, bułki i integrację. Oczywiście nie obyło się bez świętowania niedawnych urodzin Dzika (nie powiem ile skończył lat, bo jeszcze podpadnę i co będzie…?) Była tortowa pizza. Jeszcze wspólne oglądanie filmu i wpakowanie się w śpiworki lub otulenie się kołderkami poszliśmy spać.

Następny dzień zaczął się wcześnie, bo mieliśmy zamiar wejść na Jagodną. Ruszyliśmy w jej stronę. Zaczęliśmy wędrówkę z parkingu. Znów pod górę. Ale przecież to czysta przyjemność, więc wszyscy byli uśmiechnięci. Nogi same idą do przodu. Obudziłam się z celem zdobycia Jagodnej pierwsza. I jak postanowiłam, tak zrobiłam 😉 Choć wyobrażałam sobie ten szczyt zupełnie inaczej. Ale i tak był piękny. Kiedy wszyscy weszli zrobiliśmy zimowy piknik – kanapki, herbata znalazły się nawet słodycze. Po odpoczynku zaczęliśmy ewakuować w dół. Miałam miłą przyjemność iść z Agą K. Udało nam się zejść, a niektórym zjechać do schroniska. Na goorąącąąą heerbaatęę. Jedliśmy, piliśmy, gadaliśmy, śmialiśmy się nie wiadomo z czego. Kiedy mieliśmy pełne brzuchy przyszedł czas pożegnania, a tego nie lubię. Ale przecież przyjdzie też czas witania 🙂

Dziękuję wszystkim za okazaną mi pomoc. Wy już wiecie za co.
Dziękuję za pokazanie mi piękna zimowych gór w pełni ośnieżonych, cichych i wspaniałych.

Bogucha

„Gór mi mało i trzeba mi więcej…”

 

Dawno nie pisa?am nic o zdobywaniu szczyt?w Korony g?r Polski. Nie dlatego, ?e nie zdobywa?am szczyt?w, ale dlatego, ?e jako? zabrak?o wtedy weny tw?rczej. Dzi? jednak mam wielk? ochot? napisa?, bo miniony weekend pod wzgl?dem zdobywania g?r by? dla mnie wyj?tkowy. Do tej pory zdobywali?my szczyty wiosn? i jesieni?, ale teraz jest zima.

Top and cheap essay writing service on https://instantwritings.com/. That is your way to inmprove your marks. Instantwritings.com – qualified essay.

Pocz?tkowo twierdzi?am, ?e nie wybior? si? na wyprawy zimowe, bo moje nogi nie radz? sobie ze ?lisk? powierzchni? w dolinach, a co dopiero w g?rach. C?? – my?l? sobie – trzeba odpu?ci? g?ry, a? do wiosny, pomimo pragnienia zobaczenia g?r zim?.
Pewnego dnia dosta?am maila od Asi, z pro?b? o wysy?anie zg?osze? na grudniow? wypraw?. Napisa?a, ?e w jej ocenie droga na Orlic? jest ?atwa. Czyta?am tego maila chyba kilka razy i mi co? w g?owie za?wita?o: A mo?e by jednak spr?bowa?? Potem by?o jeszcze troch? w?tpliwo?ci, ?e nie mam potrzebnego sprz?tu, ?e mo?e ?niegu b?dzie po kolana, albo ?lisko, co wtedy b?dzie? Ostatecznie, co zrobi?am? No jasne, ?e nie wytrzyma?am. Sprz?t skompletowa?am w tydzie?, zg?oszenie wys?a?am i pojecha?am, jak zwykle noc? i jak zwykle z nadziej?, ?e z ekip? Razem na szczyty si? uda.
Po dojechaniu kilkoma samochodami z Wroc?awia do Ziele?ca, przepakowaniu plecak?w i odpowiednim przygotowaniu do drogi, ruszamy na Orlic?. Droga ca?kiem szeroka, ?niegu sporo, ale bardzo dobrze si? idzie, pogoda wy?mienita, lepszej wymarzy? sobie nie mo?na. Idziemy grupkami w znakomitych nastrojach. Podziwiamy zimowy krajobraz g?r, choinki wszystkie, bez wyj?tku ubrane na bia?o. Wiadomo -w zimie czapki trzeba mie?, a, ?e s? one ze ?niegu to nie szkodzi – choinkom to nie przeszkadza. Inna sprawa, ?e te ?niegowe czapki sypi? si? nam za ko?nierze, kiedy trzeba przej?? pod choinkami, szturchaj?c je nieco. Ale… przecie? nam to te? nie przeszkadza – strzepujemy ?nieg z kurtki, wytrzepujemy z kaptura i dalej idziemy. Teraz do?? ostro pod g?r?, w?sk? ?cie?k?, a potem zakr?t. I nagle… bum. le??… – chyba za ostro wesz?am w zakr?t czy co? nie wiem, ale odkry?am, ?e w zimie w g?rach wcale nie musi by? ?lisko, a przewracanie si? (specjalne czy przypadkowe) nie boli, ani troch?, wszak jest to mi?kkie l?dowanie w ?niegu. Jeszcze par? krok?w i jest! Orlica (VRCHMEZI) 1084m n.p.m zdobyta! I to w zimie! Troch? si? nawet zdziwi?am, ?e jako? wcale bardzo trudno nie by?o i w miar? szybko, jak na moje nogi. To jednak tylko po?owa sukcesu, bo trzeba jeszcze zej??, a to wcale nie oznacza, ?e b?dzie ?atwiej. Zaplanowali?my odwiedzi? Czech?w w Masarykowej Chacie. Droga do tej chaty pocz?tkowo ca?kiem dobra, okaza?a si? bardzo d?uga i coraz trudniejsza do pokonania. Nogi zacz??y mi si? buntowa?, a? w ko?cu odm?wi?y wsp??pracy i zastrajkowa?y. C?? – nie chcia?am tego, ale sta?o si?. Trudno. Jak to dobrze, ?e RAZEM idziemy na szczyty. W tej sytuacji dowiedzia?am si? do czego potrzebne s? cztery r?ce i cztery nogi wolontariuszy w g?rach. Nie tylko do tego, aby prowadzi?, ale by d?onie po??czy?, zbudowa? krzese?ko i przenie?? ile trzeba (Ch?opaki, bardzo, dzi?kuj?!!!). Ostatnie metry do chaty sz?am z ekip?, ale ju? na w?asnych nogach. Weszli?my do chaty i… s?ysz? oklaski… Dla mnie to bardzo pi?kny i wzruszaj?cy gest, nie wiedzia?am co powiedzie?… Pomy?la?am…, ?e ta pomoc, ?yczliwo?? i wsparcie jest jak Bo?e Narodzenie… Nie szkodzi, ?e do?wiadczy?am go w samym ?rodku Adwentu. W og?le ten sobotni zimowy dzie? w g?rach obfitowa? w moje pi?kne i zaskakuj?ce odkrycia- np. takie, ?e niebo nie zawsze jest niebieskie, ale bywa pomara?czowe, fioletowe i czasami, cho? wtedy do?? blado, wida? na nim siedem kolor?w t?czy.
Po kr?tkim odpoczynku w Masarykowej Chacie czas na drog? powrotn? do Ziele?ca. Dzi?ki ?yczliwo?ci Tomka cz??? ekipy pojecha?a samochodem, a pozostali zjechali z g?rki wykorzystuj?c sanki, jab?uszka, worki z sianem. Tego wieczoru w schronisku czeka nas jeszcze niespodzianka. Urodziny Dzika by?y kilka dni przed wypraw?, ale ?wi?towa? razem z nami w g?rach. Zamiast tortu by?a pizza i nasze gromkie sto lat z najlepszymi ?yczeniami. Ogl?dali?my film z narciarskimi akrobacjami. Potem jeszcze kr?tkie og?oszenia szefowej wyprawy i pora spa?, bo w niedziel? zdobywamy kolejny szczyt – Jagodn?.
Pomimo sobotniej trudnej drogi powrotnej z Orlicy zdecydowa?am si? zdobywa? nast?pnego dnia drugi szczyt. Nogi troch? bola?y, ale posz?am – tzn. poszli?my znowu razem na szczyty. Po kilku godzinach drogi zdobyli?my Jagodn? (977m n.p.m). Kr?tki odpoczynek, kanapki, herbata no i schodzimy do schroniska. Czas podzi?kowa? i po?egna?. Ruszamy do Wroc?awia, a potem znowu nocnym autobusem do domu.
Ten weekend by? niezwyk?y. W sercu wci?? jeszcze wspomnienia i rado?? ze zdobycia dw?ch kolejnych szczyt?w (w sumie mam ju? ich 8). Wiem, ?e zdobywanie szczyt?w bywa trudne, mimo to wci?? kocham g?ry i ?piewam sobie cichutko s?owa us?yszanej kiedy? piosenki: „… g?r mi ma?o i trzeba mi wi?cej…, g?ry, g?ry i ci?gle mi nie do??…”

tekst: Ania Makowska