Bartkowa relacja z zimowego wyjazdu

 

8 grudnia 2012, sobota, godzina 7.45, Wrocław, dworzec PKS. Banda pozytywnie zakręconych osób- tych pełnosprawnych i niepełnosprawnych jedzie w góry zdobywać kolejny szczyt z projektem „Razem na szczyty”.
Szybkie odliczanie, czy aby wszyscy są i w drogę. Każdy z uczestników ma już zaplanowane gdzie i czyim autem jedzie. Szkoda byłoby czasu na takie rzeczy na gorąco. Byleby szybciej w góry.
Jedziemy. W samochodzie ciepło. Radio działa poprawnie. W głębi duszy pewnie każdy zadaje sobie pytanie, jak będzie i czy wszystko się uda? Na razie jest dobrze, nawet bardzo dobrze. Na organizację nie można narzekać. Pogoda- prześliczna. Zimno, leży trochę śniegu, słońce świeci jasno. Niebo- przejrzyste, błękitne i prawie bezchmurne. Co jakiś czas widzę jak magicznie blikują kawałki lodu dzięki ostrym promieniom słońca.
Najpierw droga jest szeroka. Mijamy różne samochody. Osobowe, tiry, różne miasteczka i wioski. Swoją drogą to „ładnieje” trochę ta nasza Polska.
Potem już droga staje się węższa. Jest bardziej kręta i wyboista. Nagle zrobiło się więcej śniegu, a lasy iglaste, pagórki, widoki i klimaty informują, że jesteśmy coraz bliżej gór.
Wreszcie dojeżdżamy. Naszym pierwszym miejscem wypadowym i gdzie mamy zarezerwowany nocleg jest Zieleniec. Zieleniec jest największym ośrodkiem narciarskim w Kotlinie Kłodzkiej (jednym z większych w Sudetach). Jest dzielnicą Dusznik Zdroju. Leży na wysokości ok. 950 m. n. p. m. w paśmie Gór Orlickich. Panuje tam specyficzny mikroklimat (jedyny taki w Polsce) – zbliżony do alpejskiego.
Robimy szybkie przepakowanie plecaków, szybka herbata, ktoś pospiesznie pałaszuje jakąś bułkę i na szlak. Kawałek drogi można podjechać samochodem. Korzystam z tej szansy. Inni, dzielnie idą na piechotę. Wreszcie punkt wypadowy. Stamtąd można iść tylko wyżej. Naszym celem jest dziś Orlica. Orlica (niem. Hohe Menze lub Hohe Mense, czes. Vrchmezí, 1084 m n.p.m.) to najwyższy szczyt polskiej części Gór Orlickich i Sudetów Środkowych.
Wyruszamy na szlak. Pod nogami skrzypi śnieg. Dookoła las- morze drzew iglastych. Co pewien czas jakaś większa panorama widokowa. Jest też piękna pogoda- bezchmurna, przejrzysta i słoneczna. Taka „lampa”. I ludzie. Pełnosprawni, niepełnosprawni, niektórzy przyjechali z daleko, niektórzy mieszkają blisko, ale wszyscy tworzą wspaniałą i niepowtarzalną ekipę. Tej cudownej, różnorodnej, ale gdzie wszyscy są równi i gdzie podziały typu lepszy-gorszy nie istnieją, przyświeca wspólne hasło- RAZEM NA SZCZYTY.
Więc idziemy i tym razem, RAZEM…
Aż wreszcie jest. Dotarliśmy na górę. Kolejny szczyt z Korony Gór Polski zdobyty. Stąd już tylko droga w dół. Tylko… Plan był taki, żeby po zdobyciu Orlicy zejść innym szlakiem do schroniska po czeskiej stronie i stamtąd wrócić na piechotę, sankach, tudzież innych przyrządach do ślizgania do Zieleńca. I tu właśnie zaczęło być ciężko. Wejście na szczyt to tylko połowa sukcesu, trzeba jeszcze zejść. A statystycznie najwięcej różnych problemów zdarza się właśnie przy zejściu.
Droga do schroniska po czeskiej stronie to wręcz niekończąca się długa, nudna i szeroka ścieżka przeplatana licznymi zakrętami, a każdy z nich daje złudną nadzieję, że już zaraz będzie koniec i schronisko. Ale to zawsze jest tylko nadzieja, złudna nadzieja.
Jednak kiedy już wreszcie i w końcu tam doszliśmy, a ja z moimi zmęczonym nogami i lekkimi skurczami w prawym i lewym udzie (pierwszy raz od dawna byłem pieszo na takiej zimowej wycieczce) mogliśmy skosztować czeskich knedliczków, sera i napić się gorącej herbaty.
Swoją drogą to zawsze po takim większym wysiłku, takie niby trywialne i zwykłe potrawy smakują inaczej- lepiej. Ogólnie większość rzeczy postrzega się z innej perspektywy. Ale to temat na inne opowiadanie.
Po odpoczynku w schronisku, jedzeniu i piciu czekał nas ostatni etap- Zieleniec i nasza baza noclegowa. Kiedy tam dotarliśmy znów było szybkie mycie, przepakowanie i chwila relaksu, bo wkrótce mięliśmy spotkać się w stołówce na wspólne oglądanie filmu.
Ale tu trafił się bardzo miły i nieoczekiwany akcent. Okazało się, że Dziku miał nie dawno urodziny. My więc, jako ekipa Razem na szczyty, zatroszczyliśmy się, aby i od nas dostał tort. Tort w warunkach polowych to cztery pizze z włożonymi na środek świeczkami. Reszta (że to wspaniały, wielki i pyszny tort) zależało od wyobraźni. Po tej „części oficjalnej” i odśpiewaniu „Sto lat”, przyszedł czas na wspólne oglądanie filmu- komedii „Zgon na pogrzebie”. Nie będę tu opisywał teraz filmu, ale szczerze i wszystkim POLECAM.
Po filmie- do łóżek i spać. Jutro rano przed siódmą pobudka. Szybka toaleta, jakieś śniadanie i znowu w góry. Tym razem naszym celem była Jagodna. Jagodna jest najwyższym wzniesieniem w Górach Bystrzyckich. Dziwne, ale mimo to że droga tam i z powrotem była o połowę dłuższa, poszło nam jakby lepiej i sprawniej. Około 11. dzielna ekipa Razem na szczyty zdobyła kolejny z zaplanowanych szczytów. Pogoda była również fantastyczna, atmosfera i klimat również.
Na dole w schronisku jakiś obiad, szybkie rozparcelowanie kto i z kim jedzie samochodem, pożegnania i to tyle.
Tak kończy się kolejny weekend i kolejny etap projektu Razem na szczyty. Tak pisze się dalsza część magicznej i fajnej historii o fajnych ludziach i którzy robią razem coś fajnego…

tekst: Bartek Michalak

Galeria zdjęć z Orlicy

 

Tu będzie wpis do galerii ale teraz nie mam siły i jeszcze zrobiłbym błąd ortograficzny.
W każdym razie ponieważ przez najbliższy tydzień mogę nie mieć okazji do zamieszczania materiałów na stronie chciałem się z Wami podzielić chociaż paroma zdjęciami. Nie wszystkich uchwyciłem ale pewnie odnajdziecie się na zdjęciach z innych aparatów.

Dziku
ps. Boguchna dzięki za zrobienie zdjęcia mojego pyska.

Edit (12.12.12) – Tu Dziku, miałem napisać w niedzielę, że było zimno, mało snu, dużo wysiłku i że więcej nie jadę. No ale teraz tak sobie myślę, że to był naprawdę ważny i niezwykle udany wyjazd. No bo zimą? W śniegu? W mrozie? I to dwa szczyty? Szacunek dla wszystkich!

Wstać i iść!

Wstać i iść!

 

5:30 rano to nie jest pora, o której się myśli planując sobotnią pobudkę. A z drugiej strony „coś za coś” albo „kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje”. I tak właśnie hojnie obdarował mnie minionego weekendu. To były ostatnie ciepłe dni października, to były pierwsze spotkania z ludźmi, których nie znam, to było tak zawsze ukochane spełnienie w otoczeniu górskich szczytów.
Cała przygoda wystartowała o 6:30 z wrocławskiego dworca PKS. Trafiłam do samochodu z siostrami Kobyłeckimi – ogniem i wodą. Marysię znałam od 4 lat, a Bogusie zapoznałam 5 minut wcześniej – pierwsze bliźniaki z jakimi miałam w życiu kontakt – ciekawe doświadczenie. Łapiąc ostatnie minuty snu, skierowaliśmy się w stronę Jakuszyc. Bardzo lubię obudzić się w nowej wizualnej rzeczywistości – codzienność miejska było daleko za nami, przed naszymi oczami rozlewało się złoto jesiennych gór.
Po dotarciu na miejsce i krótkiej chwili na przepakowanie bagaży ruszyliśmy w górę na Wielką Kopę. To była chyba najliczniejsza wyprawa „Razem na szczyty”. Piszę chyba, bo to mój pierwszy z Wami wyjazd. Każdy z ponad trzydziestoosobowej ekipy i dwa psy z własną energią, siłą i możliwościami zaczął kroczyć w stronę szczytu widzianego już na samym początku naszej trasy. Ja nie umiem się nie spieszyć, a tu się nie spieszyłam. Być może nie zawsze moje oczy były otwarte na to, co działo się wokół, jednak niezapomnianymi wydają mi się: upadki Bogusi, po których wstawała, jakby były naturalnym elementem jej przemieszczania, Marcina w „zaprzęgu”, którym powoziła Kiera, Marysi, która dała się namówić na to, żeby sprawdzić, że nie tylko podłoga w jej domu jest podłożem, po którym może bezpiecznie się poruszać, rozmowa z dziewczynami, których twarzy nie widziałam podczas ciemności powrotu do schroniska i nie zapomnę też jeszcze wierszyka „Jak to miło chmurką być…”
Nasza wędrówka miała trwać 7 godzin, a zajęła blisko 10. Wtopiliśmy się w całodzienny rytm natury, po którym miło było wrócić do ciepłego Gościńca Leśniczówki. Okazało się, że czekało mnie tam dziś jeszcze jedno uskrzydlające doświadczenie – gotowanie kolacji. Kilka wielkich garnków, misek, dziesiątki kilogramów składników i ogromne ilości wyprodukowanego makaronu z sosem pomidorowym były wprost proporcjonalne do zadowolenia najedzonych wędrowców! Posiłek nieco obniżył poziom energetyczny grupy, jednak jak się okazało chwila odpoczynku wystarczyła, by w nocy oddawać się urokom karaoke.
Kolejnego dnia spotkaliśmy się na wspólnym śniadaniu-niespodziance od rodziców Marioli, która zaserwowała nam jajecznicę z wiejskich sześćdziesięciu jaj. Potem troszkę logistycznych ustaleń, co do kilku wspólnych, następnych godzin, ostatnie mycie zębów, śpiewanie przy dźwiękach gitary i mogliśmy startować do Wodospadu Szklarki. Czekał nas tu klimat już zupełnie inny od wczorajszego. Miejsce o wiele bardziej turystyczne – zajęte parkingi, stragany z bibelotami i bilety wstępu do parku. To był krótki spacerek. I góry też już były inne – zimne, wilgotne, zapowiadające chłodniejszy czas…
Choć miałam wiele wątpliwości co do wczesnego wstawania w sobotę, teraz wiem, że to było półtora dnia życia, jakie lubię – dynamicznego, bez strat, w ciągłym ruchu, otwartego na nowe, z trzydziestoma oddechami i twarzami skierowanymi w tę samą stronę.

tekst: Agnieszka Szydziak

Bogusi relacja z Gór Izerskich

Gdzieś tam w Izerskich

Tak w sumie to nie chciałam niczego pisać, ale ten weekendowy wypad w góry był dla mnie jak na razie najlepszy z najlepszych. Na samym początku gdy wstałam z łóżka, a potem do wyjścia z samochodu taty, spotkaniu się z prawie wszystkimi na dworcu PKS i przesiadki do samochodu Mariolki nie wiedziałam jeszcze co mnie czeka. Kiedy wyruszyliśmy w dalszą podróż prawie od razu zasnęłam więc nie wiem co się działo w trakcie podróży tam gdzie zmierzałyśmy – do Gościńskiej Leśniczówce. Gdy wszyscy się już tam znaleźli przygoda się zaczęła!!!!

Zostawiliśmy wielkie plecaki w Leśniczówce, zabraliśmy mniejsze z czekoladami i zimnym piciem. (przynajmniej ja nie wiem jak reszta). Wyruszyliśmy w stronę SZCZYTU. Ja oczywiście musiałam zacząć wdrapywanie się zaliczając od pierwszej gleby!! Ale taki jeden upadek nie zniechęcił mnie i ruszyliśmy dalej. Idziemy razem jeszcze zwartą grupą i oczywiście pełni optymizmu i z uśmiechami na twarzach, byle do przodu. A za nami Sławek z Kajfą na dwuosobowym rowerze. Gdy byli już koło nas Sławek zmienił towarzysza i zostawił nas w tyle. Idziemy dalej. Cała nasza ekipa jak zawsze to bywa podzieliła się na podgrupki. Jestem dumna z mojej Mery, która przez większy odcinek szła sama bez kul i to jeszcze pod górę. To dopiero mistrzostwo! Ja jak zawsze szłam w jednej z ostatnich grupek. Skończyło się przyjemne wędrowanie, pojawiły się dziury me ulubione inaczej. Po kilku potknięciach i upadkach, zdobyciu siniaków, jak również otarć na lewym łokciu, postanowiłam trzymać się blisko Tomka i Kiery. Kiedy zdarzył się kolejne łubu du. Wice szef skutecznie po konsultacjach zajął się mym otarciem, ale nie było tak strasznie. Poszliśmy dalej po drodze dużo się dowiedziałam o mijających nas pociętych drzewach. Doszło już do 9-tego upadku, ale nic tam idziemy dalej. Szła z nami Kiera i Noa. Miałam nadzieję, że się polubią, ale nie zapowiadało się na to. Nagle te dwa bardzo fajne pieski postanowiły wkroczyć na ścieżkę wojenną. Ja nie chcąc z nią mieć nic wspólnego postanowiłam odsunąć się trochę. Niestety coś mi nie poszło bo obracając się zaczepiłam się o kogoś i bardzo skutecznie przewróciłam się i zaczęłam się turlać na dół. Poczułam mokro i zimo gdyż jak nic musiałam wpaść do strumyka!!! To był 10-ty upadek. Nie mam pojęcia dlaczego to ja zawsze mam najwięcej siniaków, a jeszcze bardziej nie wiem dlaczego z tych wszystkich nieprzyjemnych zdarzeń zawsze wychodzę cała??? I nawet kiedy wpadam do bardzo zimnego i mokrego strumyka?? Po interwencji paru osób udało mi się wygrzebać z powrotem do góry. Cała mokra, z kałużami w butach przy pomocy innych poszłam w stronę słońca. Kiedy usiadłam w słońcu większość mych obecnych towarzyszy poszło dalej, a kilka osób zostało ze mną. Wice szef Tomek był taki miły, że zszedł do Leśniczówki po mój plecak z suchymi ubraniami. Na całe szczęście wzięłam ze sobą drugą parę spodni bo bez nich byłoby krucho. Gdy czekaliśmy na Tomka przejeżdżała koło nas straż graniczna. Panowie byli tak zainteresowani tym co się dzieje, że wszyscy wysiedli pytając czy nie potrzebujemy pomocy, ale grzecznie podziękowaliśmy i sobie pojechali. Czekamy i czekamy dobrze że świeciło słońce było ciepło. Po dość dłuższym czasie Tomek przyjechał autem. Przywiózł mój plecak 😉 Po przebraniu się w suche ubrania Tomek dowiózł mnie aż do kopalni. Niestety moje buty bardzo ucierpiały więc musiałam się zadowolić klapkami. Przy kopalni wysiedliśmy. Po lewej i po prawej stronie drogi były wielkie przepaście. Było na co i patrzeć. Niestety nie wiem jak było na samym dole bo krawędzie były nie pewne ale widoki były nieziemskie:) Idąc w klapkach po dziurach i błocie doszłam na sam szczyt. Choć nie zrobiłam tego sama, sama bym zginęła gdzieś w połowie. Zrobiliśmy kilka zdjęć na szczycie, żeby nie było, że nie dałam rady. Otóż dałam i mam na to świadków, że da się i klapkach wejść na Wysoką Kopę i z niej zejść. Zeszliśmy do kopalni. Tomek autem zawiózł mnie, Anię i jej tatę do Leśniczówki.

Tam już była Kajfa i Sławek bo zjechali pierwsi rowerem i już powoli zaczęli robić obiado-kolację. Ja również się włączyłam w szykowanie. Umyłam garnki na makaron i wlałam do nich wodę, a potem czekałam na tarcie pietruszki. Za chwilę reszta wycieczki zaczęła się schodzić. Kiedy wszyscy byli już z nami jeszcze trochę musieliśmy poczekać na ten ciepły posiłek, w tym czasie kiedy już wybaczyłam Kierze, że przyczyniła się do mojej kąpieli, za pozwoleniem zdobyłam dla niej mięcho w tajemnicy przed wszystkimi. To było zadanie bojowe, ale kiedy był już gotowy ciepły posiłek i nakryty stół, można było zacząć ucztę. Kiedy wszystkie brzuchy zostały napełnione i można było zacząć zabawę w karaoke, wszyscy dobrze się bawili. Tak myślę bo zabawa skończyła się chyba grubo po 1-wszej w nocy.

Ranek zaczął się wcześnie bo śniadanie zostało zaplanowane na 8:30. Tomek i Mariolka zrobili pyszną jajecznicę, która wszystkim smakowała. Natomiast byli dzielni ci, którzy po jajecznicy postanowili odważyli się zjeść jeszcze wczorajszą kolację. Gdy znowu wszyscy byli najedzeni zaczęło się wielkie sprzątanie i pakowanie. Oprócz powrotu do domów mieliśmy jeszcze zwiedzić wodospad. Trzeba było do niego dojść, znowu pod górę, i na całe szczęście już w butach, a nie w klapkach. Przy wodospadzie nie obyło się bez sesji zdjęciowej. I ruszyliśmy w drogę powrotną do parkingu gdzie zostały samochody i motor Sławka. Zbliżał się ten czas, którego nie lubię – pożegnania. Ruszyłyśmy do Wrocławia. Nie wiem co się działo w drodze bo całą przespałam. Ja lubię spać. Jak się obudziłam, to byłyśmy już na dworcu PKS Wrocław. Szybkie uściski i ja z Maryśką ruszyliśmy do domu.

Dziękuję wszystkim i każdemu z osobna za okazaną mi i innym wszelkiej pomocy. WIELKIE DZIĘKI !:)

Do zobaczenia na następnym szlaku.
Bogucha

Nowe terminy wyjazdów na 2013!

 

Po prawej stronie znajdziecie kolejne terminy wyjazdów! Wprawdzie w sezonie zimowym planowaliśmy zrobić przerwę, ale wyszło inaczej. Bardzo się z tego powodu cieszymy, ponieważ góry w zimie są wyjątkowo piękne. Warto więc, byście założyli sweterki, czapy i ciepłe gacie i ruszyli razem z nami na przysypane śniegiem szlaki.
Pozdrawiam serdecznie
Dziku

Kierowca Bombowca

 

„Pojedziesz z nami ? Potrzebujemy kierowcy…” te słowa były początkiem mojej wyprawy na koniec świata 🙂 Odpowiedź była oczywista.
Piątek 8:30, spotykamy się na Wrocławskim PKSie. Dojeżdżam na miejsce, o dziwo przed czasem :). Zanim opuściłem auto dostrzegłem znajome twarze osób siedzących na murku. Myślę że po całym cyklu wypraw, to miejsce będzie czymś wyjątkowym i nieco symbolicznym. Po chwili parkuje drugie auto. Następuje wzajemne macanko, cmoki, achy, ochy… po czym przepakowujemy się i ruszamy. GPS wskazuje 6 godzin do celu. Tyle techniki, a jednak na życiu się nie zna – na miejscu byliśmy o 21 🙂 Ok, po drodze troszkę było postojów, no i tajemnicza misja pod tytułem „i tam się zgubimy”. Na miejscu czekała pyszna kolacja, gorąca kąpiel, masażyści i sypialnia z dużym łóżkiem…. o sorki to nie ta wyprawa. No więc jak zacząłem, na miejscu czekał nas chłód, szczekające psy, rozbijanie namiotów, dym w oczy i garaż przerobiony na spa. Ale przecież o to nam chodzi! Jest super ! Dzień kończy się wraz z ostatnią kroplą łez od dymu. Mimo gwiaździstego nieba i pełni księżyca, pora spać.
Kolejnego dnia, wstajemy o szaleńczej, wręcz nieludzkiej godzinie – o 7:30 budzik uwolnił zaoszczędzoną w nocy energię i zadzwonił ile sił. Mimo tego spóźnił się, przegrał z czujnymi psami:/ Ok, pora na małe co nieco. Naprędce znaleźliśmy plenerowy stolik w postaci kłody, kwiatki i wazonik z pomidora, po czym korzystając z soków trawiennych rozpoczęliśmy wchłanianie przeogromnych ilości paliwa.
Wkładaliśmy już ostanie kubki do zmywarki, kiedy usłyszeliśmy „nooo jedziemy.!…”. To Madzia, nasz wulkan energii – uświadamia nas jak jest już późno. Pakujemy się więc w auta i systematycznie przemieszczamy jak tylko najdalej można w głąb lasu. Tutaj należy wspomnieć o niezapomnianych twarzach zadowolonych turystów, widzących samochody na szlaku:) Faktycznie z pierwszym kursem było w miarę ok, ale z drugim już nieco gorzej. Na trzeci kurs zdecydowałbym się jedynie jakimś takim T34.
Nadszedł ten upragniony czas, kiedy to można postawić pierwszy krok na szlaku. A szlak nie rozpieszczał. Już pierwsze metry pokazały co może nas czekać. Było stromo i wąsko. Jednak z każdym krokiem, wyłaniał się przepiękny widok na bezkresne wzgórza wokół nas.
Lecimy dalej, pojawiają się pierwsze kamienie, następnie głazy. Słońce przegrywa walkę z chmurami, a wiatr staje się chłodniejszy. Pora włączyć ogrzewanie, popijam zatem dwie setki wódki i dalej w drogę. Oczywiście to ta bezalkoholowa woda, a rozgrzewa mnie kurteczka:)
Zamykam stawkę, co daje mi sposobność na obserwację reakcji ludzi dochodzących do naszej grupy. Dociera do nich, jak bardzo się mylili co do nas, wymawiając wcześniej liczne epitety w stronę aut. Teraz ich frustracja i oburzenie, momentalnie przestawiają się w zachwyt i zdziwienie.
Idąc ku górze, potykamy się, przewracamy… a ruch turystyczny spory. Nikt jednak się nie skarży, nikt się nie przepycha.
Jest półmetek drogi na szczyt. Lecimy na rezerwie – czas na posiłek. Niestety, również na dodatkową kurtkę przeciwdeszczową. Wygląda to źle, ale nikt nie myśli o powrocie. Ciągle spoglądając na nasz cel, brniemy dalej. Z oddali widać, jak raz za razem, ktoś zalicza szczyt. Jeszcze chwile a my też tam będziemy. Droga jednak daje się we znaki. Coraz częściej zmieniamy się w parach. Przejaśnia się a my, ekipa zamykająca stawkę, dostajemy info o pierwszym sukcesie naszej grupy. To było niczym odkręcenie nitro w naszych silnikach. Piąty bieg, napęd na cztery łapy, blokada dyferencjałów i ogień!
Na przełęczy dochodzi do nieuniknionego spotkania schodzących już narwańców i podchodzących maruderów. Obyło się bez walki:) a owocem spotkania było kilka wspólnych zdjęć na tle zachodzącego powoli słońca.
Dwa mrugnięcia okiem i ostatnia ekipa dzielnie dociera do celu. Co prawda łez szczęścia nie było, ale oczka nieco się zeszkliły – niby od wiatru:) Chwila odpoczynku, parę słit fotek na fejsa i pora na kolejny etap.
Szybko okazuje się, że w dół wcale nie oznacza łatwiej. Strome schody, spore kamienie i zmierzch, nie ułatwiają drogi. Kiedy zgasły ostatnie promienie słońca, nieudolnie zastąpiliśmy je czołówkami. Jestem już zmęczony, a nie jest to pierwsza góra w moim życiu. Z wielkim podziwem spoglądam na innych którzy z różnych powodów, wielu szlaków nie zaliczyli. Mimo tego nikt się nie pyta, kiedy wreszcie dojdziemy, ile jeszcze przed nami, kiedy to się skończy… Nauczeni brać życie takim jakie jest, dzielnie stawiają mu czoła. To właśnie w tym momencie doskonale widać, kto tak naprawdę jest słaby, komu szybciej wymykają się słowa – już nie mogę.
Jest ciemno, schody ciągle pojawiają się na naszym szlaku, wprawiając nas w zakłopotanie. Nikt nie ma odwagi powiedzieć, że to już ostatnie i potem będzie płasko.
Dzielna gromadka leśnych ludzików, zamykająca stawkę, postanowiła odpocząć. Po raz pierwszy padają słowa – boli mnie ….. Na szczęście mieliśmy ze sobą torbę szamana, a w niej magiczny sok z gumijagód 🙂 Nie wiedzieć czemu, ktoś postanowił wetrzeć go w bolące miejsce. Powstały dziwne teorie i spekulacje dotyczące powstania owego specyfiku, ale to już temat na kolejne kilka stron.
Nooo idziemy – padły słowa (wiemy kto:). Jak powiedziano, tak wykonano. Kilka kroków dalej, światła cyklopów natrafiły na smoka. Okazuje się że na tym krańcu świata towarzyszy nam salamandra. Pierwszy raz widzę to stworzonko. Rzuciliśmy się z aparatami niczym paparazzi na Paris Hilton. Ale smoczek nic z tego sobie nie robił, tylko dzielnie pozował do zdjęć, jakby doskonale wiedział że jest pod ochroną. Idziemy dalej, z malutką nadzieją że to już ten ostatni zakręt przed nami. W oddali widać jakieś dziwne światło. Zbliża się ku nam – czy to kometa….czy to samolot…czy to zbłąkany paralotniarz, nietoperz !? NIE, to Marcin biegnie nam na powitanie! Skaczące rytmicznie białe światełko, przemówiło:” No jesteście! Trochę się bałem. Nie wyobrażacie sobie, jak strasznie jest w lesie samemu” 🙂 No my to wiemy, dlatego idziemy w grupie:) To spotkanie, uświadomiło nam że jesteśmy naprawdę blisko. Tak też było. Po kilkunastu minutach, siedzieliśmy w autach.
W drodze do schroniska, rutynowa kontrola przez straż graniczną. Następnie bardzo ciekawe doświadczenie – pasące się w nocy – konie giganty. Nie wiem czy to zmęczenie, czy sztuczne światło naszych aut, ale większych koni nie widziałem, szczególnie w nocy na drodze. Koniec Świata, rządzi się swoimi prawami:)
Na miejscu, czekał na nas ostatni punkt wyprawy – urodziny! Wtajemniczeni w plan ludzikowie, nie mogli się doczekać tej chwili. Abstrahując od oczywistej przyjemności ze składania najserdeczniejszych życzeń urodzinowych, każdy na szlaku tak „na marginesie”, myślał o nagrodzie za ten trudny dzień – kawałeczek tortu:) Po części oficjalnej, nadal głównym tematem był zaliczony szczyt. Do śpiworów zapędziła nas jedynie, świadomość czekającej nas, męczącej drogi powrotnej 🙂
Jak nie trudno się domyślić, GPS jeszcze długo nie będzie w stanie poprawnie oceniać czasu polskich wojaży 🙂 We Wrocławiu, pojawiliśmy się również o 21.
Miliony godzin za kółkiem, tysiące potknięć, dym w oczy i przede wszystkim, dzielna i wygrana walka ze szlakiem – to synonimy TARNICY.

Pozdrawiam i do zobaczenia/usłyszenia na szlaku,

Sławek Zieliński

Granice istnieją tylko w naszych głowach

 

Tak często słyszę, że granice istnieją tylko w naszych głowach. Tak często i łatwo przyznaję temu stwierdzeniu rację. Częściej jednak przekonuję się o tym, że istotnie choć jest to prawda, jakże trudno w to uwierzyć bezgranicznie i zgodnie z tą maksymą żyć. Czasem walka z owymi granicami jest dla nas po prostu trudna, lecz zawsze możliwa.
Jakiś czas temu, w ostatni weekend września utwierdziłam się w przekonaniu, że ludzka determinacja i siła nie mają granic. A działo się to na czerwonym i niebieskim szlaku prowadzącym na bieszczadzki szczyt Tarnicę, która była kolejnym celem projektu „Razem na szczyty” . W sobotę rano grupa osób podjęła się zdobycia tego szczytu. I nic w tym nie byłoby niezwykłego, gdyby nie fakt, że grupa ta w dużej części złożona była z osób z najbardziej różnorodnymi dysfunkcjami, brakami, schorzeniami, które z pewnością każdemu z nas z osobna nie pozwoliłyby na zdobycie tego celu. Ale siła, samozaparcie i chęci oraz tzw. synergia sprawiły, że cel został osiągnięty. Byliśmy dla siebie nawzajem oczami, uszami, nogami. Dzieliliśmy się jedzeniem, wymienialiśmy uśmiechami i dobrym słowem, darzyliśmy wsparciem, a jak trzeba było służyliśmy ramieniem.
Trasa była długa i męcząca, skalista, wąska i kręta. Pogoda dopisywała umożliwiając podziwianie widoków, połaci lasów zmieniających barwę liści, nie szczędząc jednak deszczyku i zimnego wiatru. Nie zważając na przeszkody brnęliśmy to z góry to pod górę kontemplując naturę (bęc! śliski kamień). Od czasu do czasu zaryczał jeleń. Na sam koniec, gdy szczyt był w zasięgu ręki zabrakło mi sił. Pozostało wchodzenie na czworaka (pozdrawiam Cię Olu). I wreszcie okrzyki radości, meksykańska fala, tańce godowe i takie tam – szczyt jest nasz.
A teraz, jak już wleźliśmy to trzeba zleźć. A noc tuż tuż. Schodziliśmy długo, bardzo długo, walcząc z zimnem, ciemnością i bólem. Jak już byliśmy po wszystkim Adam, który szedł jako jedna z ostatnich osób (wraz ze mną) zwierzył mi się, że parę razy był bliski płaczu.

…tak się walczy naprawdę – do granic wytrzymałości!

Kończąc chciałam podziękować wszystkim, których miałam okazję poznać, wszystkim uczestnikom zdobywającym tego dnia Tarnicę w ramach projektu „razem na szczyty” za wolę walki, determinację, wsparcie. Dzięki za piękną lekcję miłości i wzajemnej pomocy, a zwłaszcza za lekcję jak należy zdobywać szczyty.

Relacja Ani Pietrasik