



















Górscy Fanatycy! I wszyscy Ci, którzy jeszcze nie wiedzą, że już niedługo się nimi staną!
Ruszamy z kopyta z II edycją projektu Razem na Szczyty! Trochę poniedziałek zlał nam się z wtorkiem, jednak to pikuś w porównaniu z tym, że oto przed Wami NOWY FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY! Pamiętajcie, że czekamy na zgłoszenia zarówno nowych śmiałków, jak i starych wyjadaczy (wszystkich dotychczasowych Uczestników/czek oraz Wolontariuszy/ek).
Nie zapomnijcie podzielić się tym fantastycznym newsem ze znajomymi!
Sztab Razem na szczyty – II starcie 😉
A oto jak się czujemy, gdy widzimy, jak się zgłaszacie:
Razem Na Szczyty!
Wypoczynek na wsi
Tym razem celem wypoczynku sobotnio – niedzielnego były Sudety. Zdobyliśmy dwa zacne szczyty. Odwiedziliśmy Góry Wałbrzyskie, gdzie wspięliśmy się na Borową o zapierającej dech w piersiach wysokości 854 m n. p.m. a drugiego dnia, po dramatycznym wysiłku ,wspięliśmy się jeszcze wyżej, bo na wysokość 936 m n.p.m. Zdobyliśmy Waligórę- najwyższy szczyt Gór Kamiennych.
Zbiórka przed wyjazdem w Sudety miała miejsce jak zwykle we Wrocławiu , w sobotę 31.05 o 08:00 przed budynkiem dworca kolejowego. Po miłych pogaduszkach i porannych żartach rozdzieliliśmy się i zapakowaliśmy się do kilku samochodów, aby udać się w rejon przedsudecki. Mijając miasteczka i wsie snuliśmy opowieści o wyprawach górskich i planach na zbliżające się wakacje. Wszyscy w nastrojach zdobywców dotarliśmy na parking przy Zaciszu Trzech Gór, gospodarstwie agroturystycznym tuż przy szlaku na Borową. Po szybkim przepakowaniu i powitaniu z pasącymi się konikami ruszyliśmy na szlak. Pogoda dopisywała- było ciepło i słonecznie. Początek trasy okazał się bardzo łagodny. Przechodząc spacerowym tempem skrajem polany dotarliśmy do ścieżki leśnej, gdzie po krótkim odpoczynku zaatakowaliśmy górę. Na trasie nie napotkaliśmy większych trudności, no może oprócz natarczywych owadów i kleszczy. To właśnie one nieświadomie stały się bohaterami kilku mrożących krew w żyłach opowieści, oczywiście ku przestrodze. Krążyły o nich nawet legendy i podania regionalne . Niecały kilometr przed szczytem weszliśmy na wąską ścieżkę o stromym zboczu. Zaczęło się podejście z sypkimi kamieniami, lecz cała ekipa pokonała je żwawo i zgrabnie. Bez problemu wszyscy dotarliśmy na szczyt. U kresu czekał na nas wypalony krąg ogniskowy i pal z nazwą szczytu na tabliczce informacyjnej ? Nie, tabliczki nie było! Była za to kartka papieru z napisem Borowa, która poddała się naszym ciężkim, zmęczonym oddechom i upadła. Oczywiście zaraz pojawiła się taśma, dzięki czemu naprawiliśmy szkodę . Po dłuższym odpoczynku, kolejnym śniadaniu i cieście ze śliwkami ruszyliśmy w drogę powrotną. Wydawało się, że wędrówka tą samą trasą będzie nudna ,lecz nic bardziej mylnego! Pośrodku lasu nie wiadomo skąd, pojawiła się skórka od banana. Cieszący się życiem Dziku idąc i nie patrząc pod nogi robił sobie popularne zdjęcie, zwane Selfie. Nieszczęśliwy zbieg dramatycznych wydarzeń (oczywiście według podań i legend) potoczył się tak, iż Dziku ślizgając się na bananie jak na lodowisku , wylądował na drzewie, a obrażony aparat schował się w krzakach. Po znalezieniu obu zgub okazało się, że zdjęcie wyszło całkiem nieźle i możemy ruszać dalej. Tempo mieliśmy tak dobre, że przed dalszą podróżą do Gorzeszowa (na nocleg) znaleźliśmy czas na lody i kawę. Po szumnych dyskusjach, czy w oddali widzimy barana, muflona czy kozła górskiego, do głosu doszedł specjalista Krzysiek, który o zwierzętach wie więcej, niż się da. Jego wykład uciął wszelkie dyskusje na temat zwierząt. Po udanej przerwie ruszyliśmy w kierunku Gorzeszowa po drodze, odwiedzając Rybnicę Leśną, w której zobaczyliśmy zabytkowy drewniany kościół św. Jadwigi. Na miejscu Mariola udzieliła nam kilku informacji przewodnickich o unikatowych drewnianych kościołach na terenie Sudetów oraz o ciekawostce geologicznej, jaką jest występujący nieopodal kościoła kaptaż rzeczny. Bogatsi o wiedzę na temat lokalnych atrakcji ruszyliśmy na nocleg. Po zakwaterowaniu w Gorzeszowie, poznaniu naszych gospodarzy i hodowanych owieczek niecierpliwi poszukiwaliśmy dalszych atrakcji, więc część z nas ruszyła na spacer. Dotarliśmy do malowniczego miejsca rezerwatu przyrody – Głazy Krasnoludów ukrytego w lesie świerkowym. Rezerwat zbudowany z piaskowcowych ostańców czyli wysokich skałek o różnych wielkościach ukształtowanych przez procesy erozyjne. Po wspinaczce na szczyty głazów przypomnieliśmy sobie o wyczekiwanym ognisku. Zadecydowaliśmy, że pójdziemy skrótem. Podążając do celu przez ukwiecone łąki marzyliśmy o kiełbasie z ogniska i ciepłej herbacie.
Teskt: Monika
Wyprawa na Borowę odbyła się 31.05.2014 r. To był mój drugi wyjazd z projektem RNS. Był to wyjazd wyjątkowy dla mnie, bo zabrałam ze sobą mojego 2,5 letniego synka Karolka. Dla Karola był to pierwszy wyjazd w góry z tak dużą grupą (ponad 20 osób).
Przygotowując się do wyjazdu odczuwałam lęk i pewnego rodzaju bardzo przyjemną ekscytacje! Lęk dlatego, że dysfunkcja wzroku, którą mam ogranicza mnie w pewnych sytuacjach; nie wiedziałam też jak Karol zareaguje na grupę nieznanych mu osób i samą wędrówkę pod górę. Ekscytację, bo uwielbiam góry! Cieszyłam się, że znowu będe mogła wejść na kolejny szczyt i będe mogła pokazać mojemu dziecku, że wyprawa w góry to fajny sposób na spędzanie czasu wolnego.
Zaczęło się nadzwyczaj przyjemnie, bo wolontariusze Mariolka i Paweł przyjechali pod nasz dom i zabrali nas autem do miejsca, skąd ruszaliśmy zdobywać Borowę. Nie musiałam więc tarabanić się autobusem z tobołkami i małym dzieckiem. Sprawnie dojehcaliśmy na miejsce, gdzie reszta grupy już na nas czekała.
Ruszyliśmy zdobywać Borowę. Karolko wybrał wchodzenie za pomocą rąk swojej mamy. Niosłam więć moje najukochańsze dodatkowe 15 kilo. Po drodze Mariolka za pomocą swojego uroku osobistego i aparatu fotograficznego oczarowała Karola na tyle, że przez chwilę miała przyjemność ponieść moje dziecko na swoch rękach. Pogoda dopisywała, ptaki śpiewały a zieleń była w pełnym rozkwicie.Zaskakująco szybko dotarliśmy na szczyt, gdzie mogliśmy się posilić, pogadać, odppocząć i najważniejsze – Karolek robił z Mariolką zdjęcia. Była to dla mojego synka chyba największa frajda:) Chociaż zapomniałam o graniu na trawce. Edytko mój syn do tej pory przynosi mi trawę z podworka i chce żeby na niej zagrać.
W drodze powrotnej Karol częściowo schodził już na własnych nóżkach. Ha! Małymi kroczkami poruszamy się do przodu. Letnia aura nieustannie nam towarzyszyła. A na dole czekały na nas koniki, plac zabaw, lody, chłodne napoje – na co kto miał ochote. Mój synek miał ochotę wpaść w błotko, więc robiłam przymusowe pranie…:)
Podsumowując wyjazd w Góry Wałbrzyskie i włączając własna ocenę muszę napisać, że organizatorzy zrobili kawał dobrej roboty! A ciepła i przyjazna atmosfera towarzysąca wyprawie po prostu zachęca do dalszych wspólnych wycieczek.
Aneta
Projekt „Niepełnosprawni w górach – Razem Na Szczyty” oficjalnie zakończył się w ostatni weekend czerwca zdobyciem Rysów przez grupę szturmową. Dla mnie nie był to jednak koniec wspólnych wypraw w góry. Jakiś czas przed zakończeniem projektu, Agnieszka i Jarek zaproponowali, że razem pojedziemy zdobywać Babią Górę. Wyprawa została zaplanowana na dni 25-27 lipca. Czekałam więc z radością na tą datę. Wspólnie z nami Babią Górę zapragnęły zdobywać też Gabrysia z córkami – Klaudią i Jagodą oraz koleżanka Klaudii – Karolina. Nastał dzień 25 lipca, więc wyprawę czas zacząć. A było to tak: umówiliśmy się, że spotykamy się w piątek w Zawoi, gdzie będzie nasza baza noclegowa. Wieczorem, kiedy już wszyscy dojechali ustalamy, że około godziny 7.00 następnego dnia wyruszymy na szlak. Plany są takie, że wchodzimy czerwonym szlakiem, a schodzimy zielonym – znacznie bardziej stromym, ale krótszym.
Sobota 26 lipca to był dla mnie wyjątkowy dzień. Rankiem dostałam życzenia, wszak na ten dzień przypada wspomnienie świętej Anny – mojej patronki. Na Imieniny dostałam zatem wspaniały prezent!(Agnieszka i Jarek zaplanowali wejście na Babią Górę, właśnie w tym dniu! – naprawdę piękne! Bardzo za to dziękuję!) Agnieszka ze względów zdrowotnych musi zostać w bazie, mama też zostaje, ale najpierw podwożą nas na Przełęcz Krowiarki. Około 7.30 jesteśmy na czerwonym szlaku, który prowadzi na szczyt Babiej Góry. Najpierw idziemy leśną drogą na której są schody, schody, schody… niekończące się schody… dużo ich, ale nie policzyłam ile. Nie ma co jednak narzekać na schody, w miarę dobrze mi się po nich idzie, więc fajnie, że są. Po drodze mamy punkt widokowy, więc robimy zdjęcia, podziwiamy góry i trochę odpoczywamy na ławeczkach. Potem idziemy dalej po płaskiej kamienistej ścieżce, a następnie znowu dość ostro w górę, wciąż po kamieniach. Droga długa i coraz trudniejsza. Najtrudniejsze dla mnie okazują się jednak tak zwane „zasadnicze podejścia” czyli strome wzniesienia, na które wchodzi się po skałkach. Naprawdę sporo wysiłku mnie kosztowały, i też – niestety – dużo strachu przy tym było, ale walczyłam. Dziku też przy tej okazji wspominał zmagania z tymi skałkami uczestników zeszłorocznej wyprawy na Babią Górę podczas wyjazdu z projektem. Najtrudniejsze skałki pokonane, uff… Babia Góra już jest naprawdę blisko. Widać jeszcze jakieś wzniesienia do pokonania, ale są znacznie łatwiejsze. Około godziny 12.00 stanęliśmy na szczycie! Udało się! Babia Góra nasza! To mój 27 zdobyty najwyższy szczyt Korony Gór Polski i jednocześnie najwyższa góra na jaką udało mi się kiedykolwiek wejść (1725m n.p.m). Czas wejścia to 4,5 godziny, więc jest to całkiem dobry czas. Dobre wieści rozchodzą się bardzo szybko i za chwilkę Dziku przekazuje mi gratulacje od Magdy – szefowej projektu „Razem Na Szczyty”.
Podziwiamy przepiękne widoki ze szczytu, obowiązkowo robimy zdjęcia, jest czas na odpoczynek i posiłek. Trzeba jednak wracać jak najszybciej, bo pogoda lubi się tu zmieniać, a z prognoz wiemy, że ma padać. Zejdziemy tym samym czerwonym szlakiem. (Dziku podjął taką decyzję w drodze na szczyt, z uwagi na to, że zielony szlak jest bardzo stromy i może być niebezpiecznie. Taka opcja drogi powrotnej była też brana pod uwagę jeszcze przed wyruszeniem na szlak). Idziemy. Pokonaliśmy najtrudniejsze skałki, ale jesteśmy jeszcze na dużej wysokości, a tu nagle słychać grzmoty… Straszy mnie ta burza, ale cóż, trzeba iść i to możliwie najszybciej jak tylko się da. Spotykamy turystów idących jeszcze na górę, przepuszczamy, tych którzy spieszą w dół. Idziemy jeszcze w słońcu i myślę sobie: jak długo tak będzie? Czy zdążymy przed deszczem? Nagle uświadamiam sobie, że naprawdę dzieją się rzeczy zdumiewające, niepojęte… Dookoła nas grzmi i leje, mam wrażenie, że jesteśmy jakby w środku tej burzy, a deszcz wciąż nas oszczędza! Jak to możliwe? Mamy dużo szczęścia. Ośmielam się nawet myśleć, że czuwa nad nami Bóg, że jest wstawiennictwo świętych: Świętej Anny i Świętego Jana Pawła II. Jest dobrze. Cały czas idziemy. Odczuwam coraz większe zmęczenie, ale jeszcze trochę drogi przed nami. Trzeba iść. Przeszliśmy już sporo, więc jest coraz bliżej, wierzę, że wystarczy sił. Dziku dodaje otuchy: „Patrz – widać samochody, jest już blisko!” Za chwilę jesteśmy już na dole. Jest około godziny 17.00, więc całą trasę przeszliśmy w 9,5 godziny. Dla mnie to niesamowite, bo myślałam, że będziemy schodzić po ciemku. Dziku też pozytywnie zdumiony, że trzy latarki czołówki, które wziął – nie były potrzebne. Wszystko zgodnie z przewidywaniami Agnieszki, kierującej wyprawą z bazy. Według planu nasza wycieczka miała się zakończyć w ciągu 10 godzin, i tak się stało.
Po powrocie jemy pyszny obiad przygotowany przez Agnieszkę, a na wieczór zaplanowana jest jeszcze impreza imieninowa – z podziękowaniem za spotkanie i wspólny pobyt w górach. Przy kawie i ciastkach wspominamy minione dwa lata trwania projektu „Razem Na Szczyty”, przytaczając ciekawe historie z naszych górskich wypraw. Jest dużo śmiechu i radości. Ach! Piękny jest ten dzień! Naprawdę piękny, bo marzenia się spełniły. W ciągu 2 lat udało mi się wejść na prawie wszystkie najwyższe szczyty gór w Polsce (27 szczytów + Morskie Oko w Tatrach). Nie weszłam tylko na Rysy, dlatego, że są bardzo trudne i bardzo niebezpieczne, więc dla mnie pozostaną niedostępne. Mimo wszystko kocham Tatry.
Z całego serca dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do spełnienia się moich marzeń o zdobyciu Korony Gór Polski. Dziękuję Wam za pomoc i wsparcie, za Waszą zwyczajną, piękną obecność.
Ania

WoW! Zrobiliśmy, to na początek chciałbym pogratulować wszystkim za determinację i konsekwencję w zdobywaniu szczytów!
Wyjazd na Rysy już od początku był wyjątkowy, marzyłem o nim od pierwszego wyjazdu, odkąd tylko usłyszałem, że projekt zakończy się wejściem na Rysy! Wiedziałem, ze muszę zrobić wszystko, by się tam znaleźć po prostu stało się to moim marzeniem! Marzeniem, które motywowało mnie do zdobywania innych szczytów do pokonywania wszelkich barier w życiu codziennym i robienia innych szalonych rzeczy!
Nasz ostatni wyjazd zaczął się dość zwyczajnie czyli zbiórka na umówionym miejscu i wyjazd wszystkich uczestników do schroniska z którego wyruszyliśmy zdobywać szczyt! Rano, jak nigdy, wszyscy wstali bardzo szybko zazwyczaj wszyscy ociągają się leżąc w łóżkach do ostatniej chwili tym razem było inaczej wszyscy byli gotowi prawie że na czas! Przez chwilę nawet zastanawiałem się czy nie obudziłem się w jakimś równoległym świecie! Po krótkiej odprawie z samego rana w końcu wyruszyliśmy a ja dalej nie mogłem uwierzyć, że znalazłem się w grupie szturmowej, ze właśnie rozpocząłem wędrówkę o której marzyłem 2 lata! Czy to sen? Nie!!! To się działo naprawdę! Spełniały się moje marzenia!
Początek trasy był rewelacyjny szliśmy w świetnym tempie i nie mieliśmy żadnych problemów. Pierwsze trudności spotkaliśmy wchodząc na śnieg osoby z kulami miały mały problem z ich topieniem się w śniegu co drugi krok trzeba było je wyciągać często grzebiąc rękoma w zimnym śniegu, ale to nas nie powstrzymało, wciąż szliśmy dalej! Drugą trudnością było zdecydowanie jeszcze więcej śniegu na bardzo stromym podejściu gdzie Dziku, Grzesiek i Ania rozłożyli poręczówki, które pomogły nam się wspiąć. Mimo lin nadal nie było to łatwym zadaniem wciąż był problem z zapadającymi się kulami i ślizgającym się butem, który utrudniał wejście, Czasami miałem dość ciągłych upadków i myślałem po co ja to robię przecież mógłbym ten czas spędzić w zupełnie inny sposób bez wysiłku spacerując po mieście! Na szczęście nic nie było silniejsze od jednej myśli w mojej głowie „stary, to twoje marzenie nie możesz się poddać musisz spróbować co jeśli się uda?” taka właśnie myśl była ze mną przez cały czas. Gdy pokonałem pierwszy etap czekała mnie wspinaczka po łańcuchach. Myślę, ze mogę ją uznać za chwile relaksu między kolejnym śnieżnym etapem! Niestety nie miałem już za wiele czasu zostały mi niecałe 2 godziny potem przekroczę deadline wyznaczony przez naszego przewodnika (Grzesiek). Wiedziałem jedno, że nie mogę się poddać i muszę iść dalej, gdy doszliśmy na wysokość schroniska pod Rysami nawet do niego nie wchodziliśmy zjedliśmy coś na szybko, by natychmiast wyruszyć w dalszą drogę i nie marnować czasu niestety stroma ściana i kolejny śnieg dał się ostro we znaki. Miałem go kompletnie dosyć, ale miałem przed sobą cel który był coraz bliżej. Dzięki pomocy Magdy, Dzika i Ani udało się wejść na Wagę, był to z pewnością najtrudniejszy odcinek trasy! Świadomość tego, ze została mi tylko godzina coraz bardziej mnie przerażała próbowałem wejść tam na wszelkie sposoby idąc na czworaka, przesuwając się na tyłku w górę… po prostu troszkę spanikowałem i chciałem znaleźć jak najszybszy sposób wejścia na górę. Mi osobiście udało się wejść na przełęcz- Waga 2337 m. n.p.m. Ta wysokość osobiście jest moim najwyższym szczytem jaki kiedykolwiek zdobyłem, mogę bez wahania powiedzieć, że przeniosłem swoje granice wyżej, a tym bardziej pokonałem siebie. Razem ze mną na przełęcz dotarł również Krzysiek, który tak jak ja walczył do samego końca. Tymczasem sześcioro uczestników którzy byli daleko przed nami pewnie w tym czasie świętowali swoje zwycięstwo na szczycie!
Niestety nie udało mi się wejść na sam szczyt czego bardzo żałuje, ale wiem jedno, ze moja mała porażka zmotywowała mnie jeszcze bardziej do tego, by rozprawić się z ta górą. Wierzę w to, ze któregoś dnia tam wejdę i prawdopodobnie, jako pierwszy człowiek z jedną nogą stanę na Rysach!!!
Po zejściu z góry i powrocie do schroniska czekała na nas obiadokolacja i rozpalone ognisko przez resztę naszej drużyny która zdobywała Morskie Oko i Szpiglasowy Wierch! Następnego dnia niestety przyszedł czas na pożegnania i powrót do domu. Ciężko rozstać się z ludźmi którym tak wiele zawdzięczasz, którzy byli z tobą w najtrudniejszych chwilach i którzy wspierali cię w chwilach zwątpienia!
Projekt oficjalnie dobiegł końca ale podejrzewam, że każdy z nas wciąż zadawał sobie pytania: co dalej? Czy to koniec? Co jeśli nie spotkam się już z tymi ludźmi przecież spędziłem z nimi 2 wspaniałe lata? Te i inne pytania znalazły swoją odpowiedź, projekt nie dobiegł końca i wciąż może trwać musimy tylko wziąć sprawy w swoje ręce. Taka sugestia padła ze strony organizatorów. Wierzę, że każdy z nas w głowie ma swój własny plan, jak nie dopuścić, by te 2 lata nie stały się zwykłym wspomnieniem. Jednak gdyby tak się stało uważam, ze nikt nie będzie brał projektu Razem Na Szczyty za zwykłe wspomnienia. Przecież razem dokonaliśmy czegoś niezwykłego i możemy dołączyć nasze osiągnięcia bez żadnego ”ale” do CV.
Na końcu chciałbym jeszcze raz serdecznie podziękować organizatorom projektu za to, że uwierzyliście w nasze siły i daliście nam ogromną szanse pokonania własnych słabości i uwierzenia w samego siebie. Szczególnie chciałbym podziękować Magdzie za to, że wierzyła we mnie od początku aż do samego końca i pozwoliła mi spełnić moje marzenia, to dawało mi siłę do naszych wspólnych wędrówek!
Dziękuję i do zobaczenia na szlaku wkrótce 😉
Mateusz
Mogielica – przełomowa !!!
W połowie mniej więcej maja a szczegółowo w weekend 17- tego na 18- tego maja wybraliśmy się w Beskid Wyspowy zdobyć Mogielicę 1171 m.n.p.m.
Ten weekend dla mnie i dla kilku osób z Wrocławia zaczął się bardzo wcześnie. Zostałam przydzielona przez Kajfę naszą szefową 🙂 do grupy kilku osób jadących PolskimBusem, Który odjeżdżał z PKS-u do Krakowa o 5 rano czyli chcąc nie chcąc a dla mnie bardziej chcąc musieliśmy bardzo wcześnie wstać. Mój dzień zaczął się o 3:55 czego nie żałuję 🙂 Zbiórkę mieliśmy o 4:45 na peronie PolskiegoBusa. Razem ze mną jechała Destina, Dorota, i Tadeusz miał jechać jeszcze Marian ale nie dojechał. Dowodziła nami Destina. Wyruszyliśmy do Krakowa. W Krakowie dołączyłam do auta Ewy a reszta naszej PolskoBusowej grupy przesiadła się do autobusy PKS-su, który jechał do Mszany Dolnej gdzie było docelowe miejsce zbiórki wszystkich osób zjeżdżających się z różnych stron Polski.
W Mszanie kiedy wszyscy już byliśmy razem po odprawie ruszyliśmy dalej w stronę Mogielicy do Przełęczy Rydza Śmigłego. Tam zostawiliśmy auta i już na nogach szliśmy dalej. Pogoda nie zachwycała już w Krakowie padał deszcz a Mszanie nie padał tylko lał ale przecież nas nic nie przestraszy szliśmy z uśmiechami na twarzach . Choć jak zobaczyłam jak po samym szlaku spływa mini Wisła w dól a my mamy iść po niej obok niej pod górę mając w pamięci moje bliskie spotkanie z pewnym strumykiem w górach Izerskich i moją zdolność do częstych upadków miałam małego stracha ale nie dałam tego po sobie poznać. Od czasu kiedy zaczęłam jeździć na koniach z moją równowagą jest lepiej więc miałam nadzieję, że będzie dobrze.A było bardzo dobrze!!! Zdarzało mi się potykać czasem zawahać ale ani razu się nie przewróciłam. Jest moc!! Z czasem kiedy wspinaliśmy się coraz wyżej deszcz przestawał padać. Wszyscy byliśmy bardzo dzielni bo nie łatwo jest iść pod górę po błocie gdzie wszystko się pod nogami rusza bo jest mokre i śliskie. Oprócz błota, deszczu mijaliśmy na szlaku kilka zwalonych drzew, które też musieliśmy pokonać by iść dalej nie zawsze dało się je obejść bo był gęsty las. Trzeba było pod drzewem przechodzić lub nad drzewem to też nie było łatwe. Wszystkim udało się dojść na szczyt 🙂 Gratuluje!! Ale fajnie !!!
Po posileniu się po gromkich brawach i pamiątkowych zdjęciach zaczęliśmy schodzić w dół. Podzieliliśmy się na małe grupki jak to zawsze bywa. Schodząc w dół trzymałam się Basi z przewodnikiem zawsze raźniej zwłaszcza z takim fajnym:) A owce wcale mnie się nie bały. Nawet z jedną z nich prowadziłam poważną dyskusję choć z przykrością stwierdzam, że nie mam pojęcia czego ona dotyczyła gdyż obcy jest mi język owczy ale odpowiadała na moje beczenie 🙂 Jak byłam już na dole wyszło słońce 🙂 🙂 Wszyscy doszli do aut.Choć był moment grozy trzymający w napięciu ponieważ jedna z grupek na chwilę zboczyła ze szlaku i lekko zgubiła się ale przy pomocy tych nie zgubionych udało jej się odnaleźć. Po dotarciu wszystkich do aut na Przełęczy wpakowaliśmy się szybko do aut i udaliśmy się w stronę Kasinki Małej do miejsca naszego noclegu w Bazie Szkoleniowo-Wypoczynkowej. Gdy dotarliśmy do Kasinki zostawiliśmy samochody na parkingu gdyż do bazy trzeba było jeszcze dojść na piechotę spory kawałek. Na całe szczęście z ośrodka zjechał do nas i po nasze plecaki pan fajnym starym chyba ruskiej produkcji autem terenowym dla którego żadna droga nie stanowi problemu 🙂 Kilka osób też się do niego zmieściło i do bazy autem a nie na nogach jak cała reszta. Chcąc nie Chcąc a tym razem bardziej nie chcąc znalazłam się w tym aucie i mam nowe doświadczenie życiowe na koncie 🙂 🙂
Kiedy wszyscy doszli i ulokowali się po pokojach udaliśmy się na kolację. Chociaż nie miałam wykupionego posiłku i miałam własny udało mi się zjeść gołąbka Dobre były. Po kolacji udaliśmy się znów do pokoi by odpocząć umyć się i co tam kto chce. aa i rozliczyć się z Kajfą. Więcej na atrakcji nie było bo była późna pora. Ja dosyć szybko poszłam spać nie wiem jak reszta.
Niedziela przywitała nas słoneczną pogodą. Razem z Kajfą Dorotą i Maćkiem zeszliśmy do aut i pojechaliśmy na Mszę Św. Po Mszy wróciliśmy do bazy na śniadanie i pakowanie. Szybko musieliśmy się zbierać bo przynajmniej grupa PolskiegoBusa odjeżdżała z Krakowa chwilę po 12-tej a jeszcze trzeba było dojechać do tego Krakowa. Więc jak nasze bagaże zjechały z powrotem do aut i wszyscy zeszli po podziękowaniach uściskach uśmiechach i pożegnaniach popakowaliśmy się do aut i ruszyliśmy w drogę do domów. My grupa Polskiego Busa dzięki Maćkowi dotarliśmy na dworzec w Mszanie Dolej stamtąd ruszyliśmy PKS-em do Krakowa a z Krakowa do Wrocławia.
Dziękuję Wszystkim za ten wspaniały wypad w góry. To był dla mnie naprawdę wyjątkowy wyjazd. Przełomowy.
Do zobaczenia na KOLEJNYM.
Bogucha
Wyprawa w Tatry
Na początku czerwca dostałam zaproszenie na wyjazd w Tatry. Bardzo się ucieszyłam, bo dawno nie byłam w tych górach. Marzyłam o tym, aby pochodzić trochę po tatrzańskich szlakach, a nie tylko wjeżdżać na szczyty kolejką. Chciałam poczuć Tatry własnymi stopami. Wyprawa w Tatry odbyła się w dniach 27 – 29 czerwca. W piątek wieczorem wszyscy uczestnicy wycieczki zebrali się w schronisku Głodówka w Bukowinie Tatrzańskiej. Najpierw były radosne powitania i uściski, a następnie 20 osobowa grupa zakwalifikowana wcześniej do ekipy szturmowej idącej na Rysy udała się do słowackiego schroniska Chata Popradska Pleso, by tam spędzić noc i w sobotę wcześnie rano wyruszyć na najwyższy szczyt Tatr. Reszta wycieczkowiczów w sobotę rano wybrała się na trasę do Morskiego Oka. Dzięki uprzejmości pana Tomka – ratownika TOPR – u niektórzy mieli tą drogę trochę skróconą. Trzeba było jednak przejść kilka kilometrów i ta droga też była radością. Doszliśmy wszyscy. Morskie Oko jest po prostu przepiękne, cudne! Widoki niesamowite, wręcz nie do opisania. Miałam też możliwość przejścia kawałek po ścieżce nad Morskim Okiem, wciąż podziwiając piękno Tatr. Część naszej ekipy wybrała się jeszcze na Szpiglasowy Wierch – szczyt wznoszący się na wysokość 2172 m. n.p.m. Koniecznie trzeba dodać, że w tym samym czasie, gdy my podziwiamy Tatry po polskiej stronie, nasza ekipa szturmowa dzielnie zmierza na Rysy. Od Tomka dowiadujemy się, że szczyt został zdobyty o godzinie 14.00.
Wieczorem, oczekując na zdobywców najwyższego szczytu w Polsce, jedliśmy pyszny żurek i piekliśmy kiełbaski na ognisku. Jak tylko dostaliśmy wiadomość, że wracają dzielni zdobywcy Rysów, przenieśliśmy się na parking przed schroniskiem, żeby ich przywitać i pogratulować sukcesu. Członkowie ekipy szturmowej opowiadali, że było bardzo ciężko i bardzo trudne warunki. Na części trasy walczyli ze śniegiem. Mimo, że nie wszystkim udało się dotrzeć na sam wierzchołek Rysów to i tak odnieśli wielki sukces pokonując tą trudną i bardzo wymagającą drogę.
Późnym wieczorem zbieramy się na spotkaniu podsumowującym projekt „Niepełnosprawni w górach – Razem na szczyty” Magda i Tomek wspominają jak to było na początku, kiedy powstał pomysł górskich wypraw razem z niepełnosprawnymi. Zakładano, że w projekcie weźmie udział około 40 osób. Tymczasem to, co się stało w ciągu 2 lat trwania projektu przerosło chyba ich najśmielsze oczekiwania. Otóż okazuje się, że w realizację projektu zaangażowanych było około 300 osób!!! Podczas spotkania powspominaliśmy nasze wspólne górskie wędrówki, były podziękowania organizatorom, uczestnikom i wolontariuszom. usłyszeliśmy też gratulacje od Janka Meli – prezesa Fundacji Poza Horyzonty. Nie mógł być osobiście na spotkaniu, ale połączył się z nami telefonicznie. Wszyscy dostaliśmy także dyplomy z pięknymi tekstami podziękowania wypisanymi przez Magdę. Podczas spotkania został zorganizowany też konkurs wiedzy o projekcie. Za każdą dobrą odpowiedź na pytanie dotyczące tego, co działo się na wyprawach przyznawano nagrodę, a nagrodami w konkursie były upominki od Fundacji Poza Horyzonty – koszulki z logo Fundacji oraz książki z filmem „Mój biegun – prawdziwa historia Jaśka Meli”. (Widziałam ten film w kinie – jest piękny. Każdemu szczerze polecam). Po rozdaniu nagród Magda poinformowała, że 28 szczytów zostało zdobytych i uroczyście zamknęła projekt „Niepełnosprawni w górach – razem na szczyty”. Przyznam, że łza mi się w oku zakręciła i nie do końca przyjmuję do wiadomości fakt zakończenia projektu, a to z tego powodu, że nie wyobrażam sobie, byśmy po 2 latach wspólnych wędrówek mieli się tak nagle rozstać i nie pójść już nigdy razem w góry.
W niedzielę rano w polowej kaplicy przy schronisku uczestniczyliśmy we Mszy świętej, a po niej część z nas pojechała jeszcze do term w Bukowinie. Potem trzeba było się pożegnać, ale obiecaliśmy sobie, że się jeszcze spotkamy.
Podsumowując mój udział w projekcie mogę z całą pewnością stwierdzić, że te dwa lata to był dla mnie bardzo ważny i piękny czas. Przede wszystkim mogłam spełniać swoje marzenia odkrywania piękna gór nie tylko na zdjęciach i pocztówkach, ale poprzez wędrówki z ludźmi, którzy nie przekreślają osób niepełnosprawnych, a wręcz przeciwnie – wierzą w ich możliwości. To właśnie ci ludzie – organizatorzy projektu i jednocześnie kierownicy poszczególnych wypraw, a także wolontariusze spowodowali, że pokochałam góry.
Na początku było trudno, bo przecież wcześniej nie chodziłam w góry, dlatego każdy szczyt to było wielkie wyzwanie, nawet trochę z lękiem o to czy dam radę, czy moje nogi(przecież niesprawne) wytrzymają długość trasy. Jednak kiedy przyszły sukcesy w postaci zdobycia szczytów jednego, drugiego, trzeciego i następnych nabierałam coraz więcej pewności siebie
i wiary w to, że uda się zdobyć kolejne. Górskie wędrówki były też niejednokrotnie czasem zmagania się z własną słabością, bólem nóg, zwątpieniem… Byli jednak przy mnie ludzie, którzy pomagali, wspierali, tak jak umieli najlepiej – zarówno wolontariusze, jak i niepełnosprawni uczestnicy projektu. To właśnie ci ludzie nie pozwalali mi się poddać, zrezygnować. Pewnego dnia po którejś z górskich wycieczek, mając zdobytych może kilka szczytów Korony Gór Polski pomyślałam: a może by tak spróbować zdobyć wszystkie 28 najwyższych szczytów w Polsce? Kto wie, może się uda? Wtedy pojawił się właśnie taki cel i marzenie. Większość szczytów zdobyłam podczas wypraw projektowych, a część podczas wycieczek z rodzicami (wtedy też duchowo wspierała mnie Ekipa Razem na Szczyty – jestem tego pewna). Byłam na 26 szczytach Korony Gór Polski i nad Morskim Okiem w Tatrach. Do zdobycia pozostały Babia Góra i Rysy. O zdobycie Babiej Góry powalczę w lipcu. A Rysy? Nie wiem… Dla moich nóg są chyba za trudne i zbyt niebezpieczne… Dla mnie ważne jest to, że po Tatrach też trochę chodziłam.
Poprzez udział w projekcie „Razem na szczyty” wiele się we mnie zmieniło na lepsze. Zmieniło się moje myślenie o sobie, o ludziach, o górach. Wiem, że marzenia się spełniają, trzeba tylko chcieć o nie powalczyć. Są na świecie ludzie, którzy zauważają i doceniają niepełnosprawnych, odkrywają ich możliwości. A góry na pewno są dostępne dla osób z niepełnosprawnościami i na pewno dadzą się zdobyć…
Dziękuję bardzo serdecznie Ekipie „Razem na Szczyty”- kierownikom poszczególnych wypraw, górskim przewodnikom, wolontariuszom i osobom niepełnosprawnym, a także moim rodzicom za towarzyszenie mi na górskim szlaku, za pomoc i wsparcie, za obecność. Dziękuję także przyjaciołom, którzy wiedząc, że chodzę po górach, popierali ten pomysł i mocno mi kibicowali. Dziękuję wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do tego, że mogłam zdobywać szczyty Korony Gór Polski.
Projekt „Razem na Szczyty zakończył się, ale ja mimo to wierzę, że jeszcze razem pójdziemy w góry. Zatem do zobaczenia na szlaku.
tekst: Ania Makowska
zdjęcie: Agata Cieśluk

W serwisie RMF FM pojawiły się liczne materiały o naszym projekcie i tatrzańskich wyczynach uczestników!
Wspaniały początek
Gdyby ktoś powiedział mi półtora roku temu, że kiedyś będę miała możliwość chodzenia po górach powiedziałabym, że robi sobie żarty, gdzie ja o kulach?
A jednocześnie rozważałabym taki scenariusz- nowe wyzwania i ryzyko dają mi ogromny napęd do działania.
Osz ten mój zawzięty charakterek :D.
O wyprawach Niepełnosprawnych w górach Razem na Szczyty dowiedziałam się od jednej z uczestniczek projektu Bogusi, z którą miałam przyjemność chodzić do szkoły podstawowej.
Początkowo byłam nastawiona dość sceptycznie, ale zmieniłam zdanie oglądając zdjęcia i filmiki z wyjazdów.
Po paru miesiącach namysłu postanowiłam spróbować i wybrałam się we wrześniu ubiegłego roku w Pieniny i Beskid Sądecki.
Była to dla mnie całkowita nowość- góry znałam jedynie z fotografii, opisu książek oraz często bywałam przejazdem, ale coś zawsze do nich ciągnęło.
Poszłam szczerze mówiąc na żywioł bez przygotowania.
Nie udało mi się zdobyć zarówno szczytu Radziejowej jak i Wysokiej, ale dostałam wiele ciepłych słów wsparcia co dawało motywacje do dalszej pracy nad kondycją fizyczną i wiarą we własne siły..
Zaczęłam regularny trening jednocześnie wierząc w to, że ja tez mogę.
Nadszedł czas na kolejny wyjazd tym razem Naszym celem był najwyższy szczyt Beskidu Makowskiego Lubomir.
Weekend dla mnie niezwykły pod paroma względami:
rozpoczęcie Korony Gór Polski i drugi wypad z fantastyczną ekipą Razem na Szczyty,
Kanonizacja Jana Pawła II, który towarzyszył mi w wyprawie oraz moje kolejne urodziny.
Przyznam szczerze, że zawsze marzyłam aby tą magiczną dla mnie datę spędzić w górach, które są tak niezwykłe.
Szczerze mówiąc myślałam ,że taki plan pozostanie w sferze marzeń…
Moje podejście zmieniło się wraz z wyjazdem na podbój Lubomira.
Gdy otworzyłam e-maila od Tomka z informacją ,że jadę -powiedziałam sobie jeśli nie teraz to kiedy?
To jest właśnie ten czas…
Do Krakowa wyruszyłam Polskim Busem o godzinie 8.20 wraz z Marysią i Bożeną.
Pogoda nie nastrajała optymistycznie całą drogę lało i nie był o to dobrym prognostykiem przed górską wyprawą i obserwacją nieba.
Jednak moje obawy okazały się niepotrzebne.
Planowo o godzinie 9.35 przyjechałyśmy do Krakowa.
Do czasu zbiórki miałyśmy sporo czasu więc postanowiłyśmy wykorzystać ten czas pożytecznie na owocnych rozmowach w gorącej niczym sauna Galerii Krakowskiej popijając pyszną kawę .
Czas zleciał nam bardzo szybko.
Nadszedł długo oczekiwany czas wspólnego spotkania na dworcu PKS gdzie nastąpiło gorące przywitanie.
W jednej chwili dostałam niesamowitego przypływu energii i pozostało jedynie niewielkie napięcie, że nie dam rady zdobyć szczytu.
Pojawił się Tomek kierownik wyprawy nastąpił szybki podział kto z kim i wyruszyliśmy w dalszą podróż do uroczej miejscowości o nazwie Węglówka, gdzie znajdowało się miejsce naszego noclegu.
Po godzinie czasu byliśmy na miejscu.
Urocza okolica, która sprawiała, że czas się zatrzymał dodatkowo sprzyjał temu brak zasięgu.
Pobyt w Węglówce rozpoczęliśmy wspólnym posiłkiem, po którym Tomek przekazał nam garść cennych informacji odnośnie wyprawy.
Po wolnym czasie o godzinie 17 wyruszyliśmy samochodami na parking Przełęczy Jaworzyce gdzie zaczynaliśmy naszą wędrówkę.
Parę wspólnych fotek i przed 18 ruszamy na szczyt.
Początkowo szlak prowadził drogą asfaltową, która zmienia się po ok. 500 metrach w teren utwardzony kamykami.
Trasę umilały Nam plansze edukacyjne związane z astronomią oraz niezwykle interesujące opowieści Tomka i Ani z zakresu tej tematyki.
Nie zabrakło również ciekawostek krajobrazowych i pięknego widoku na Beskid Wyspowy.
W pierwszej części trasy czułam leciutkie napięcie , ale była to tylko kwestia rozchodzenia.
Chwilę zwątpienia szybko minęły dzięki fantastycznej ekipie, z którą mam przyjemność iść na szczyt.
Wiedziałam, że każda minuta przybliża mnie do spełnienia mojego marzenia..
Wiele słów wsparcia, różna tematyka rozmów oraz energia powodowała polot a nogi same niosły.
Dodatkowo odzyskałam spokój wewnętrzny, którego tak mi brakowało.
Czułam się świetnie i w końcu odnalazłam swoje miejsce.
Trasa w porównaniu tej z września nie była trudna i nadawała się zarówno dla turystów pieszych jak i rowerzystów.
Jedynie dwa podejścia były odczuwalne, ale to w końcu góry a nie spacer po chodniku.
Parę minut po godzinie 20 z uśmiechem docieramy na szczyt osobiście czułam spory niedosyt, że to koniec a jednocześnie po raz pierwszy w życiu byłam z siebie prawdziwie zadowolona.
Aż chciało się krzyczeć zrobiłam to…
Masa emocji od śmiechu po łzy.
Parę wspólnych zdjęć już po zmroku i udaliśmy się na gorący posiłek w postaci grilla.
Następnie oglądaliśmy film o historii obserwatorium astronomicznego- ależ ten lektor „miał moc” w głosie- mistrzostwo :D.
Z opowieści zapamiętałam nazwy dwóch planet odkrytych na Lubomirze Orkisz oraz Kaho-Kozik-Lis :D.
Nadszedł czas na długo oczekiwaną obserwację nieba początkowo w 5 osobowych grupach oglądaliśmy przez teleskop Jowisza i jego księżyce, a następnie już całą ekipą różnorodne gwiazdozbiory-zielony laserowy wskaźnik robił wrażenie.
Po godzinie 23 pora wyposażeni w latarki i czołówki wyruszamy w drogę powrotną…
Zamiast jednak zejścia parę osób miało dodatkową atrakcje -zjazd samochodem terenowym prowadzonym przez pracownika obserwatorium.
Zejść dalibyśmy radę, ale ze względu na późną porę nie chcieliśmy przedłużać czasu wędrówki .
To jeszcze nie koniec atrakcji…
Po szczęśliwym powrocie ze szczytu(nawet nie wiem kiedy) zgasło światło i do pokoju, w którym miałam przyjemność mieszkać wtargnęła ekipa ze słodką urodzinową dla mnie niespodzianką w postaci sernika.
Byłam potwornie zaskoczona i jednocześnie zmieszana bo mój strój nadawał się jedynie pod śpiwór :D.
Głośne śpiewy, liczne życzenia oraz konsumpcja ciasta rozpoczęła kolejne moje urodziny.
To był najlepszy sernik jaki dane mi było w życiu jeść, bardzo dziękuję naszemu etatowemu cukiernikowi Marcinowi oraz wszystkim za życzenia.
Kolejny dzień pełna szczęścia i energii rozpoczęłam od porannej mszy.
Po powrocie oglądaliśmy prezentacje zdjęć Ani z kolejno zdobywanych szczytów Korony.
Następnie pakowanie, uściski, wspólne zdjęcia i czas wyruszyć do swoich domów.
Po godzinie 14 dotarłam do Krakowa gdzie wraz z Bożeną odprowadziła nas Marta na autobus.
Szczęśliwie przed 18 przekroczyłam próg domu.
Podziękowania dla wszystkich , którzy pomogli mi w zaczęciu realizacji moich górskich marzeń, które stały się rzeczywistością kierownictwu projektu Razem na Szczyty, wolontariuszom, uczestnikom, znajomym, fizjoterapeutom – warto było czekać na takie urodziny.
Mam nadzieję, że to początek mojej górskiej drogi.
Wierzcie w swoje marzenia i nigdy się nie poddawajcie.
Pozdrawiam serdecznie życząc zdobycia kolejnych szczytów.
Do zobaczenia
Ania Tokarska