Artykuł w Góryonline.com

 

Czy zastanawiałeś się kiedyś nad tym, czy wróciłbyś w góry gdybyś przestał widzieć, słyszeć lub poruszać się o własnych nogach? Czy miałbyś na tyle siły? Czy miałbyś z kim ponownie ruszyć na szlak?

Pewnie nie, bo nikt z nas o tym nie myśli. Mnie tylko raz przez głowę przemknęło, gdy przelatywałam przez kierownicę rozpędzonego roweru „A więc to tak się dzieje…”. Pierwszy raz na w górach na moim nowym rumaku, a tu taki numer! Na szczęście skończyło się na kilku bliznach, na które patrzę codziennie z coraz większą pokorą.

Opowiem Wam o pewnych osobach. Jest ich około osiemdziesięciu i ciągle przybywają nowi. Nie mają rąk, albo nóg, niektórzy nie widzą lub widzą szczątkowo, a dodatkowo niedosłyszą. Część z nich ma problem z równowagą, poruszają się o kulach, chodzikach, wspierają się na ramionach innych… i każdy z nich chodzi po górach. I to wcale nie najłatwiejszymi szlakami.
(…)
PRZECZYTAJ CAŁOŚĆ

Debiut na szczycie, czyli o wycieczce na Kłodzką Górę

 

Na szczyt Kłodzkiej Góry (765 m. N.p.m. – najwyższy szczyt w Górach Bardzkich) wybraliśmy się 14.04.2013 roku. Po raz pierwszy wycieczka była jednodniowa. Łącznie przebyliśmy ponad 10 kilometrów.
Jak widać z nadanego przeze mnie tytułu pierwszy raz wybrałam się na szczyt górski. Droga od momentu, gdy dowiedziałam się o projekcie do zgłoszenia się na wyjazd była dość długa, (pojawiały się liczne wątpliwości, czy taka wycieczka jest w ogóle dla mnie, czy dam radę). Nie żałuję, że pojechałam! Po pierwsze, szczególną uwagę chciałabym zwrócić na organizację wyjazdu. Wszystko zostało doskonale zaplanowane. Wiadomo co zabrać, jaka trasa, kto, jak pojedzie – wszystkie kwestie organizacyjne zostały wspaniale dograne, za co bardzo dziękuję!!! Mimo obaw, które towarzyszyły mi jeszcze przed zapisaniem się na wycieczkę (zapisywałam się 04 kwietnia, w przedostatnim dniu, do którego wyznaczony był termin zgłoszenia), wszystkie informacje, które na bieżąco otrzymywałam po zakwalifikowaniu się dawały mi duże poczucie bezpieczeństwa. Jeszcze raz bardzo dziękuję!!! Po drugie, atmosfera w czasie wyjazdu była naprawdę fantastyczna.
Dla mnie cała wyprawa zaczęła się już po 5 rano, kiedy dopakowywałam ostatnie rzeczy, zastanawiałam się nad tym, czy niczego nie zapomniałam. Rano kropienie oczu, żeby ciśnienie w oczach za bardzo nie wzrosło i gdzieś na trasie mnie głowa nie rozbolała (szczerze, dawno nie byłam tak regularna w kropieniu oczu, jak przez kilka dni przed wycieczką).
Wreszcie 6.30, czas na wyjście, stuptuty nie chciały się zapiąć (myślałam, że oszaleję), ale w końcu udało się i z tym uporać. Gotowa na wyprawę wyruszyłam na dworzec PKS, gdzie rozpoczęła się podróż, której celem był zajazd „Kukułka”, skąd miałam rozpocząć swoją pierwszą wędrówkę na szczyt.
Podróż minęła szybko, w bardzo radosnej atmosferze. Przy samym zajeździe krótka integracja z całą grupą i wyruszyliśmy! W czasie wędrówki słuchaliśmy ciekawych opowieści naszej przewodniczki. Najtrudniejszym podejściem miał być Jedlak, jednak wchodzenie po śniegu bezpośrednio na szczyt Kłodzkiej Góry okazało się trudniejsze (cały poranny trud związany z nałożeniem stuptutów nie poszedł na marne). Były momenty trudne, kryzysy, ale udało się je wszystkie przełamać i dotrzeć na szczyt, z czego bardzo się cieszę. Spotkaliśmy na szlaku nielicznych turystów. (Szlak ten nie jest bardzo popularny). Podczas całej wędrówki towarzyszyło nam piękne słońce.
Jednak najważniejsze w tej wyprawie było to, że zdobyliśmy ten szczyt razem, razem. My uczestnicy, wolontariusze, wspaniali ludzie, którzy biorą udział w tym projekcie i go tworzą. Muszę przyznać, że panująca na wyprawie wspaniała atmosfera, wszyscy ludzie, których spotkałam dali mi mnóstwo pozytywnej energii. Naprawdę warto, warto przełamywać swoje obawy, lęki po to, by przeżyć jeszcze więcej takich wspaniałych wypraw na górskie szczyty.

tekst: Barbara Moskal

Galeria z Gór Bardzkich

 

Galeria Marcina:
GALERIA 1

A poniżej zdjęcia autorstwa Pani Mariolki.
Tylko ja się pytam: Dlaczego Kierowniczka jest taka smutna?! Czyżby uczestnicy zapomnieli, że każdy miał jej po kanapce przygotować?

Kłodzka Góra

 

Jest to pewną zasadą, że po jakiejś górskiej wycieczce, wyprawie, wspinaczce czy jakiejś innej podróży pisze się relacje, dzienniki. Niektórzy piszą nawet książki.
Żeby zatem tradycji stało się zadość, ostatnia wycieczka ekipy razem na szczyty w Góry Bardzkie na Kłodzką Górę również doczekała się swego rodzaju „relacji”. Ale jest „ale”.
Ta relacja nie będzie z kręgu tych typowych. Z podstawowych informacji to chodzi o Kłodzką Górę. Kłodzka Góra ma 765 m n.p.m. i jest najwyższym szczytem Gór Bardzkich oraz należy do szczytów Korony Gór Polski. Stąd właśnie obecność na górze ekipy Razem na Szczyty. Cała wycieczka miała charakter jednodniowy, a dokładnie 14 kwietnia 2013 r. Wszyscy spotkaliśmy się rano na dworcu PKS we Wrocławiu, pojechaliśmy stąd samochodami około 1,5 godziny pod Kłodzką Górę. Tam zaczęliśmy wchodzić na szczyt, weszliśmy, zeszliśmy i już.
Jak dla mnie (pisze głównie o swoich odczuciach) góra ta tu nudna wędrówka po lesie, trasa bez żadnych absolutnie widoków, błoto, raz sucha ścieżka, raz śnieg- kruchy, śliski, ubity- katorga! I szczyt tylko po to żeby go zaliczyć. Do tego dochodzą jeszcze zalane spodnie piwem i smród jak w gorzelni oraz fakt że akurat w tą niedzielę remontowany był jakiś most i stąd pociąg o 18.53 do Łodzi był odwołany. Powrót więc to duszna i ciasna i monotonna droga autobusem. W domu byłem po 1 w nocy.
Mimo jednak tych wszystkich niewygód i moich narzekań nie żałuje. Minęła mniej więcej połowa projektu Razem na Szczyty. Uczestniczyłem 7 razy we wspólnych wyjazdach. Nigdy moją ambicją nie były, ani nigdy nie będą osiągnięcia stricte sportowe i „robienie” szeroko pojętych wyników. Także jak przypomnę siebie z czasów sprzed operacji, to zawsze celem nie był stricte konkretny szczyt, ściana itd. Podobnie jest i z Koroną Gór Polski. Ona dzieje się jakby „przy okazji”, ale nie jest celem samym w sobie. Przez ten czas (prawie rok) poznałem kupę fantastycznych ludzi, przeżyłem wspaniałe przygody, chociaż nigdy nie robiłem zdjęć to przed oczami niczym filmowe ujęcia mam fragmenty niby banalnych zdarzeń, w uszach dźwięczą mi czasem głosy uczestników z którymi mogłem się spotkać przy okazji Razem na Szczyty. Dawno się tak wielokrotnie nie śmiałem, tak dobrze nie bawiłem.
I właśnie wszystko to powoduje, że mimo czasem mojego narzekania na brak górskich uniesień (ująłem to dość delikatnie a propos Kłodzkiej Góry) chcę i pragnę jeździć tak jak najczęściej. I to właśnie dla tych ludzi, atmosfery, magicznej energii. No i dla siebie.

tekst: Bartek Michalak

Rogata dusza

 

Zaczęło się bardzo niewinnie, ponieważ Dziku napisał do mnie smsa czy pojadę z Wami na Skalnik? Zaznaczam, że 10 marca wieczorem, a wyjazd miał się odbyć 16. Od razu się zgłosiłam, nie znając ludzi, z którymi jadę, ale myślałam, a co tam?

Od razu po esemesie szukałam połączeń z Warszawy do Wrocławia. Już wieczorem 15 marca wsiadłam do pociągu gotowa do drogi byłam we Wrocławiu raniutko. Czekałam na murku przy drzewie tak jak się umawialiśmy. Jak się pojawili to od razu wszyscy poszli do samochodów, ja byłam z Agą, jej siostrą Asią i z Olą, fajne dziewczyny. Jechałyśmy i jechałyśmy, Agnieszka włączyła nawigację, stwierdziłyśmy z Olą, że możemy od razu pojechać na Słowację nie tylko do Naszego celu podróży. Szkoda, że się nie zgubiłyśmy wielka szkoda, widziałyśmy nawet bizony (tak naprawdę to były krowy tylko z łatkami brązowymi) już mi się podobało. Wjeżdżałyśmy w przecudowne miejsca, górki, dołki i wszędzie mnóstwo śniegu.

Już prawie byłyśmy w Czarnowie. Jechałyśmy jako ostatnie, w pewnym momencie reszta stanęła na środku drogi, nie wiedziałyśmy, o co chodzi. Po chwili okazało się, że jest tak stromo, że nie da się podjechać samochodem. Dobrzy ludzie dali Nam tylko jedną łopatę, którą przygotowaliśmy sobie miejsce na samochody. Wszyscy musieli wysiadać i drałować na piechotę do schroniska.

Widok nieziemski, nie da się tego opisać. Drzewa obsypane puszkiem śniegu, jak wiele bałwanów, istny czad.
Doszliśmy do schroniska i za chwilę ruszaliśmy na szczyt Skalnik nawet kotek chciał z Nami iść. Ruszyliśmy drogą, kilka metrów dalej już była wąska ścieżka między drzewami i mnóstwo śniegu. Było bardzo ślisko, więc większość z Nas wywalała się. Ja miałam kilka upadków, po 5 przestałam liczyć, ile razy się przewróciłam, potem już tylko się z tego śmiałam. Nie, kiedy śnieg sięgał do kolan i skrzypiał pod nogami, super!!! Nigdy nie byłam w marcu w górach przy takiej pogodzie. Namawiałam kilka osób, żeby zrobić w śniegu orzełka, tak był nienaruszony. Istne szaleństwo. Było ślicznie pogoda dopisywała. Napadało tyle śniegu, a my byliśmy pierwszymi osobami, które po nim przechodziły. Uważaliśmy na „szturchanie świerka”. Przeszliśmy przez tak zwany „Język teściowej” jak już byliśmy na samiutkim szczycie to zboczyliśmy trochę w bok, żeby pójść na punkt widokowy na Ostrej Małej, kto chciał (oczywiście ja chciałam) musiał się wspiąć na skały, ale jak już dotarłam to nie chciało mi się nigdzie iść tak było cudownie. Chciałam tam zostać napawać się widokami, na Karkonosze, Rudawy Janowickie, Góry Izerskie, Góry Kaczawskie, czyli całą Kotlinę Jeleniogórską.

Wszyscy dotarliśmy na szczyt Skalnik 945 m n.p.m. w projekcie Korona Gór Polski to Wasz 11 szczyt, a mój 1, ale zaliczyliście to dopiero 1/3 szczytów więc jeszcze się z Wami nałażę, mam nadzieję. Miałam niedosyt wędrowania, a już musieliśmy się zmywać. Głodna i zmarznięta dotarłam do schroniska gdzie czekał na Nas kominek. W czasie podchodzenia na szczyt marzyłam o gorącej kawie przy kominku. Udało się spełnić marzenie tylko zamiast ciepła kawa była herbata, ale przy kominku. To mniej ważne istotni są ludzie, z którymi wędrowałam. Dziękuję Wam za to, że Was poznałam i mogłam do Was dołączyć. Piszę bardzo szczerze. Ludzie zakręceni jak ja na punkcie gór!!!! Cudowni, wspaniali i …..
To ludzie tworzą atmosferę, a nie miejsce.

Super było jak wszystkich poznawałam, zrobiliśmy kalambury było dużo śmiechu, granie na gitarze przez Anię – naszą przewodniczkę i śpiewy do białego rana (prawie)…. poczułam, że znamy się bardzo długo taka grupa, która uwielbia góry i fajna paczka.

Drugiego dnia wyruszyliśmy do ruin Zamku Bolczów. Usłyszeliśmy historię zamku i legendę o „Srebrnym kuszniku”. Musiałam szybko zejść i lecieć do Wrocławia na pociąg, który miał mnie zabrać do Warszawy. Czuję niedosyt. Jestem nadal pod wielkim wrażeniem po wyprawie na Skalnik.

tekst: Justyna Janiszewska

Relacja Piotrka

Wyjazd w Rudawy Janowickie rozpoczął się nie tak wczesnym rankiem 16 marca 2013 roku. Po szybkim śniadaniu wyjechałem z Wałbrzycha i pokierowałem się w stronę Strzegomia, by zabrać stamtąd jedną z uczestniczek naszej wyprawy – Panią Agatę :). Pogoda była piękna i słoneczna.
Ze Strzegomia pokierowaliśmy się prosto na Czarnów: najkrótszą drogą przez Bolków, Marciszów i Wieściszowice. Niestety, widok za oknem nie odpowiadał dacie z kalendarza a szosa stawała się coraz to węższa i bardziej kręta. Zapewne już całkiem blisko celu podróży, drogę przed nami zatarasowała ciężarówka a my nie mieliśmy ani napędu 4×4, ani nawet łańcuchów. Zmuszeni byliśmy więc wycofać się i pojechać drogą okrężną przez Kamienną Górę. Po kilku mniejszych już przygodach, pokonując ostatnie kilkaset metrów pieszo, dotarliśmy do schroniska Czartak :).
Jak się okazało, z dojechaniem na miejsce nie tylko my mieliśmy problem, tak więc przed wyjściem w góry była chwila na odpoczynek i zebranie wszystkich uczestników. Jeśli dobrze pamiętam, około południa wyruszyliśmy w kierunku głównego celu naszej podróży, a zarazem najwyższego szczytu Rudaw Janowickich – Skalnika. Miło zaskoczył nas drogowskaz na początku szlaku, określający czas wejścia na szczyt na około 40 minut. Jednak warunki do wędrówki szybko zweryfikowały nasze szanse na zdobycie wierzchołka w tak krótkim czasie. Śnieg był głęboki a jeszcze nie zbity, co zdecydowanie utrudniało wędrówkę. Na szczęście widoki i pogoda, mimo że mroźna, rekompensowały zmęczenie i wysiłek. Sam Skalnik okazał się szczytem raczej połogim a skał też nie było na nim zbyt wiele, być może przykrywał je śnieg. Pomimo tego wszyscy byliśmy niezmiernie dumni i szczęśliwi z jego zdobycia.
Gdy w drodze powrotnej dochodziliśmy do Czartaka panował już półmrok. Zmęczeni i głodni zeszliśmy co prędzej do świetlicy schroniska. Po zaspokojeniu potrzeb ciała przyszła kolej na potrzeby ducha – do późnego wieczora rozmawialiśmy, graliśmy w kalambury i inne takie 🙂 . Serdeczne podziękowania należą się Właścicielom (a może Dzierżawcom?) schroniska, którzy przygotowali zapas drewna do kominka, co bardzo ułatwiło i umiliło spędzenie wolnego czasu.
Niestety bardzo wczesnym rankiem musieliśmy zerwać się z łóżek, by przed wyjazdem zdążyć jeszcze zjeść śniadanie. Celem drugiego dnia naszej wyprawy było zdobycie ruin zamku Bolczów, którego budowę datuje się na końcówkę XIV wieku. Droga na zamek była łatwiejsza niż ta z dnia poprzedniego. Na zamku nie było niestety już potomków Księcia Bolka, zamiast nich spotkaliśmy grupę dzielnych harcerzy.
Po nasyceniu się pięknymi widokami i zarejestrowaniu ich na kliszach aparatów, wróciliśmy do naszych aut, skąd każdy odjechał we własnym kierunku.

tekst: Piotr Jędrasik

Przez pół Polski na Skalnik

 

tekst: Ania Makowska

W piątek 15 marca miałam zaplanowany wyjazd do Wrocławia, aby następnego dnia z ekipą projektu „Razem na szczyty” zdobywać kolejną górę – tym razem najwyższy szczyt Rudaw Janowickich – Skalnik (945m.n.p.m). Myślałam, że to będzie już wyjazd prawie wiosenny, że będzie już ciepło i bez śniegu. Okazało się, że się bardzo pomyliłam. Lublin zasypało tak mocno, że postanowiłam jechać pociągiem, mimo, że wcześniej w planie miałam podróż autobusem. W sobotę rano cała ekipa miłośników gór zebrała się we Wrocławiu, skąd samochodami ruszyliśmy do Czarnowa, gdzie rozpoczyna się szlak wiodący na szczyt Skalnika. W Czarnowie kolejna niespodzianka. Otóż zima nie pozwala na swobodne dojechanie do schroniska. Dziku miał w samochodzie łańcuchy, więc czym prędzej je założył na koła samochodu, żeby łatwiej było jechać. Sławek też jakoś dojechał, a pozostali doszli na piechotę. Wyruszamy w drogę na szczyt. Na szlaku dużo śniegu. Zaspy wielkie, prawie po kolana, a dla tych, którzy poruszają się o kulach to nawet czasami aż po same łokcie. W pewnym momencie drogi zrezygnowałam z używania mojej kuli, bo okazało się, że łatwiej iść z wolontariuszami, którzy prowadzą za ręce, niż co chwilę wyciągać kulę z zaspy. Droga nie była łatwa. Mimo to szliśmy wspierając się i pomagając sobie nawzajem. Dostrzegłam tą pomoc, można by rzec na każdym kroku. Szłam w zasadzie na końcu grupy i kiedy nie nadążałam, reszta ekipy czekała. Na jakimś etapie drogi Agata wyciągnęła z plecaka kawałek sztywnej gąbki, abym mogła sobie usiąść choć na chwilę, ktoś inny częstował czekoladą, aby dodać mi energii. Dziku, jako szef wyprawy na Skalnik miał oko na wszystko. Oceniał długość trasy jaka pozostała nam do szczytu, podpowiedział mi nawet, żeby zrezygnować z wejścia na punkt widokowy ze względu na oblodzone schody. Wszystko to z troski o bezpieczeństwo i o to by trochę odpocząć i nabrać sił na ostatni etap do szczytu i drogę powrotną. Zrozumiałam, że w górach wszystko jest ważne, aby dotrzeć do celu. Kiedy droga jest trudna i sił coraz mniej, wtedy otuchy dodają zwykłe, proste słowa, że już nie jest daleko, że damy radę. Po kilku godzinach drogi wszyscy bez wyjątku zdobyliśmy Skalnik. Radość została uwieczniona na wspólnym, pamiątkowym zdjęciu. Po powrocie do schroniska wspólnie jedliśmy posiłek, a po nim była integracja – wzajemne bliższe poznawanie się i kalambury, przy których było mnóstwo radości. A w niedzielę rano mieliśmy telefoniczny kontakt z Bartkiem, któremu śpiewaliśmy 100 lat z okazji przypadających w tym dniu jego Urodzin. Dzwoniła także Magda – szefowa projektu „Razem na szczyty”. Pomyślałam, że ten kontakt na odległość z tymi, którzy tym razem nie mogli pójść z nami na szczyt jest niezwykle ważny, to coś, co naprawdę cieszy. W tę niedzielę mieliśmy jeszcze niespodziankę zapowiedzianą przez Dzika – okupioną wysiłkiem i potem. W Janowicach Wielkich poszliśmy na górę, by podziwiać ruiny zamku Bolczów. Ania opowiedziała nam historię tego zamku. Mieliśmy trochę odpoczynku i czas na zdjęcia. Potem wróciliśmy do samochodów i nastał czas pożegnania, powrotu do Wrocławia i dalej do naszych domów.
Myślę, że nasza przygoda z górami nie kończy się. Przed nami jeszcze trochę szczytów i wiele wspólnych spotkań. Wspominając każdą wyprawę na której byłam z ekipą „Razem na szczyty” stwierdzam ze zdumieniem jak wiele się zmieniło w moim myśleniu. Za każdym razem przekonuję się, jak wiele z tego, co było dla mnie niemożliwe stało się możliwe dzięki twórcom projektu, uczestnikom i wolontariuszom. Ci ludzie, wierząc w to, że sprawni inaczej mogą poznać góry zdobywając je, rozkochali mnie w tych górskich wspólnych wycieczkach tak bardzo, że z radością jadę przez pół Polski tylko po to, aby przez dwa dni być w górach z ludźmi, którzy stali się mi bliscy i ważni dla mnie. Z całą pewnością stwierdzam, że góry i ludzie, którzy te góry kochają mają przepiękną i niesamowitą moc przyciągania. Dziękując Wam za wszystko pozdrawiam z nadzieją ponownego spotkania w górach.

Ania Makowska

Notka z wyjazdu

Tekst: Asia Maćków

Jest mroźny sobotni ranek, 16 marca. Koło dworca PKS zbiera się grupa uczestników projektu „Niepełnosprawni w górach – Razem na szczyty”, to już 11 wyjazd. Naszym celem jest najwyższy szczyt Rudaw Janowickich – Skalnik (945m.n.p.m.) 13 góra, którą planujemy wspólnie zdobyć. Wyruszamy z Wrocławia przed 9.00 i już koło godziny 10.30 jesteśmy w Czarnowie, gdzie stroma, wąska i oblodzona droga do schroniska przypomina nam, że mimo pięknego słońca mamy jeszcze zimę. Zbuntowane auta, które uparcie boksują kołami i nie chcą pokonać kilkuset metrów do schroniska zostawiamy na przydrożnej śnieżnej polanie i z zapałem ruszamy w górę. Po krótkiej wędrówce docieramy do schroniska, gdzie przegryzamy kanapki, zostawiamy zbędne rzeczy i powoli kierujemy się w stronę Skalnika. Pozornie łatwa i przyjemna ścieżka na szczyt, już na początku przypomina, że pokory, uczy każda, nawet niewielka góra. Sypki śnieg na nieprzetartym szlaku jest wielkim utrudnieniem. Wyboje, nierówności, kłody, gałęzie i mróz sprawiają, że z przewodnikowych 30 minut, droga zajmuje nam ponad 2h. Jednak nawet największe trudności i zmęczenie nie są w stanie pokonać olbrzymiej determinacji wszystkich uczestników. Widać, że dla wielu osób jest to niesamowity wysiłek, ale powoli, krok, za krokiem, bez narzekania i nieoglądania się za siebie zdobywają cel. Zmachani, zlani potem, przysypani śniegiem z modrzewiowych gałązek, ale z uśmiechem na ustach i wielką satysfakcją wszyscy stajemy na szczycie! To niesamowite, że mimo ograniczeń i przeszkód, siła woli pozwala wydobyć energię i przekraczać granice. Uskrzydleni sukcesem, powoli wracamy do schroniska. To był długi i piękny dzień, i taki sam wieczór. Po krótkim odpoczynku i ciepłym posiłku, nim szczęśliwi wskoczymy do śpiworów, integracyjne zabawy i śpiewy przy kominku. Niektórzy już myślą o kolejnym dniu, w którym czeka nas niespodzianka – zwiedzanie ruin zamku Bolczów, a potem powrót do domów. Marząc o księżniczkach uwięzionych w wieży i rycerzach w srebrnej zbroi, zamykamy oczy i… zasypiamy.