



















Wszystko zaczęło się od Ani K., która powiedziała mi w wakacje 2013 roku o projekcie Razem na Szczyty. Byłam na kilku wyjazdach, ale projekt się skończył. Po pewnym czasie Ania razem z Markiem podjęli starania o kontynuowanie organizacji górskich wyjazdów. Udało się wskrzesić ideę Razem na Szczyty. Wrócili z dwóch edycji wolontariusze i osoby z różnymi niepełnosprawnościami.
Witam wszystkich, którzy byli razem ze mną na wyjeździe w Górach Izerskich w dniach 8-9.03.2024 r., podczas którego zdobyliśmy Stóg Izerski. Naszą przewodniczką była Ania Kaleta. Wróciłam po bardzo długiej przerwie w góry i na górski szlak, który pokonałam na wózku dzięki pomocy 3 silnych mężczyzn i dziewcząt. W pierwszy dzień wyjazdu dotarłam na wierzchołek Stogu Izerskiego do schroniska. Z Powrotem musiałam zjechać kolejką. Niemniej jednak i tak osiągnęłam szczyt w jedną stronie. Niestety trasa w dół była zbyt ostra dla wózka i dla wolontariuszy. Pytałam jeszcze na dole, zanim wyruszyliśmy na szlak górski czy dam radę w dwie strony przetoczyć się na wózku, ale okazało się, że bezpiecznie będzie tylko do góry, gdyż droga powrotna jest bardzo stroma. W związku z tym zjechałam kolejką od schroniska. Szkoda, ale dobre i to.
Na co dzień poruszam się na wózku lub z chodzikiem po równych powierzchniach, dlatego ta wyprawa była powrotem do tych, gdy pierwszy raz dołączyłam do ekipy Razem na Szczyty. Wspaniałe wspomnienia od 2013 roku. Wtedy był to mój pierwszy szczyt po bardzo długiej przerwie. Poprzedni raz byłam w górach w 1992 roku. Niesamowite uczucie zdobyć szczyt różnymi sposobami i pomysłami.
W drugi dzień były dwie propozycje muzeum chleba i spacer. Grupa podzieliła się na dwie mniejsze. Ja byłam w mniejszej grupie spacerowej. Zdecydowaliśmy się wybrać do Parku Zdrojowego w Świeradowie Zdroju z kilkoma osobami i psem Tosią. Co prawda, pies spacerował na moich kolanach. Lubi wygodę. Pozdrawiam wszystkich tych co mi towarzyszyli w ten piękny dzień. Dziękuję wszystkim, którzy mi pomagali, wspierali nie tylko pomocną dłonią, ale także pomysłowością. Naprawdę wielkie dzięki i wielki szacun! Do Zobaczenia na szlaku!
Gosia Zawisza







Za nami pierwszy w tym sezonie wyjazd z Razem na Szczyty. Tym razem pojechaliśmy w Góry Izerskie, by zdobyć jeden z najwyższych szczytów – Stóg Izerski.
W sobotę trzeba było wcześnie wstać, by punktualnie stawić się przed blokiem 20 minut przed 6. Jechałem z Anią, Markiem, Gosią i Romanem. Wbrew obawom, podróż minęła bardzo szybko jak na dystans ponad 400 km. Na miejscu zbiórki byliśmy po godzinie 10. Z czasem parking wypełniał się samochodami z różnych zakątków Polski. Po oficjalnych i nieoficjalnych powitaniach (które lubię chyba najbardziej) ruszyliśmy niemal zgodnie z czasem. Co niektórzy skorzystali z kolejki gondolowej, pozostali podjęli próbę wyjścia na 1105 m n.p.m. Momentami było stromo, jednak nawierzchnia była ubita, miejscami asfaltowa, gdzieniegdzie leżał śnieg i lód. Moim wsparciem technicznym podczas podchodzenia i schodzenia był team z Rybnika. Czasem spadał poziom energii, ale na szczęście był czas na postój i szybkie „naładowanie baterii”. Dojście na do schroniska zajęło nam około dwie i pół godziny. Zawsze po dotarciu do celu najcenniejszą nagrodą poza widokami jest czynne schronisko, tak było i tym razem. Po odpoczynku i napełnieniu żołądków, ruszyliśmy w drogę powrotną. Schodzenie bywa cięższe, ale ma tę zaletę, że kiedyś się kończy. Nocowaliśmy w bardzo przyjemnym ośrodku wypoczynkowym “Alma” w Świeradowie Zdroju. Warunki jak na potrzeby zmęczonych turystów były dobre, a pani gospodyni okazała niezwykłą serdeczność i empatię, dbając, by niczego nam nie brakowało. Jakość posiłków stała na bardzo przyzwoitym poziomie. Nie mogło zabraknąć wieczornej integracji, która nie trwała zbyt długo, albowiem większość osób chciała integrować się z prysznicem i łóżkiem, co po górskiej wyprawie jest oczywiste.
W niedzielę odwiedziliśmy “Czarci Młyn”. Niezwykle klimatyczny budynek z końca XIX wieku pełniący funkcję młyna do lat 50. XX w. W jego wnętrzach znalazły się udogodnienia dla osób z różnymi niepełnosprawnościami. Pani przewodnik z wielką pasją i zaangażowaniem opowiadała nam o historycznych zawiłościach tego miejsca, urządzeniach oraz technice wypiekania chleba. Niemal wszystkiego mogliśmy dotknąć, a nawet spróbować paru kromek ze smalcem, bądź masłem. Co więcej, istniała możliwość zakupienia paru bochenków. Po zwiedzaniu, no cóż, pora pożegnań i w drogę. Droga powrotna przebiegła równie sprawnie i szczęśliwie. Wyjazd dobiegł końca, ale w głowie zostaną wspomnienia, które łatwo mi będzie przywołać, gdy spojrzę na pamiątkowy magnes kupiony w Czarcim Młynie.
Gorące podziękowania kieruję na ręce dwóch Ani, Marka, Marioli, Jarka, Ewy i Pawła oraz wszystkich osób niosących pomoc. Do zobaczenia na szlaku już niebawem!
Maciej Ozga








Często słyszane w ponure dni stwierdzenie “nie ma pogody”, wydaje się nie mieć zastosowania do terenów górskich. Pogoda zawsze jakaś jest, a góry mają to do siebie, że da się w nich działać niezależnie od tego czy świeci ostre słońce, pada deszcz, sypie śnieg czy też wieje silny wiatr. Grunt to dobre przygotowanie. Takie myślenie przyświeca nam w organizacji wspólnych wyjazdów ekipy Razem na Szczyty. Nasze akcje planujemy z wyprzedzeniem i nigdy nie odwołujemy ich ze względu na niesprzyjające prognozy pogody. Wychodzimy z założenia, że w każdych warunkach jesteśmy w stanie ruszyć na szlak nawet jeśli będzie to nas kosztowało weryfikację celu. Tak stało się podczas wyjazdu zamykającego nasze górskie działania w sezonie 2023.
Na wierzchołku Królowej Beskidów było wielu z nas. Wszyscy jednak znamy ją od tłumnie uczęszczanej północnej strony. Tymczasem na szczyt Babiej Góry można wejść również od południa zielonym szlakiem z Lipnicy Wielkiej i żółtym słowackim mającym swój początek przy Chacie Slaná Voda. Początkowo inne plany musiały ulec pewnym modyfikacjom wobec dużych ilości deszczu, które pojawiły się w prognozach na ostatnią sobotę, a jednocześnie ostatni dzień września. Punkt zbiórki zmienił się z Lipnicy Stańcowej na parking przy Chacie Slaná Voda, skąd po koniecznych i trwających chwilę roszadach wyruszyliśmy przed południem żółtym szlakiem.
Zgodnie z przewidywaniami różnych wykresów pogodowych już od samego momentu startu powinniśmy poruszać się w strugach deszczu. Tymczasem dobrze widoczny szczyt Babiej Góry wydawał się wstrzymywać wodę w kłębiących się nad nią chmurach. W dobrych nastrojach zdobywaliśmy kolejne metry ścieżki. Tym razem nie wybrał się z nami nikt poruszający się na wózku, ale warto podkreślić, że spora część szlaku tzw. Hviezdoslavova Aleja dobrze nadaje się dla turystów na kółkach. Dość długo kontynuowaliśmy naszą wspinaczkę w górę suchą stopą. W końcu pojawił się jednak spodziewany deszcz, najpierw zaznaczając swoją obecność drobnymi kroplami by stopniowo zwiększać swoją moc. Szczyt Babiej Góry schował się w gęstych chmurach, a nogi zaczęły ślizgać się na mokrych kamieniach. Nie mieliśmy wątpliwości, że odwrót to najbardziej słuszna decyzja. Przemoczeni, w świetnych nastrojach dotarliśmy do Chaty Slaná Voda koło godziny 17:00. Z wielką chęcią rozsiedliśmy się przy stołach, by zamówić coś ciepłego do jedzenia z repertuaru słowackiej kuchni.
Choć szczyt nie wpuścił nas tym razem na swój wierzchołek, nikt nie wydawał się być z tego powodu smutny i marudny. W tym właśnie tkwi sens górskich wędrówek, że nie chodzi tu o to, aby koniecznie wejść na szczyt, ale o to by pobyć razem z innymi i przeżyć górska przygodę. Pogoda okazała się na tyle łaskawa, że bardzo poprawiła się w niedzielne przedpołudnie, kiedy mieliśmy zaplanowany rejs po Jeziorze Orawskim. Dzięki temu mogliśmy cieszyć się piękną panoramą i promieniami słońca siedząc na górnym pokładzie statku. A Babia Góra? Cóż, nie składamy rękawic. Jeszcze się z nią policzymy od południowej strony.










Wyjazd za granicę wiąże się zawsze z dodatkowymi wyzwaniami. Jednak nam, jako grupie ludzi zdeterminowanych do tego by przełamywać bariery, również te coraz mniej widoczne bariery granic państwowych nie stanowią większego problemu. Zwłaszcza, że u naszych sąsiadów odkryć można prawdziwe skarby. Za cel naszej kolejnej wyprawy obraliśmy sobie owiany legendą o kulcie słowiańskiego bóstwa dostojny szczyt Radhost (1129 m) w czeskim Beskidzie Śląsko-Morawskim.
Wędrówkę do górskiego bastionu boga Radhosta rozpoczęliśmy w sobotnie południe. Podejście było raczej mozolne niż ciężkie i dało się znacznie skrócić przez podjechanie autobusem na przełęcz Pustevny. Większość z nas zdecydowała się jednak na wariant całkowicie pieszy.
Trzygodzinny trud podejścia pod statuę słowiańskiego bóstwa wynagrodziła nam znajdująca się pod pomnikiem budka sprzedająca orzeźwiające napoje oraz piernikowe smakołykami z pobliskiego Sztramberka. Również sam bóg Radhost przychylnym okiem spojrzał na śmiałków, którzy odważyli się wspiąć się do jego górskiej krainy i pozwolił nam cieszyć się piękną pogodą i widokami, kiedy szeroką i równą drogą maszerowaliśmy dalej na najwyższy wierzchołek masywu.
Czerwcowe dni są długie i pozwalają na bezpieczne wędrowanie do późna, jednak było już po zachodzie słońca gdy dotarliśmy z powrotem na nasz kemping. Noc czerwcowa przy rozgwieżdżonym niebie okazała się być dość chłodną, nie zniechęciło to jednak większości z nas do spędzenia przynajmniej kilku chwil przy wspólnym ognisku, które uprzyjemniło nam czas do późnych godzin dobrze po północy. Szumiąca tuż przy naszych chatkach i namiocie rzeka Beczwa ukołysała nas do zasłużonego snu.
Niedziela przywitała nas jeszcze cieplejszą i słoneczniejszą pogodą niż poprzedniego dnia, co zachęciło nas by nie wracać od razu do domów, ale zgodnie z planem odwiedzić jeszcze słynny skansen w pobliskim Rožnowie. Oczywiście zwiedzenie w jeden dzień całości tak wielkiego obszaru nie było możliwe, zwłaszcza gdy próbuje się poznawać wszystkimi zmysłami znajdujące się w nim obiekty. Po zapoznaniu się z częścią zabudowań Drewnianego Miasteczka, uczestnicy wyjazdu powoli zaczęli zbierać się do drogi powrotnej.
Niezbyt duża odległość od granicy i długi dzień pozwoliły jednak większości z nas na odwiedzenie jeszcze miejscowej restauracji i posilenie się przed drogą specjałami lokalnej kuchni. Liczymy, że wspólne odkrywanie pięknego kraju naszych południowych sąsiadów uda się z powodzeniem kontynuować.











Dawno nie było nas na Dolnym Śląsku. Od zakończenia drugiej edycji projektu eksplorujemy głównie szlaki w polskich Karpatach. Tymczasem Sudety mają wiele, a nawet bardzo wiele do zaoferowania turystom z różnego typu niepełnosprawnościami w tym z niepełnosprawnością ruchową. W weekend 25-26 marca 2023 roku nasz wybór padł na malowniczą Dolinę Bobru.
W sobotnie przedpołudnie zebraliśmy się większą grupą na parkingu pod Wzgórzem Krzywoustego. Pogoda dość szalona i porywcza najpierw przywitała nas słońcem, by chwilę po wyruszeniu solidnie zmoczyć nas strugami deszczu. Mimo to, pierwszy cel naszej trasy został zdobyty bez problemu. Fachową opieką przewodnicką tego dnia objęła nas Ania Pęciak. Okolice Borowego Jaru, którym podążaliśmy za nurtem Bobru kryją w sobie wiele ciekawostek nie tylko przyrodniczych. My rozpoczęliśmy ich poznawanie od wdrapania się na Wzgórze Krzywoustego. Ze względu na kapryśną aurę stojąca na jego szczycie wieża widokowa posłużyła nam bardziej jako schronienie przed deszczem niż wybitny punkt do podziwiania sudeckiej panoramy. Co ważne, na wzgórze mogą z pomocą wjechać również turyści poruszający się na wózkach, czego przykładem była nasza koleżanka Gosia.
Po powrocie na dno Borowego Jaru było już znacznie łatwiej. Wiodący nim żółty szlak jest w całości drogą utwardzoną. Na kołach można nim bez większych problemów dojechać do Gościńca Perła Zachodu, choć ostatni fragment jest miejscami mocno pod górę. My zdecydowaliśmy się wracać na parking trasą wejściową, ale dla zwolenników robienia pętelek są też dostępne inne warianty.
Naszą bazą noclegową został Hostel Krokus w Karpaczu. Ten pięknie położony obiekt z ciekawą historią sprawdził się świetnie jako kwatera dla naszej nietuzinkowej ekipy. Myślę, że inni zgodzą się ze mną, iż należy się Krokusowi i jego obsłudze duża ilość gwiazdek.
Nasz wyjazd trafił na wiosenną zmianę czasu. Noc była krótsza niż zwykle o całą cenną godzinę snu. Nie spieszyliśmy się zatem zbytnio w niedzielny poranek. Dopiero chwilę przed godziną 11 stawiliśmy się w Piechowicach pod gmachem Huty Szkła Kryształowego “Julia”. Zostaliśmy tam bardzo serdecznie przywitani przez lokalnego gospodarza pana burmistrza Jacka Kubielskiego. “Julia” ze swoją długą historią wzlotów i upadków jest z pewnością wartym do odwiedzenia miejscem przez miłośników industrialnej turystyki. Cały obiekt jest dobrze przystosowany do zwiedzania zarówno przez osoby z niepełnosprawnością układu ruchu jak i osoby niewidome i słabowidzące. Z naszej strony duże podziękowania za zorganizowanie zwiedzania należą się naszemu koledze Piotrowi Jędrzejasowi oraz Bartoszowi Browarnemu i Anecie Cellmer za umożliwienie nam wejścia i przewodnicką opiekę zupełnie za darmo.
Podsumowując, wyjazd nasz choć był krótki to całkiem treściwy. Ekipa jak zwykle zarażała się nawzajem dobrym humorem i radością z bycia razem w górach. Cel najważniejszy został osiągnięty, ale byłoby cudownie, gdyby wieść o naszych działaniach niosła się dalej w świat i inspirowała kolejnych turystów z niepełnosprawnościami do wyruszenia na malownicze górskie szlaki.








Kiedy zapytano Mallorego w latach 20. XX w., który właśnie szykował się do następnej wyprawy na najwyższy szczyt Ziemi, „po co w zasadzie idzie znów na ten Everest?”, odpowiedział:
BO ISTNIEJE …
I to jest chyba najbardziej słuszna odpowiedź. Piotr Pustelnik zwykł mawiać, że ludzie dzielą się na tych, którzy chodzą po górach i nie trzeba ich pytać dlaczego to robią i na tych, którym nie warto tego tłumaczyć bo i tak tego nie zrozumieją.
Góry i wspinanie w moim życiu zagościły już bardzo dawno temu i coraz mocniej na mnie oddziałują.
W momencie gdy stałem się niepełnosprawny, obraziłem się na góry, na życie i na cały świat. Na szczęście trafiłem w pewnym momencie na projekt RNSz, chociaż napiszę tak jak mawia to utytułowany himalaista Ludwik Wilczyński – dzisiaj są projekty, kiedyś to były Marzenia …
I tak właśnie od początku postrzegałem góry. Marzenie i pragnienie …
To „Marzenie” w ramach RNSz to też Ludzie, przygoda, niesamowita siła, to historie, to świetna przygoda, to przyjaźnie i wspomnienia.
Same bowiem góry to jedynie kupa kamieni. Tam trzeba wejść, zejść i to tyle. Prawdziwa magia dzieje się po drodze. Tam są Ludzie, emocje, uczucia. Dziękuję Ci za to, RNSz.
Bartek Michalak



Powoli tradycją naszych górskich działań staje się domykanie sezonu turystycznego w urokliwej jesiennej październikowej aurze. Jako, że rok 2021 zamknęliśmy na szczycie Romanki w Beskidzie Żywieckim, tym razem postanowiliśmy wybrać cel bardziej na wschodzie czyli Jaworzynę Krynicką. Zależało nam, aby wycieczka była dostępna dla jak największej ilości osób, a Jaworzyna ze swą infrastrukturą daje możliwość uczestnictwa osobom poruszającym się na wózkach. Wysłany z końcem sierpnia mail informujący o wyjeździe spotkał się z natychmiastową odpowiedzią bardzo wielu osób. Rozpoczęło się dogrywanie wszelkich szczegółów organizacyjnych, co w przypadku tak dużej grupy bywa niebanalne.
Ponury, deszczowy wrzesień nie rozpieszczał pogodą. Nie wiedzieliśmy z jakimi warunkami przyjdzie nam się zmierzyć. Spodziewać mogliśmy się właściwie wszystkiego: deszczu, wielkich ilości błota, śniegu, wiatru lub słońca. Jak to się stało, że po kilku tygodniach paskudnej pogody akurat w weekend naszego wyjazdu wszystko się odmieniło? Nie mam pojęcia. Faktem jest, że w drugi weekend października w Beskidy wróciło lato. W czasie naszej akcji na Jaworzynie towarzyszyło nam mocne słońce i świetna widoczność. Jak już wcześniej wspomniałam, uzbierała się nas pokaźna ekipa. Warto to podkreślić, bo to pierwszy tak duży wyjazd od czasów zakończenia drugiej edycji projektu Razem na Szczyty.
W sobotę 8 października na naszą zbiórkę przy dolnej stacji kolejki gondolowej w Czarnym Potoku stawiło się blisko 40 osób. Tam podzieliliśmy się na dwie grupy: mniejszą 7-osobową, która kupiła bilety na wyjazd kolejką i zdecydowanie większą, która pod wodzą naszego przewodnika Marka udała się na szczyt kombinacją szlaków zielonego i czerwonego. Ekipa wyjeżdżająca mogła liczyć na niezwykle profesjonalną i miłą obsługę ze strony pracowników PKL Jaworzyna Krynicka. Panowie fachowo zajęli się naszymi koleżankami na wózkach umożliwiając im spokojne i sprawne wejście do oraz wyjście z wagonika. Wszyscy razem spotkaliśmy się ponownie na szczycie, gdzie każdy miał szansę posilić się w karczmie i wypić zasłużony napój. Humory dopisywały. Było dużo rozmów, wygłupów, śmiechu i czystej ludzkiej radości ze wspólnego bycia na górskim szlaku. Tę dobrą atmosferę zabraliśmy ze sobą do naszej bazy noclegowej w Andrzejówce nad Popradem, gdzie integrowaliśmy się przy ognisku do późnych godzin nocnych. W niedzielny poranek niespecjalnie spieszyło nam się do domów. Nic więc dziwnego, że gdy Marek wyszedł z propozycją odwiedzenia Ogrodów Sensorycznych w Muszynie, dołączyła do niego prawie cała nasza ekipa.
Tym sposobem kolejny udany wyjazd za nami, a właściwie to kolejny sezon, w którym kontynuujemy spuściznę projektu Razem na Szczyty. Cieszę się niezmiernie, że wciąż dołączają do nas kolejne osoby. Bycie w górach osób z niepełnosprawnością ruchową czy sensoryczną jest oczywistą oczywistością. Wciąż jednak są tacy, których trzeba o tym przekonać, a my z naszym uporem i entuzjazmem potrafimy być przekonywujący.










Od ostatniej górskiej wyprawy w drugiej edycji projektu Razem na Szczyty minęło już prawie 5 lat. Kiedy to zleciało! Dużo dobrych wspomnień i kilometrów w nogach, o których można poczytać w artykułach uczestników na naszej stronie. Dwie edycje wspólnego zdobywania wierzchołków Korony Polski nie mogły się tak po prostu skończyć bez żadnych konsekwencji. Górska przestrzeń potrafi łączyć jak mało która, a zbudowane w niej ludzkie więzi bywają trudne do rozerwania. Tak też stało się i tym razem. Nie mogliśmy tak po prostu się rozejść i wrzucić idei Razem na Szczyty do folderu „historie minione”. Gdy różne perturbacje przeszkodziły w utworzeniu formalnej organizacji mającej kontynuować spuściznę projektu, oczywistym stało się, że bez względu na wszystko, bez względu w jakiej formie, ale ciśniemy dalej. Szybko utworzyła się grupa bardzo zaangażowanych osób gotowych poświęcić swój czas i energię, aby wciąż organizować wyjazdy i umożliwiać dotknięcie gór kolejnym osobom z niepełnosprawnościami.
Po raz pierwszy spotkaliśmy się na górskim szlaku po rocznej przerwie od zakończenia drugiej edycji. Był to piękny jesienny weekend 13-14 października 2018 roku. Idealny by przejść grań Pienin Spiskich od Dursztyna po Niedzicę. Potem był zimowy szturm na Klimczok w Beskidzie Śląskim i nocleg w znanym nam PTSM „Hondrasik” w Szczyrku w dniach 16-17 lutego 2019. Tego samego roku zorganizowaliśmy również epicki weekend na powitanie jesieni (28-29 września 2019) na Baraniej Górze, gdzie wdrapaliśmy się Doliną Białej Wisełki by po noclegu w schronisku na Przysłopie wrócić następnego dnia do samochodów Doliną Czarnej Wisełki. Pół roku później nadeszła pandemia koronawirusa i pokrzyżowała nasze plany na 2020. Nie daliśmy się jednak podstępnemu mikrobowi i w pandemicznych odwilżach zorganizowaliśmy kolejne wyjazdy. Najpierw w końcu czerwca 2020 dzięki gościnnemu domowi Ewy w Cieniawie spotkaliśmy się wesołą ekipą w Beskidzie Niskim, gdzie naszym celem było Jaworze. Jesienią udało nam się zdążyć przed kolejną falą epidemicznych restrykcji i odwiedzić Jurę Krakowsko-Częstochowską, gdzie chodziliśmy, wspinaliśmy się i zjeżdżaliśmy na tyrolce w weekend 7-8 listopada. Gdy wraz z zimą nastał kolejny lockdown, my tęskniliśmy za wyjazdami w doborowej górskiej ekipie i obmyślaliśmy nowe plany. Myśleliśmy, planowaliśmy i doczekaliśmy się weekendu w Beskidzie Wyspowym, gdzie w dniu 17 lipca zdobyliśmy Ciecień, a następnie do późnych nocnych godzin integrowaliśmy się w cudownej atmosferze Pasieki na Brzegu. Rok 2021 zamknęliśmy październikowym wyjazdem w Beskid Żywiecki. Naszym celem w dniach 2-3 października był szczyt Romanki. Kolejny rok 2022 przywitaliśmy zimowym łażeniem po Beskidzie Sądeckim i wizycie w schronisku pod Bereśnikiem w dniach 19-20 lutego. Na maj w planach mieliśmy tropienie głuszca w beskidzkich lasach w rejonie Istebnej. Głuszec jednak jak wiadomo lubi być nieuchwytny, w związku z czym finalnie wylądowaliśmy w sobotę 14 maja na wierzchołku Wielkiej Czantorii.
Gdy piszę te słowa, jest sierpień 2022 i to nie jest koniec naszych pomysłów na nadchodzące miesiące. Tak więc działamy cały czas. Może trochę zaniedbaliśmy relacjonowanie naszych wypraw w sieci, ale obiecujemy poprawę i cały czas bardzo zapraszamy, aby zasilać nasze górskie grono. Jeszcze wiele szlaków do przejścia, wiele celów do zdobycia, wiele widoków do zobaczenia, do zjedzenia wiele szarlotek i do wypicia wiele litrów dobrych trunków przy blasku płonącego ogniska. Bardzo chcemy, aby niepełnosprawność nie stanowiła dla żadnego człowieka bariery przed byciem w górach. Niemniej jednak, nie ukrywamy, że im nas więcej tym lepiej. Jest bardzo dużo chętnych by iść z nami razem na szczyty, ale aby było to możliwe potrzebujemy sprawnych rąk i nóg do pomocy. Tego niestety bardzo często nam brakuje, dlatego bardzo, bardzo zachęcamy sprawnych górołazów do zasilenia naszego niezwykłego teamu. Na pewno nie będziecie żałować.
Anna Kwinta


















Lackowa, 26-28.05.2017
W ostatni weekend maja postanowiliśmy zagościć w Beskidzie Niskim – jednym z najbardziej urokliwych pasm górskich w Polsce. To magiczna kraina, pełna ukrytych zakątków, często jest określana jako ostatnie dzikie i niezagospodarowane góry w Polsce.
Dzięki gościnności Ewy Biel oba noclegi mieliśmy w jej domku w Cieniawie nieopodal Grybowa. To naprawdę bardzo przytulne miejsce. Z tarasu domku rozpościera się wspaniały widok na panoramę Beskidów. Mieliśmy do dyspozycji kominek, bujane fotele a nawet hamak! Cała nasza ekipa nie była zbyt liczna – 7 osób (3 niepełnoprawnych i 4 wolontariuszy). Ale grunt, że atmosfera była świetna. Pierwsza część z nas dotarła na miejsce po południu zaś ostatni dojechali dopiero o północy. Rano zrobiliśmy sobie wspólnie śniadanie oraz prowiant na drogę. Przed wyjściem Ewa zaparzyła nam znakomitej kawy z cynamonem, kardamonem i goździkami. Wciąż czuję jej aromat:) Spakowani, w dobrych humorach ruszyliśmy w drogę. Najpierw musieliśmy jednak podjechać samochodami około 30 kilometrów do Bielicznej. Tam zaparkowaliśmy i wyszliśmy na szlak. Pogoda była w sam raz na wędrowanie – ani za gorąco, ani za ciepło, bez opadów, z lekkim tylko zachmurzeniem i wiatrem. Na początku drogi natknęliśmy się na starą cerkiew oraz cmentarz. To jedyne pozostałości po nieistniejącej wsi. Uwielbiam takie stare kościółki zagubione pośród gór, pachnące drewnem, pamiętające dawne dzieje. Początkowo trasa wiodła drogą wśród łąk a potem weszliśmy w las, który towarzyszył nam aż do szczytu. Musieliśmy pokonać dwa niezbyt długie, ale dość strome podejścia. Nazwa Beskid Niski może być myląca, ponieważ owszem góry nie są tu zbyt wysokie ale jest sporo ostrych podejść. Cała ekipa jednak świetnie sobie z tym poradziła i po jakiś dwóch godzinach zdobyliśmy najwyższy szczyt Beskidu Niskiego – Lackową, która ma dokładnie 997 metrów wysokości. Pozostał nam jeszcze powrót tą samą drogą. Byłem tylko zaskoczony tym, że na trasie spotkaliśmy kilkunastu turystów. Widocznie coraz więcej osób przyciąga ten klimat. Tuż przed końcem trasy postanowiliśmy rozłożyć się beztrosko na polanie. Skorzystaliśmy z tego, że słońce wyszło i że cel zdobyty. Cudownie było tak podrzemać nie spiesząc się nigdzie, po prostu odpocząć od tego codziennego zgiełku i zabiegania. Człowiekowi czasem naprawdę niewiele potrzeba do szczęścia. Wracając samochodem do miejsca naszego noclegu zahaczyliśmy o piękną, zabytkową cerkiew w Brunarach. Nasz przewodnik Barbara opowiedziała nam o historii tego miejsca. Na koniec owocnego dnia czekał królewski obiad w zajeździe. Noc zaś spędziliśmy na rozmowach i tańcach. A rano czekała nas mała niespodzianka. Niebo zrobiło się bezchmurne i z tarasu naszego domku mogliśmy dojrzeć Tarty w oddali. Po śniadaniu i kolejnej aromatycznej kawie pożegnaliśmy się i szczęśliwi ruszyliśmy do swoich domów.
Michał