Z WIZYTĄ NA DACHU ŚWIATA!!!

  Z WIZYTĄ NA DACHU ŚWIATA!!!

Kiedyś jedna z moich koleżanek Internetowych Gosia zaproponowała mi czy nie chciałbym wziąć udziału w projekcie Razem na szczyty. Ale jak to często w życiu bywa w tamtym czasie – chwilowo temat wycieczek górskich musiałem odłożyć na półkę. Aż nadszedł luty  2013 r. I napisałem do koordynatorki projektu Razem na szczyty – Asi. Pisząc pierwszy list robiłem to trochę bez przekonania. Myślę sobie – co to jest oni chyba powariowali wybierać się z wózkami w góry!!! A to ci ciekawostka , jakieś sporty  ekstremalne czy jak? No ale napisałem. Po kilku tygodniach przyszła odpowiedz: Cześć jestem Asia i mam dla Ciebie Przemek propozycję wzięcia udziału w wyprawie wózkiem na Śnieżkę. Po kilku listach elektronicznych , z  lekką niepewnością zdecydowałem się , wziąć udział  w wyprawie wózkiem na Śnieżkę.
I nastąpił długo trwały etap przygotowań do wyjazdu.

W tak zwanym między czasie zadzwonił do mnie mój szwagier Marcin – i zaproponował mi , że w ramach treningu na siłowni pojedzie ze mną do Karpacza. I w sobotni poranek 6 lipca o 4:30 wyruszyliśmy z Marcinem małym niebieskim autkiem w stronę Karpacza. Po kilku godzinnej jeździe – chwilę przed godz.  10 :00  dotarliśmy do Karpacza.
Najpierw gorączkowo zaczęliśmy z Marcinem szukać parkingu dla naszego autka , a następnie miejsca zbiórki. Wtem patrzymy koło jednego z budynków zaczynają zbierać się ludzie  niepełnosprawni. I po krótkim przywitaniu czekając na resztę grupy  czas upływał na miłej rozmowie.

Kiedy dobiła reszta uczestników wszyscy wesołą  gromadką  pod wodzą organizatorki – charyzmatycznej Joanny Ciołek Wyruszyliśmy w kierunku dolnej stacji wyciągu na Kopę. Podróż wyciągiem krzesełkowym na górę wywarła na mnie że tak powiem piorunujące wrażenie. Oj powiem wam drodzy czytelnicy że nigdy tego nie zapomnę pozostawiło to we mnie nie zatarte pozytywne wrażenie!!! Po zainstalowaniu mnie oraz mojego wózka na wyciągu najpierw powoli a następnie nieco  szybciej rozpoczęła się moja podróż ku górze. Wraz ze wzrostem wysokości wzmagał się oczywiście  wiatr co powodowało u mnie lekki stan paniki { no Przemo skoro powiedziałeś A to trzeba powiedzieć B : taka myśl  przemknęła mi przez głowę!!!}. Nie mówiąc o tym że sama podróż wyciągiem ze względu na  dużą  ilość osób  trwała koło 40 min. Ale jakoś szczęśliwie udało mi się dotrzeć do celu. Gdy znalazłem się już na ziemi zaczęto przygotowywać wyjście do schroniska. To co ujrzały moje oczy później przeszło moje najśmielsze oczekiwania!!! Przy wózkach Inwalidzkich zaczęto instalować [ tak zwane końskie zaprzęgi złożone z ludzi. Polegało to na tym że  z przodu wózka z lewej i prawej strony zamocowane zostały 2 linki alpinistyczne a osoba prowadząca nakłada na siebie uprząż. 2 osoba kierująca wózkiem w klasyczny sposób , stabilizuje go pilnując właściwego toru jazdy. Dzięki czemu zyskujemy znacznie lepszą stabilność wózka , a także łatwość jazdy pod górę. Kiedy równocześnie jedna osoba ciągnie druga pcha. Swoją drogą moje uznanie dla tego kto wymyślił ten patent!!

Po dotarciu do schroniska zostawiliśmy swoje bagaże i po krótkim odpoczynku nastąpiło przygotowanie do zdobycia Śnieżki. I ponownie zaczęto formować końskie zaprzęgi. Jeszcze tylko całkowite przeliczenie uczestników wyprawy. Wspólna sesja fotograficzna, rozdanie chust identyfikacyjnych i możemy wyruszać na podbój Śnieżki. Pełni obaw i wątpliwości ale także – pełni ciekawości i dobrego humoru!!! Ja i moja ekipa wspierająca: Marcin i Sebastian, rozpoczęliśmy wspinaczkę na szczyt!!! Droga na szczyt wbrew początkowo zakładanemu optymizmowi – okazała się trudna i wyboista przynajmniej dla mojego sportowego wózka – mimo tego, że droga jubileuszowa była nierówna i pełna kamieni ułożonych w formie drogi asfaltowej, na której to mój wózek przystosowany raczej do jazdy miejskiej – tracił czasem trajektorię jazdy. Marcin i Sebastian dzielnie dawali sobie radę ja starałem się ich wspierać z całych sił!!

Chroniąc się przed wiatrem za własnym plecakiem podziwiałem roztaczające się dookoła kosmiczne krajobrazy. Po dłuższej  chwili powoli zza mgły zaczął wyłaniać się   szczyt Śnieżki. Śnieżka wysokość  1602 m nad poziomem morza. Korona Karkonoszy.. Gdy dotarliśmy na szczyt oczom naszym ukazał się  krajobraz niemal kosmiczny jak na księżycu Pełen nierówności głazów i kamieni. Ale  największe wrażenie zrobiła na mnie wizyta w górskim obserwatorium Meteorologicznym. Pracownik obserwatorium Tomek bardzo ciekawie opowiadał o swojej pracy.

Po wizycie  w obserwatorium – po krótkim odpoczynku w restauracji powoli postanowiliśmy szykować do zejścia w dół. Droga powrotna okazała się w brew pozorom o wiele trudniejsza do zejścia niż nam się początkowo wydawało!!! Tym razem zjeżdżaliśmy z góry co powodowało jeszcze większą prędkość wózka. Marcin i Sebastian musieli prowadzić wózek fragmentami drogi na 4 ręce ponieważ dość trudno było go utrzymać na drodze. Ale jakoś zdrowi I cali dotarliśmy do schroniska {DOM ŚLĄSKI}. Po dotarciu do schroniska i lekkim ogarnięciu się przyszedł czas na posiłek zjedzony zresztą w bardzo miłej atmosferze, rozmowom nie było końca. Na spotkaniu podsumowującym wyprawę niezadowolonych chyba nie było!!

Ogólnie na koniec od siebie powiem tak — jak dla mnie to super sprawa, nigdy wcześniej nie spotkałem tylu życzliwych i uśmiechniętych ludzi wokół siebie!!  Dziękuję w tym miejscu Sebastianowi i Marcinowi. PS z mojej strony ubolewam tylko nad tym że nie starczyło nam z Marcinem tyle siły, żeby wziąć udział w wieczornym spotkaniu integracyjnym.

Ale nie starczyło nam już siły po przyjeździe z Poznania i po dniu pełnym wrażeń byliśmy za bardzo zmęczeni – mam nadzieję bardziej się zintegrować z uczestnikami wypraw górskich przy następnej wyprawie!!!

Wielkie podziękowania dla pomysłodawców projektu Razem na szczyty

Oraz moje osobiste podziękowania dla Joanny Ciołek za zaangażowanie i podejście do sprawy tak trzymać!!!

Pozdrawiam serdecznie Przemysław Wesołowski.

Jaskółka na Śnieżce

Wszystko zaczęło się od zaproszenia mnie mailowo przez Asię na wyprawę w celu zdobycia Śnieżki. Szybko przemknęłam oczami po tekście, obejrzałam załączniki ze zdjęciami ścieżek na nią wiodących… jadę, widać bardzo prosta sprawa z tą Śnieżką. Biorę męża do pchania wózka i żadna filozofia, żeby mnie tam zapchał pod górkę. Po potwierdzeniu swojej obecności w projekcie Śnieżki, Asia dała mi namiary na Darka i z nim mieliśmy wyruszyć z Warszawy do Wrocławia. Stało się jednak tak, że Darek chcąc ułatwić mi dojazd jeszcze bardziej, poprosił swojego kolegę z Ełku – Andrzeja o pomoc i z właśnie z nim w piątek po południu wyruszyliśmy do Wrocławia. Podróż minęła szybko i wesoło, choć trwała aż 8 godzin. We Wrocławiu przywitała nas Destina z kluczami w ręce i uśmiechem na ustach. Udostępniła nam swoje mieszkanie, żebyśmy przenocowali, a sama poszła gdzieś dalej. Po godzinie spędzonej w jej mieszkaniu, gdy doprowadziłam się już do porządku, wyruszyliśmy podziwiać Wrocław. Mimo, że było przed północą, ludzi na Rynku bawiło się tyle, co w dzień na jakimś festynie. Byłam tym bardzo zdziwiona, aczkolwiek bardzo zadowolona. Piątek skończył się dla mnie po 3:00 w nocy, gdyż wiedziałam, że nazajutrz czeka mnie zdobywanie Śnieżki.

Tak więc po 3 godzinach snu, rozpoczęłam sobotę. Najpierw podwieźliśmy Nati i Kamilę na dworzec do samochodu innych wolontariuszy, potem zakończyliśmy sprawę kluczy z kolejną wolontariuszką i w końcu rozpoczęliśmy podróż do Karpacza. Na miejscu zaczęło się szukanie Asi i pozostałych, bitwa na stacji benzynowej o toaletę oraz zabawa w „a gdzie my w ogóle jesteśmy?”. Po dotarciu pod Wielką Kopę przywitała nas Asia. Jakże szczęśliwa byłam, że w końcu się odnaleźliśmy, możemy wchodzić już na Śnieżkę!
Nie tak prędko, kiedy wjechałam wózkiem pod stoisko z biletami na wyciąg krzesełkowy, Sławek w sekundę zauważył, że z takimi oponami to ja mogę, ale nie na Śnieżkę. Chwila moment i spiął je fachowo, tak, żeby moja podróż nie skończyła się pęknięciem żadnej z nich i doradził również zmianę dętek, gdy dojadę już do domu.
Bilety kupione, jedziemy na krzesełka! Nie ma to jak zdobyć Śnieżkę, spędzając większą część drogi siedząc i jadąc pod górkę, prościej nie można! Kiedy usiadłam tyłkiem na krzesełko, zrozumiałam, że chyba wcale nie będzie tak łatwo jak się spodziewałam… krzesełko ruszyło, do przodu, pod górkę, coraz wyżej, w mgłę. Robiło się coraz chłodniej, ale nie to było najważniejsze… dla mnie robiło się coraz bardziej słabo! powietrza coraz mniej, w głowie się kręci, wątroba przepycha się gdzieś w górę przez płuca. Co będzie jak zemdleję?! Przecież spadnę zwyczajnie w dół! A że cholera nie ma nawet żadnego guzika przy krzesełku, żeby zaalarmować pracowników na wyciągu, że muszą mnie cofnąć, bo źle się czuję! Groza zmroziła mi serce. Zamknęłam oczy i zaczęłam głęboko oddychać, tak jak kazali mi kiedyś oddychać po cesarce… po chwili poczułam, że lecą mi łzy, tak zupełnie mimowolnie, bo co jak co, ale nie chciałam rozmazać sobie tuszu do rzęs po drodze. „Udawaj, że jesteś na solarium, to tylko 15 minut, 4 głupie piosenki w radio i jesteś na miejscu, dasz radę” – myślałam sobie i z tą myślą jechałam w górę. Po całej kwadransowej wieczności usłyszałam wycie maszyn i oklaski, otworzyłam oczy i zobaczyłam, że jestem już na miejscu, a wokół wszyscy się cieszą, że dojechałam. Cieszcie się, pomyślałam, jest z czego… poczułam ulgę, że to już koniec męczarni. Dostałam nawet balonika w nagrodę.
Po wyciągu wolontariusze błyskawicznie się zorganizowali, żeby wciągać mnie na górę. Jeszcze nie na Śnieżkę, dopiero do Domu Śląskiego, a z Domu na sam szczyt. Po podpięciu do mojego wózka Grzesia i Krzysia, zrozumiałam, po co do jednego wózka zostało przydzielonych aż 5 wolontariuszy, wcześniej było to dla mnie absurdem… Tak więc mąż pchał wózek z tyłu, a chłopaki na linkach ciągnęli wózek z przodu.
Fajna zabawa, jak tak będzie do samej Śnieżki, to spoko. I tak dojechaliśmy do Domu. Zostawiliśmy bagaże, ostatnie kolejki do WC i jedziemy na Śnieżkę! Tak się stało na szczęście, że mąż przed wyjściem wcisnął mi swoją kurtkę, bo ja oczywiście nie wzięłam swojej, bo przecież po co brać kurtkę jak jest tak gorąco w mieście? Tak więc zapięta po szyję w Adama kurtce i z pomarańczową chustką na głowie (tak, tak, to był nasz rozpoznawczy pomarańczowy znak), wyruszyłam w drogę na szczyt. Jeszcze tylko grupowe zdjęcie przed drogą, Krzysiek i Grzesiek podpięci do mojego wózka, no to jedziemy!
I po chwili okazało się, że dalsza droga ani ociupinkę nie przypomina tej początkowej drogi do Domu Śląskiego. Pełno wystających kamieni, skosy, wyżyny, ukosy…. Chłopaki się męczyli po swojemu, żeby ciągnąć mnie pod górkę w miarę pionowej pozycji, a ja im kibicowałam słowami:… „Uważajcie!”, „Powoli!”, „Czekajcie, bo tu skos!”, „Chodźcie tędy, bokiem!” „Zaraz spadnę!” „O cholera!”… Więc mocował się każdy, chłopaki siłowo, a ja słownie. Spokojnie, damy radę, uspokajała Paulina z boku. Mamy dużo siły. I tak została obdarowana moją torebką, bo z takim zawzięciem trzymałam się wózka na wybojach, że potrzebowałabym trzech rąk, by wszystko ogarnąć, a miałam tylko dwie. Na lewo mgła, na prawo mgła, końca drogi nie widać, a i Adam i Grzesiek i Krzysiek ledwo dyszą. Przed kołami kamienna masakra. Na końcówce drogi, mojego męża zmienił Sławek, ja oczywiście nie wiedząc, kto zmienia Adama wpadłam w popłoch i zaczęłam rozpaczliwie domagać się wyjaśnienia, kto przejął ster po Adamie. „Spokojnie, spójrz w górę” – powiedział Andrzej, który w pierwszym podejściu do Domu Śląskiego niósł nasze bagaże, a teraz, po prostu przy mnie był i stróżował obok mnie. – „Mam mamę na wózku, więc mam doświadczenie” – usłyszałam z nad głowy, więc byłam już spokojna, bo to był Sławek. I tak szczęśliwie dobrnęliśmy na sam szczyt Śnieżki.
Szczęśliwa, a jakże by inaczej, szczęśliwa, że dotarłam i zmęczona całym wejściem, byłam na Śnieżce. O ja Cię! Ha! Zrobiłam to! Dumna jak paw, uśmiechałam się do pamiątkowego zdjęcia.
Atrakcji ciąg dalszy, możemy zwiedzić Obserwatorium Meteorologiczne! Ale jak mam przejechać? Po tych schodach?! Nie ma problemu – Krzysiek za lewy bok wózka, Grzesiek za prawy, Adam z tyłu, a ja chłopaków za fraki z całych sił i idziemy w dół. Kilka chwil strachu i znów jestem przed schodami, tym razem już przed samym wejściem do Obserwatorium – Adam z przodu, Andrzej z tyłu i jestem już w środku. A w środku znowu schody, aż do górnego dysku. Tu już wskoczyłam mężowi na ręce, a Andrzej targał na górę wózek. I tak poznaliśmy jednego z siedmiu krasnoludków Królewny Śnieżki. Opowiedział nam on o swojej pracy, jakże monotonnej, lecz jakże ważnej zarazem. Pokazał przyrządy pomiarowe i widok Góry z góry. Potem poszliśmy do baru obok Śnieżki. Jedni zamawiali ciepłą zupę, inni słodkie gofry. Po krótkim relaksie w lokalu i po ułożeniu myśli w głowie, przyszedł czas na powrót do Domu Śląskiego. Chwila moment! Gdzie moje „konie pociągowe”? Może już poszli? Nie zdążyłam się obejrzeć, a widzę Krzyśka obok siebie. A na zewnątrz baru czekał Grzesiek. No to jedziemy w dół. Chłopcy hamują z tyłu wózka, a Adam wybiera najmniej wyboistą drogę. Zjeżdżało się o wiele szybciej, w połowie drogi Adama zastąpił Andrzej i tak szczęśliwie dotarliśmy do Domu Śląskiego.
Tam każdy szczęśliwy patrzy na każdego krzycząc uśmiechem „Udało się nam!” Udało. Zmęczona jak mało kiedy zahaczyłam o łazienkę, potem prezent od Asi w postaci vouczera na ciepłą kolację i spotkanie podsumowujące. Każdy wyraził swoje zdanie na temat projektu zdobywania Śnieżki, każdy po trosze się poznał. I mnie rozpoznał kolega Marcin, którego poznałam rok temu, było to dla mnie bardzo miłym uczuciem. Ogarnięta zmęczeniem, po spotkaniu udałam się do pokoju. Jeszcze krótkie pogaduchy z Andrzejem i Adamem półsennie w łóżku i zmorzył mnie wielki sen. Czasem jeszcze słyszałam gitarę w sali spotkań i wesoły śpiew niestrudzonych zdobywców Śnieżki, bardzo chciałam dołączyć, ale najzwyczajniej w świecie nie miałam już siły zwlec się z łóżka.

Niedziela zaczęła się pukaniem Asi do drzwi z voucherem na śniadanie. Nie ma to jak pyszna, ciepła jajecznica o poranku i … dyplom za zdobycie Śnieżki! Kilka chwil na zebranie swoich rzeczy, kilka krótkich pogawędek z innymi, kilka miłych uśmiechów. Wracamy. Drogę powrotną spędziłam z Adamem za sterem wózka i Magdą u boku. Rozmawialiśmy o zdobytych już szczytach i tych przyszłych. Magda zauważyła, że wśród poprzednich szczytów jeden nadawał się dla wózkowiczów, ale droga prowadziła przez las, więc nie było fajnych widoków (tak jak na przykład na Śnieżce). Wytłumaczyłam, że nie ważne jak piękne są widoki i co tak na prawdę zdobywamy, ważne, że jesteśmy razem, że robimy coś wspólnie, że jesteśmy 🙂
I tak minęła droga do wyciągu… wyciąg przejechałam z zamkniętymi oczami, ale za to już bez łez. Na koniec nawet, gdy byłam już na wysokości drzew, odważyłam się na nie zerkać. Wielki postęp. Udało się, jestem już na stacji wyciągowej.
Myślałam, że pożegnam się jeszcze z uczestnikami w samym Karpaczu, więc pojechałam już z Adamem na dół do miasta kupić pamiątki z pobytu. Ale po zdobywcach Śnieżki ani widu, ani słychu, a Andrzej lekko ponaglał, bo czekała nas znów długa droga. Długa, ale jakże pełna wspomnień. Dziękuję Wam Wszystkim i do zobaczenia, bo wierzę, że jeszcze kiedyś Was spotkam 🙂

Relacja Marzeny

Gdyby ktoś trzy tygodnie temu powiedział mi że będę na szczycie Śnieżki to najpierw bym powiedziała, że idę a potem zastanowiła się czy nie żartował:)
O projekcie RAZEM NA SZCZYTY i możliwości wyjścia w góry dowiedziałam się od koleżanki podczas wspólnej podróży autobusem (widzicie jakie cenne mogą się okazać podróże komunikacją miejską?:)). Mój charakter i temperament zadziałały od razu każąc chwycić telefon i wystukać numer do Asi:) Do wyjścia na Śnieżkę pozostało niewiele czasu więc w pierwszej chwili nie było wiadomo czy uda się mój plan, który już gdzieś w głowie zaczęłam układać. Oczywiście o kolejnych zamiarach podróżniczych poinformowałam moją częstą towarzyszkę podróży Iwonę, pytając czy by się też wybrała. I tym sposobem rozpoczęło się oczekiwanie na informację o wolnym miejscu.
Kiedy tylko dostałam wiadomość moja radość była ogromna chyba wszyscy wkoło się o tym dowiedzieli. Szykowało się coś nowego, tajemniczego i na pewno odważnego. Kolejny krok naprzód w mierzeniu się ze swoją niepełnosprawnością i lękami (zjazd kolejką:)).
Pomimo tego, że nikogo nie znałam z uczestników wyprawy od samego początku czułam się zaakceptowana i bardzo ciepło przyjęta. Otrzymałam wszelką możliwą pomoc począwszy otrzymania możliwości wyruszenia na szlak (DZIĘKUJĘ ASIU:)) poprzez transport (DZIĘKUJĘ SEBEK:)), nocleg we Wrocławiu żebym nie musiała spędzić nocy w pociągu (DZIĘKUJĘ KRZYSIU:)) kończąc na wszelkiej pomocy otrzymanej w górach (DZIĘKUJĘ WAM WSZYSCY UCZESTNICY:)). Dla mnie samej pomimo tego że nie jestem w stanie przejechać sama nawet paru centymetrów był to ogromny sprawdzian wytrzymałości (było czuć kamienie oj tak:)), kolejna szansa na pokazanie że nie ma rzeczy niemożliwych tylko potrzeba odwagi aby wyjść naprzeciw wyzwaniom stawianym przez życie oraz trochę szaleńczego charakteru. Dziś wiem, że po raz drugi podjęłabym taką samą decyzję. Mam cichą nadzieję, że to nie ostatni szczyt bo zawsze mogę zostać testerem kolejnych szlaków, w końcu ktoś to musi robić:) oraz, że znajomości nawiązane podczas wspólnej podróży przetrwają i będą owocować kolejnymi sukcesami.

Wiersz Natalii

Podopieczni fundacji Jaśka Meli,
6 lipca na śnieżkę się wspieli.
W ramach akcji razem na szczyty,
to już siedemnasty szczyt przez nich zdobyty.
Taka górska wyprawa,
to ważna sprawa.
Ale dzięki wolontariuszom którzy pomocą służyli,
uczestnicy tej wspinaczki świat ze śnieżki zobaczyli.
A był to widok niezapomniany,
z niczym niezrównany.
I przeżycie wielkie,
więc od razu zniknęło zmęczenie wszelkie.
Ustępując miejsca radości,
że znaleźli się na takiej wysokości.
Wszyscy dziękują organizatorom serdecznie,
że wycieczka przebiegła sprawnie i bezpiecznie.

Relacja Marka

„Czy chce Pan zdobyć Śnieżkę na wózku?” – to pytanie znalazło się w jednym z maili otrzymanych od Fundacji Poza Horyzonty – Razem Na Szczyty, w ramach projektu Niepełnosprawni w górach, kiedy rozpaczliwie szukałem sposobu, aby oderwać się od telewizora i zmienić moje szare, nudne życie inwalidy.
Jasne, że chciałem, bardzo chciałem, w mojej sytuacji (czwarty rok na wózku) nawet nie śmiałem marzyć o tak karkołomnym wyczynie, rodem jak z literatury fantastycznej. Euforia i adrenalina zagłuszyły mój zdrowy rozsądek, nigdy nie byłem w Karkonoszach, nie zastanawiałem się ani jak tam dotrzeć, ani w jaki sposób znaleźć się na szczycie Śnieżki, po prostu chciałem tam być.
Nie wszyscy są świadomi, że moja droga na szczyt rozpoczęła się już w piątek wieczorem. Dostanie się do pociągu na wózku to nie lada wyzwanie! Po ponad dwunastu godzinach podróży, wraz z towarzyszącą mi rodziną, dotarłem 6 lipca 2013 do Jeleniej Góry. Podróż była koszmarna, ciasno, duszno, niedostosowane wagony, a także uprzejmi pracownicy PKP, którzy chcieli pomóc, jednak nie wiedzieli – jak. Nie to jednak było ważne, istotne było tylko to, że gonię marzenia, a w jaki sposób, kto by się tym przejmował?
Tomek Szwajda-Gad był pierwszym spotkanym wolontariuszem, zawiózł nas na miejsce zbiórki pod stacją wyciągu krzesełkowego na Kopę w Karpaczu.
Przywitanie i zapoznanie się z całą grupą wolontariuszy i uczestników zajęło dobrych kilka minut, było to, bagatela, ponad 50 osób.
Wszyscy uśmiechnięci, życzliwi, każdy wita się jak ze starym znajomym, czuć było tę pozytywną energię od każdego, wiedziałem, że dobrze trafiłem, że w razie potrzeby mogę liczyć na ich pomoc.
Wjazd wyciągiem, dzięki profesjonalnej obsłudze, przebiegł bardzo sprawnie.
Na górze czekali na nas wolontariusze, którzy dotarli tam pieszo. Każdego wjeżdżającego witali z uśmiechami, gromkimi oklaskami i kolorowym balonikiem.
Zaczęły się przygotowania do pierwszego etapu wspinaczki. Cel to miejsce naszego noclegu: schronisko górskie „Dom Śląski”, położone na wysokości 1400 m n.p.m.
Ze zdziwieniem zauważyłem, że część wolontariuszy zakłada uprzęże jak do wspinaczki wysokogórskiej, myślałem, że pójdą jakąś trudniejszą trasą. Okazało się, że do drogi przygotowują się m.in. moje „konie” Marcin Mazur i Grzesiek Sułek, którzy dzięki swojej uprzęży, sprytnie podpiętej do wózka, stanowili siłę pociągową. Z tyłu znajdował się „woźnica” – Ola Mac, która pomagała wpychać wózek i kontrolowała kierunek jazdy. Ruszyliśmy po piaszczysto-kamienistej ścieżce, która wiła się na szczyt obok brukowanej drogi, pogoda była mglista. „Konie” chciały tylko sprawdzić „jak to się ciągnie” i mój zaprzęg w ekspresowym tempie dostarczył mnie do schroniska, gdzie zostawiliśmy zbędne bagaże i po krótkiej przerwie ruszyliśmy na szczyt.
„Droga Jubileuszowa” – taką nazwę nosi brukowany szlak, bez bocznej piaszczystej ścieżki, który prowadzi do celu. Po kilkudziesięciu metrach czułem się tak jak operator młota pneumatycznego po kilku godzinach pracy, ale było to pozytywne zmęczenie, które dostarcza wiele satysfakcji. Pogoda zmieniała się dosłownie z minuty na minutę. Pokazujące się na chwilę słońce przynosiło upał, a gdy znikało, temperatura obniżała się nagle o kilka stopni. Różnice temperatur potęgował wiejący wiatr, a mgła skutecznie ukrywała wspaniałe widoki. Moje „konie” oraz „woźnica” byli bardzo dobrze zmotywowani i wspaniale przygotowani, dzięki czemu, jako jeden z pierwszych, znalazłem się na upragnionym szczycie. Najwyższy szczyt Karkonoszy oraz Sudetów, Śnieżka 1602 m n.p.m., należąca do Korony Europy, Korony Gór Polski, Korony Sudetów i Korony Sudetów Polskich została 6 lipca 2013 zdobyta, zdobyta przez osoby niepełnosprawne.
Czekała tu na nas niespodzianka. Dobre duchy sprawiły, że mogliśmy zwiedzić, niedostępne dla turystów, Obserwatorium Wysokogórskie Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej. Tomek, pracownik Instytutu, bardzo interesująco opowiadał o swojej pracy i oprowadził nas po swym królestwie. Naprawdę było warto. Od tego momentu Śnieżka ma dla mnie co najmniej 1612 m n.p.m.
Nadszedł czas powrotu, było coraz chłodniej. Pojawiły się „końskie” zaprzęgi i rozpoczęliśmy zejście. Tym razem potrzeba było dwóch hamulcowych z tyłu i woźnicę z przodu. W moim subiektywnym odczuciu droga powrotna trwała dłużej niż wejście na szczyt i to niekoniecznie jest prawdą, że schodzi się łatwiej. W połowie drogi zastosowaliśmy nowatorski sposób zjazdu tyłem, co miało zmniejszyć wstrząsy i wibracje na „kocich łbach”, efekt jednak był mierny, bo do schroniska dotarłem roztrzęsiony jak galareta. Ale szczęśliwy i zadowolony.
Dzień pełen niesamowitych wrażeń – ale nie ostatni, jak się później okazało – zakończyło spotkanie, na którym każdy z uczestników i wolontariuszy mógł wypowiedzieć swoje opinie o wyprawie. Niezadowolonych nie było, chociaż niektórzy nieśmiało wspominali coś o … sztucznej mgle.
Nazajutrz Karkonosze przywitały nas wspaniałą, słoneczną pogodą i można było w końcu nacieszyć oczy pięknem górskich krajobrazów. Mając w zapasie dużo czasu, spontanicznie, ja i moja rodzina oraz towarzyszący nam od początku Tomek, postanowiliśmy spróbować dotrzeć do Karpacza wózkiem po wytyczonych pieszych szlakach. Tomek miał doświadczenie w górskich wędrówkach, ja, Jola, Mirek i Marta to górskie żółtodzioby, prosto znad morza.
Nie wiadomo, jakby skończyła się ta szalona eskapada, gdyby nie szczęśliwy fakt, że spotkaliśmy po drodze dwie przewodniczki sudeckie – Asię Ciołek i Mariolę Borecką, które postanowiły się do nas przyłączyć.
Zaczęliśmy zejście od „Domu Śląskiego” Głównym Szlakiem Sudeckim, po około 1600 m przy Spalonej Strażnicy skręciliśmy w prawo na Szlak Pieszy Niebieski, którym po około 1500 m dotarliśmy do Schroniska „Strzecha Akademicka”, skąd, idąc Szlakiem Pieszym Żółtym, osiągnęliśmy Karpacz po około 4300 m. Ogółem pokonaliśmy ponad 8 kilometrów w 2,5 godziny. Wspaniała pogoda, przepiękne górskie widoki urozmaicone grupą latających paralotniarzy.
Droga była stroma, czasem bardzo, o podłożu kamienistym, mocno usianym porozrzucanymi głazami, poprzecinana ułożonymi w poprzek drewnianymi belkami. Wózek bardzo ciągnął w dół, z przodu asekurowały go dwie osoby, wybierając najlepszą drogę, z tyłu wyhamowywała jedna. Na bardziej stromych odcinkach, pokrytych śliskimi kamyczkami, łatwo było stracić równowagę. Hamulcowego wspierali pozostali uczestnicy, aby nie dopuścić do niekontrolowanego zjazdu i niezręcznej sytuacji, że musiałbym dłuższy czas czekać na nich w Karpaczu.
Zejście kosztowało dużo wysiłku, ale było też dużo adrenaliny, wspaniała atmosfera i przygoda, jakiej dotąd nie przeżyłem. Opłaciło się. Dzisiaj mogę powiedzieć wszystkim, że szlak został przetarty. Zjazd standardowym wózkiem inwalidzkim ze szczytu Śnieżki do Karpacza jest możliwy.
Na koniec wyrazy dużego szacunku i podziękowania dla „koni”, asystentów i wszystkich wolontariuszy- wykonaliście tytaniczną pracę. Pamiętajcie, że nikt z niepełnosprawnych uczestników nigdy bez Was by tego nie dokonał, nie zobaczył, ani nie przeżył. Z pewnością każdy zachował te niezwykłe wspomnienia głęboko w sercu.
Ogromne podziękowania również, a może przede wszystkim, dla pomysłodawców, organizatorów i wykonawców projektu, który pozwala wierzyć, że dalsze życie, chociaż na wózku, ma sens. Oby więcej takich projektów!

Miałem szczęście – trafiłem na Dobrych Ludzi.
Dziękuję,

Marek Banach

Zdjęcia Marta Banach

Relacja NIEnapisana

Piszę relację na świeżo i na gorąco. Ale wróciłem do domu po dosyć długiej i monotonnej podróży (acz w przemiłym towarzystwie) i mam takie oto myśli. Chciałbym wiele mądrego i ładnego napisać tylko pytanie brzmi CO? i JAK?
Nie napiszę przecież o tym, że właśnie jestem po fantastycznym weekendzie, który spędziłem w gronie wspaniałych osób. Nie napiszę też o magicznej atmosferze, błysku w oczach, słonecznej pogodzie, ani o rozgwieżdżonym niebie. Nie będzie nic o łazankach, namiotach, przytulnej chatce, herbacie i kawie, dobrym cieście i gościnności Ewy oraz Jej Rodziny. Nie wspomnę także o gościnie u Pani i Pana fotografa oraz poczęstunku. Nie napiszę o Irenie, która zajmuje się dogoterapią, ani o jej suce Azie. Nie napomknę o wizycie Tomka Deronia (jeszcze raz mu gratuluję zdanego egzaminu), ani o uczestnikach i wolontariuszach, którzy stali się po prostu kolegami, koleżankami czy dobrymi znajomymi. Nie będzie też nic o tym, że My (jako ekipa RNSz) staliśmy się zwyczajnie fajną i zgraną grupą, a nie anonimowymi realizatorami kolejnego projektu. Nie będzie tu też nic na temat, iż mam takie przeczucie, że nawet gdy czas realizacji projektu minie, z większością osób będę się spotykał na zwyczajne „plotki przy piwie”. Nie napiszę też nic o błocie, strumykach i przechodzeniu po wodzie, ani ogólnie o zdobytym szczycie i drodze powrotnej „z przygodami”.
O tym wszystkim nie chcę pisać. Bo chociaż ogólnie zajmuję się „słowem pisanym”, to uważam, że są takie miejsca, osoby i wydarznia, że język ludzki jest zbyt ubogi by oddać daną atmosferę i całą resztę. I tak właśnie było i tym razem.
Dlatego nie będę nic pisał. Postawię tylko wielokropek…

P.S. Trasa samochodowa wiodła przez Częstochowę (w dwie strony) i mogłem 2x zjeść kebaba z kebab baru pod Częstochową. Bar znałem już wcześniej. Pycha. 🙂
Bartek M.

Relacja Agi

Nazywam się Agnieszka i chciałabym Wam opowiedzieć moją pierwszą przygodę z górami. W projekcie Razem na szczyty byłam zalogowana od roku. Niestety jestem człowiekiem „zalatanym” i jakoś zawsze mi nie pasowały terminy. Tym razem było jednak inaczej. Zapowiadał się wyjątkowo wolny weekend ,a nazwa wyprawy Beskid Niski- Lackowa kusiła swoją nazwą. Zapytacie pewnie dlaczego kusiła? Otóż jak sama nazwa wskazuje jest to Beskid Niski, więc wydawało mi się, że góra będzie niska, a wprawa łatwa. Jakże mylne było moje wyobrażenie. Ale po kolei: Przygoda zaczęła się w piątek po południu. Wszyscy uczestnicy mieli dostać się do miejscowości Cieniawa, nieopodal Nowego Sącza. Ja zostałam ”zgarnięta” spod Galerii Bonarka w Krakowie i dowieziona samochodem przez Ewę Biel(tu ślę podziękowania ze swojej strony).Na miejsce dojechaliśmy około godziny 19-tej.Po rozpakowaniu bagaży i zapoznaniu się ze wszystkimi uczestnikami wyprawy udaliśmy się spać.
Dzień naszej wędrówki rozpoczął się bardzo słonecznie. Każdy wypoczął przed trudami z jakimi miał się zmierzyć. Po spakowaniu najpotrzebniejszych rzeczy na cały dzień ruszyliśmy samochodami do miejsca, gdzie mieliśmy rozpocząć wyprawę. Nasza wspinaczka rozpoczęła się o godz.10-tej.Zakończyła się tego samego dnia około godz.19-tej.Podczas wspinania się każdy z nas musiał zmierzyć się z własnymi słabościami i ograniczeniami jakie wynikają z naszej niepełnosprawności. Teren był trudny. Było bardzo stromo, dlatego niektórzy musieli uważać, aby nie spaść. Droga na Lackową składała się głownie z gałęzi pod nogami, potoków, kamieni i niesamowitych wzniesień. Na szczęście każdy, kto potrzebował pomocy mógł liczyć na wsparcie ze strony wolontariuszy. Pomoc była bardzo profesjonalna. Po wdrapaniu się na szczyt poczułam ogromną satysfakcję. Pomimo tego, iż nie mam dwóch nóg i poruszam się na protezach, udało mi się to osiągnąć. Dotarło do mnie, iż pomimo ograniczeń człowiek może robić niewiarygodne rzeczy i spełniać swoje marzenia. Po skończonej wyprawie zostaliśmy zaproszenie na poczęstunek do małżeństwa fotografów, którzy dołączyli do nas wraz z synami podczas wspinaczki. Ogólnie cały wyjazd wspominam bardzo pozytywnie. Pozostały mi niesamowite wspomnienia i nie wykluczam kolejnych podbojów górskich

tekst: Aga Harasim

Teskst podwędzony z Bartka bloga

oryginał: http://www.portalgorski.pl/blogi/post/lackowa

Lackowa

W miniony weekend wraz z ekipą Razem Na Szczyty odwiedziłem szczyt Lackowa w Beskidzie Niskim. Był to już mój któryś skolei taki wyjazd i ponieważ jestem z niego bardzo zadowolony, cały mój blogowy wpis chciałbym poświęcić właśnie temu wydarzeniu.

Jak już kiedyś pisałem projekt Razem Na Szczyty zakłada udział osób niepełnosprawnych– głównie z niepełnosprawnością ruchową i sensoryczną. Celem projektu jest wspólne zdobywanie tzw. Korony Gór Polski (na Koronę składa się 28 szczytów – po jednym ze wszystkich pasm górskich naszego kraju). Wszystko zaczęło się ponad rok temu. Koleżanka miała jakiś tam pomysł, parę osób zaczęło go realizować (wówczas w tym jeszcze nie uczestniczyłem) i to tak. I właśnie z tej garstki pomysłodawców i organizatorów na począku, obecnie projekt jest coraz bardziej znany i rozpoznawalny, a także przyciąga coraz więęcej osób.

I co ważne (też to gdzieś pisałem). Dla mnie cały cel projektu- Korona Gór Polski- nie jest aż tak istotny (chociaż też). Ale jako osoba, która kiedyś trenowała długo karate, brała udział w zawodach, wspinała się, chodziła po górach, powiem nie skromnie że mam zrealizowanych parę „projektów” wcześniej. Dzięki jednak pomysłowi Razem Na Szczyty zadziało się znacznie więcej. Poznałem fantastyczne osoby, przeżyłem wspaniałe chwile, uśmiecham się na już samą myśl o niektórych zdarzeniach i na przyszłość, z utęsknieniem czekam na kolejne wyjazdy. Mam też takie wewnętrzne odczucie, że nawet jak czas realizacji projektu minie, z większością osób będę się spotykał prywatnie na zwyczajne „plotki przy piwie”. Nie jesteśmy już bowiem anonimowymi realizatorami kolejnego projektu, ale po prostu kolegaami, koleżankami czy dobrymi znajomymi.
Zatem Koleżanki i Koledzy z Razem Na Szczyty- dzięki, że jesteście 🙂

tekst: Bartek Michalak