Poniżej wybrane zdjęcia z wejścia na Turbacz. W komentarzach możecie dopisywać linki do Waszych prywatnych galerii z tego wyjazdu.
Poniżej wybrane zdjęcia z wejścia na Turbacz. W komentarzach możecie dopisywać linki do Waszych prywatnych galerii z tego wyjazdu.
tekst: Ania Makowska
Kilka lat temu napisałam wiersz o górach:
Moje góry
Kocham góry
Są dla mnie zawsze wielkim wyzwaniem,
bo nie jest łatwo wspinać się na szczyt.
Górskie drogi są zawsze sprawdzianem
mojej wytrwałości, nadziei
Są jeszcze takie góry, których się trochę boję,
choć często przed nimi staję.
To moje życiowe góry.
Góry zmartwień, rozczarowań,
niepokoju, bólu, cierpienia, samotności
Takie góry zdobywa się bardzo trudno.
Idę jednak pomału i walczę, bo warto!
Warto, choćby dla tej odrobiny szczęścia
kiedy staję na szczycie!
Wtedy, gdy pisałam ten wiersz, to bardzo mało chodziłam po górach, częściej wjeżdżałam na szczyty kolejką. Wówczas jeszcze nie wiedziałam, że będzie mi dane zdobywać najwyższe szczyty gór w Polsce.
Z ekipą projektu „Razem na szczyty” trzykrotnie wyruszałam w góry. Po zdobyciu Ślęży (19 maja 2012), Biskupiej Kopy (30 czerwca 2012) przyszedł czas by zdobywać Turbacz (11-12 sierpnia 2012) Droga na Turbacz była zdecydowanie dłuższa, od tej, którą pokonywaliśmy w poprzednich wyprawach. Była też o wiele trudniejsza, bo przyszło nam zmagać się dodatkowo z padającym deszczem, błotem i olbrzymimi kałużami. Nikt z nas jednak nie marudził, nie narzekał. Szliśmy z uśmiechami na twarzach, choć trzeba było włożyć sporo wysiłku by tą drogę pokonać. W sobotę doszliśmy do schroniska. Wieczorem była zabawa w odszyfrowywanie miejsc, w których ukryte były słowa potrzebne do stworzenia przysłowia. Przysłowie ułożone przez naszą grupę brzmi: „co nas nie zabije, to nas wzmocni” Pomyślałam – jakie te słowa prawdziwe, zwłaszcza w górach, gdzie niejednokrotnie trzeba było pokonać własne zmęczenie, by zdobyć szczyt. W niedzielę mieliśmy jeszcze trochę drogi ze schroniska na szczyt Turbacza, ale to było już bardzo blisko i wszyscy bez problemów zdobyliśmy tą górę. Była w nas radość. Zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia. W drodze powrotnej, na szlaku, przy kapliczce Błogosławionego Jana Pawła II zatrzymaliśmy się, by uczestniczyć we mszy świętej odprawianej z okazji święta gór, a potem ruszyliśmy w dalszą drogę.
Żegnaliśmy się z nadziejami szybkiego spotkania podczas zdobywania kolejnych szczytów.
Chociaż wiersz o górach pisałam dawno temu, to wiem, że jest aktualny także dziś. Góry są nadal wyzwaniem, są wymagające i potrafią bardzo zmęczyć. Góry sprawdzają moją wytrwałość i nadzieję, a także uczą wytrwałości i pokory. Wiem jednak, że góry są piękne, wiem, że warto walczyć z własnym zmęczeniem, by doświadczyć tego szczęścia, gdy staję na szczycie. Dziś powiem jeszcze raz: kocham góry i nie mam ich dosyć!
Serdecznie dziękuję całej ekipie projektu „Razem na szczyty”- uczestnikom i wolontariuszom za okazaną pomoc i wsparcie, za to, że z Wami mogę zdobywać góry. Bez Was nie byłoby tej wspaniałej górskiej przygody. Dziękuję i do zobaczenia na szlaku.
Ania Makowska
Pogłoski o tym, że Dziku nie zamówił pogody na Turbacz są nieprawdziwe! Pogoda była właśnie taka, jaką zamówiłem!
Były 30 stopniowe upały na Biskupiej Kopie. Była krótka ale intensywna ulewa na Szczelińcu. Jednak żadne z nich nikogo z ekipy ani trochę nie zdemotywowały i na każdym z tych szczytów stawaliśmy w komplecie. Tym razem postanowiłem zobaczyć ile osób podoła grząskiej, błotnistej drodze, wielkim, nie dającym się przeskoczyć kałużom, temperaturze, która spadła do kilku stopni powyżej zera czy niemal przez całą drogę towarzyszącym deszczom – od siąpiącej mrzawki po ulewę. I co? Na szczyt weszło 26 z 26 osób. Mało tego – wszyscy też zeszli!
Nie mogę się doczekać zimy, pojechania z Wami w Sudety i wędrówki w śniegu i siarczystym mrozie. Może wtedy chociaż na chwilę ktoś przestanie się uśmiechać? Może ktoś zmarznie i zamarudzi conieco? A może znów wszystkich tak pozytywnie zaskoczycie?
Dziękuję wszystkim i każdemu z osobna, bo każdy z Was wniósł swój nieoceniony wkład do tego wyjazdu.
Do zobaczenia
Dziku
tekst: Ania Kubiak
Wyprawy w góry były zawsze moim marzeniem. Do niedawna myślałam, że nierealne. Gdy dowiedziałam się, że mogę wziąć udział w wyprawie na Turbacz byłam bardzo szczęśliwa, aczkolwiek pełna obaw, czy na pewno jest to dobry pomyśl, ale pomyślałam, że jak nie spróbuję to się nie przekonam. Z niecierpliwością czekałam na dzień wyjazdu. Już podczas podroży spotykały nas zabawne historie. Już wtedy wiedziałam, że będzie to niezapomniany weekend.
Wiedziałam, że nie będzie łatwo. Czekała nas długa wędrówka. Wszyscy ochoczo wyruszyli w drogę. Mimo deszczu (podobno Dziku zapomniał zamówić pogodę), dzięki wolontariuszom wszyscy dotarli z uśmiechem na twarzach do schroniska. Już wtedy wszyscy się ze sobą zaprzyjaźnili.
W schronisku nadszedł czas na zabawę. Zostaliśmy podzieleni na grupy, a zabawa polegała na rozszyfrowaniu wskazówek które wskazywały miejsca, w których ukryte są kolejna wskazówki oraz słowa klucze, z których trzeba było ułożyć przysłowie. Oczywiście wygrała grupa pana Romana. Jednak największa zabawa była podczas tworzenia przez Magdę i Przemka rzeźby miłości oraz podczas zabawy w kalambury. Zabawa trwała do nocy.
Następnego dnia przyszedł czas dokończyć wyprawę. Na szczycie nadszedł czas na pamiątkowe zdjęcie. Przed zejściem ze szczytu odwiedziliśmy jeszcze Muzeum Kultury i Turystyki Górskiej PTTK. Podczas wyprawy odkryłam swój ulubiony kolor. W trakcie drogi powrotnej wzięliśmy udział we mszy świętej. Po mszy przyszedł czas na opowiadanie dowcipów i historii przez Marcina.
Ruszyliśmy w dalsza drogę. Dotarliśmy do samochodów. Przyszedł niestety czas się pożegnać.
Była to moja pierwsza wyprawa. Na pewno nie ostatnia. Przecież zostało jeszcze kilka szczytów do zdobycia. Będzie to niezapomniana przygoda. Jeszcze kolejnego dnia jestem myślami na szlaku. Nie mogę zapomnieć o tych wspaniałych momentach które przeżyłam w ciągu tych 2 dni. Dziękuje wszystkim i do zobaczenia.
Pozdrawiam,
Lady in pink 😛
tekst: Destina Kuliś
Z niecierpliwością czekałam na mój pierwszy wyjazd z całą ekipą RazemNaSzczyty! Udało się! Dotrwałam do dnia wyjazdu i spakowana wyruszyłam z domu na miejsce zbiórki, pełna radości i ciekawości – jak to będzie. Nie można się było pomylić! Już z daleka było widać zwartą i gotową do wyprawy grupę uśmiechniętych i promiennych ludzi. Ku mojemu zaskoczeniu i zadowoleniu, spotkałam wśród nich parę znajomych twarzy (niektóre znane z telewizji, gazet i Internetu!), ale były także i nowe, równie przyjazne i chętne do rozmów.
Słoneczna pogoda dodawała Wszystkim nadprogramowej energii! Już tylko parę minut i pora ruszyć w drogę! Zapakowani do samochodów, ruszyliśmy przed siebie, w nieznane, ku przygodzie!!! W samochodach panowały różne nastroje od nostalgicznej nutki po śmiech i radość 😀
Takim wesołym peletonem w mig dotarliśmy do Pasterki, gdzie po krótkiej przerwie na rozlokowanie w pokojach i zaaplikowaniu bułeczkowych dopalaczy wyruszyliśmy na szlak! Odpaliliśmy wrotki i już nikt i nic nie mogło nas zatrzymać!
Po drodze na szczyt oprócz kuszących gofrowych zapachów, mijaliśmy dinozaury, a wszystko to wśród tłumu ludzi. Gdyby nie oscypki i ciupagi, można by pomylić wejście na szlak z ulicą Świdnicką we Wrocławiu. Jeszcze parę metrów i przed nami pojawiły się schody, dłuuuuugie i kręte, które dla jednych z nas były nie lada wyzwaniem, dla innych wsparciem i podporą.
Wędrując przez szersze i węższe skalne szczeliny, robiące piorunujące wrażenie, dotarliśmy do schroniska, gdzie okazało się, że wśród nas znajduje się paru miłośników gofrowych przysmaków. Po zebraniu sił i w strugach deszczu udaliśmy się do skalnych labiryntów, które przeprowadziły nas obok tronu Karkonosza, Wielbłąda, Emilii, Małpy, Diabelskiej Kuchni i wielu wielu innych skalnych postaci i stworów. Mimo śliskich głazów, stromych schodów Wszyscy dzielnie parli do przodu bez narzekania i marudzenia, wręcz z nieznikającymi uśmiechami na twarzach!
Szczęśliwi i dumni z naszego wysiłku wróciliśmy do Pasterki, gdzie posiliwszy się, mieliśmy okazję do wspólnych zabaw, śpiewów i gier. Miłych chwil nie było końca! Przy ognisku niektóre nocne marki siedziały prawie do samego rana. Z pełnymi brzuchami, po omacku ze zmęczenia dotarliśmy do łóżek, niektórzy nawet nie zaprzątając sobie głowy pościelą, zapadli momentalnie w głęboki, zasłużony sen.
Górskie powietrze zadziałało na nas usypiająco, spaliśmy do ostatniego momentu, tak długo, że niektórzy zostali obudzeni przez kierowniczkę całej wyprawy – Agę. Mimo iż, zbliżał się koniec naszej przygody, czekały na nas kolejne niespodzianki. Pierwszą z nich było szkolenie z I pomocy przedmedycznej prowadzone przez Romana. Ćwiczyliśmy jak pomóc osobie, która się zadławiła oraz jak przeprowadzić resuscytację. Dowiedzieliśmy się również, że poprzez ochłodzenie wątroby najszybciej zbijemy wysoką temperaturę wewnętrzną naszego organizmu, a poprzez jej ogrzanie zrobi nam się ciepło nawet w bardzo zimnych warunkach 😀
Następnie odbyła się prezentacja podstawowych technik prowadzenia osoby niewidomej, słabowidzącej, podczas której praktyczne aspekty zaprezentował nam Adam. Kolejną niespodzianką była gra terenowa, do której podzielono nas na grupy o wdzięcznych nazwach: Akwarela, Spirit, Cwane Bolki, Wojownicze Żółwie Ninja.
Gra polegała na przejściu 5 stacji i pokonaniu 5 zadań. I stacja na którą trafiliśmy – Ewa, Karolina, Adam i ja, była punktem pomocy medycznej, gdzie Roman walcząc o tegorocznego Oscara, odgrywał bezbłędnie sceny zadławień tak, byśmy mogli pokazać swoje nowe umiejętności ratownicze. Kolejna stacja była u Dzika, była to stacja ruchowa, a zadanie polegało na przejściu jednej osoby z grupy pomiędzy dwiema rozwieszonymi między dwoma drzewami linkami. Do tego zadania w naszej grupie wytypowana została Ewa, ze względu na swoją wagę piórkową . Nie nie! Nie myślcie, że Ewa została z tym trudnym zadaniem sama, co to to nie! Wszyscy razem oderwaliśmy Ewcię od ziemi i położywszy płasko na rękach przeprowadziliśmy przez przeszkodę, nie dotykając przy tym żadnej z linek! Następne zadanie czekało na nas u Agi, polegało na trafieniu do celu, może nie poszło nam w tej konkurencji najlepiej, ale za to na stacji u Magdy, gdzie trzeba było poprzez pokazywanie przekazać grupie hasło, byliśmy rewelacyjni! Bardzo szybko zgadliśmy, że Ewa pokazuje nam ubłocone gumofilce!!! 😀 Brawo jeszcze raz Ewa!!! Ostatnia stacja u Ani z Bani 😛 polegała na teście z wiedzy. Pytania dotyczyły oczywiście naszej wyprawy, więc bez trudu i zbędnej zwłoki odpowiedzieliśmy na wszystkie pytania prawidłowo! Niestety zwycięzca mógł być tylko jeden i tym razem udało się to Radkowi, Marcinowi, Marysi i Adamowi. Gratulacje ekipo Cwanych Bolków!!!
Po brawach przyszedł czas na pakowanie. Niestety musieliśmy pożegnać to wspaniałe i bogate w piękne krajobrazy miejsce! Ale nie martwmy się, Duch Karkonoszy zadba o to, żebyśmy jeszcze nieraz tam wrócili!!!
O wspaniałości tego wyjazdu świadczyć może chociażby to, że siedzę już następnego dnia po powrocie i z wypiekami na twarzy przelewam na ekran komputera te cudne wspomnienia, zamiast zająć się swoimi codziennymi obowiązkami!!! Dzięki Ekipo RazemNaSzczyty!! Do zobaczenia na szlaku!
Popełniła: Destina
Bardzo dziękuję wszystkim za świetny wyjazd!
Spisaliście się wszyscy wyśmienicie. Zadziwiliście mnie pozytywnie swoją organizacją i zaangażowaniem – na pewno będę Was polecać następnym kierownikom wyjazdów:D
Do zobaczenia na następnych wyprawach!
Pozdrawiam cieplutko,
Aga Kruk
tekst: Mateusz Wojciechowski
To już mój drugi wyjazd w góry z projektem „Razem Na Szczyty”. Czy coś mu brakowało? Nie ma mowy, nic dodać nic ująć :P. Przed wyprawą psychicznie przygotowany byłem na duży wysiłek, w końcu po schodach nikt nie lubi chodzić, a w moim wypadku z jedną nogą jest to szczególnie ciężkie. Szczeliniec Wielki ma tych schodów podobno ponad 600. Nikomu niestety nie udało się tego sprawdzić ale wierzymy naszemu przewodnikowi :P. Jednak podczas wchodzenia rozwijaliśmy mnóstwo różnych tematów i wejście na górę wydawało się dosłownie chwilą. Nawet bardzo się zdziwiłem że w tak szybkim tempie znaleźliśmy się na szczycie, to było niesamowite!!! Gdy idzie się z tak wspaniałymi ludźmi nie myśli się o zmęczeniu. Oczywiście wszyscy bez wyjątku daliśmy radę. W ludzkim stereotypie jesteśmy nazywani „osobami niepełnosprawnymi” ale czy my naprawdę możemy się tak nazwać??? ja jestem na NIE!!!
Po zejściu czekała na nas pyszna obiadokolacja a potem ognisko, które początkowo nie zapowiadało się na takie, które się odbędzie. Troszkę deszcz pokrzyżował nam plany, jednak i wtedy znaleźliśmy interesujące zajęcie i bawiliśmy się do czasu aż przestanie padać. Podczas zabawy okazało się, że RAMBO to ulubiona postać jednego z uczestników!!! Gdy przestało padać kontynuowaliśmy ognisko, przy którym również było zabawnie – gra na gitarze, śpiewy itp. Ognisko trwało aż do samego rana. Ja poszedłem spać troszkę wcześniej.
Podczas weekendowego wyjazdu, który utkwi w pamięci na bardzo długo, nie tylko pokonaliśmy kolejny szczyt, ale również nauczyliśmy się bardzo praktycznych rzeczy jak kurs pierwszej pomocy. Padło naprawdę wiele pytań i żadne nie zostało bez odpowiedzi. Miejmy nadzieję, że nikomu się nic nie stanie i nie będzie potrzebne udzielanie pierwszej pomocy, ale gdyby jednak coś się przydarzyło, każdy z nas wie jak możemy ocalić ludzkie życie.
Pod koniec wyprawy mieliśmy zajęcia terenowe. Podzieliliśmy się na 4 grupy o różnych nazwach: „Cwane Bolki” „Akwarele” „Wojownicze Żółwie Ninja” no i nasza grupa „Spirit”. Każda grupa miała za zadanie przejście 5-ciu stacji, na których czekały na nas różne wyzwania, jak udzielenie pierwszej pomocy, trafienie bezbłędnie do celu, przeniesienie członka zespołu przez dwie liny bez ich dotykania, wiedza o Szczelińcu Wielkim no i kalambury. Jednak jak w każdej rywalizacji zwycięzcą może zostać jedna grupa a była to grupa „CWANYCH BOLKÓW” gratulacje!!!
Niestety wszystko co dobre musi się skończyć i po terenowych zajęciach przyszedł czas spakowania się. Ostatnie rozmowy, wymiany numerów telefonu i odjazd. Teraz zostały zdjęcia, które podczas oglądania wywołują bardzo dużo wspomnień. Ale odjechaliśmy wszyscy wiedząc, że to nie koniec. Przecież projekt nadal trwa i zostało jeszcze trochę szczytów, na których się spotkamy.
Więc pozdrawiam wszystkich i do zobaczenia. :):D:P
tekst: Marcin Mazur
Jak zacząć? Hmm moze tak: urodziłem się wychowałem i ukształtowałem się (a może raczej zostałem ukształtowany) w Sanoku. W podstawówce zacząłem przygodę z harcerstwem i górami. Najczęściej były to Bieszczady, bo były najbliżej, więc taki trochę ze mnie „góral bagienny”.
Zawsze lepiej mi się myślało i oddychało gdzieś na szlaku. Studia przyciągnęły mnie do Wrocławia gdzie po wielu bardzo ciekawych rozmowach z dziekanem udało się ukończyć wydział mechaniczny, znaleźć pracę i zostać już na Dolnym Śląsku. Ciągle jednak starałem się uciekać na szlak żeby naładować baterie.
Rok temu miałem kontuzję kolana, strzeliło więzadło, które trzeba było wyciąć i zrekonstruować. W listopadzie operacja, później rehabilitacja i powolny powrót do sprawności. W pracy wspierał mnie Dziku i namawiał już wcześniej na jakieś góry razem. Ostatnio częściej mu marudziłem, że z tym kolanem to mogę zdobyć 2 piętro galerii handlowej od południowej strony, ale nie dał się zbyć i zaprosił mnie na wyjazd w ramach „Razem na szczyty” żebym „powolontariuszował” i rozchodził to moje kolano.
Brzmi to dziwnie ale bałem się, że nie odnajdę się w tej nowej grupie, nie wiedziałem czego się spodziewać. Start z parkingu przy Wrocławskim PKS – Dziku prowadzi mnie do grupki ludzi, witam się starając się zapamiętywać imiona co się nie udaje bo jestem stremowany. Podając rękę Adamowi, który jest niewidomy, wytrącam mu laskę z ręki – pierwsze wrażenie poszło jak wyniki sondażowe PSL. Nic to – myślę sobie – teraz już może być tylko lepiej. Dzielimy się na grupy i wyjeżdżamy. Po drodze nawigacja, która odzywa się kobiecym głosem jakoś tak nas prowadzi, że skręcamy w utwardzoną ale leśną drogę, nierówną, pełną wielkich kamieni i korzeni. W samochodzie robi się ciszej a ja powtarzam sobie w głowie tekst piosenki „nie wierz nigdy kobiecie…” dojeżdżając do Pasterki wydawało mi się że usłyszałem jakieś głośne westchnienie z tylnej kanapy, chyba część naszej grupy myślała, że już w tym lesie zostaniemy 😉
Na miejscu szybkie zajęcie pokoi i jazda w trasę. Zaczynamy w Karłowie. Patrzę na całą naszą wesołą gromadę i zaczynam się czerwienić gdzieś tak w środku, za te moje narzekania na kolano. Przypominam sobie jak po operacji myślałem, że mi się świat zawalił bo możliwe że nie będę mógł biegać i chodzić po górach. Teraz przede mną ludzie którzy nie pieszczą się z życiem, dla których nie ma rzeczy niemożliwych, którzy zdają sobie sprawę ze swoich ograniczeń ale nie robią z tego wymówek, jednocześnie mając do siebie tak duży dystans.
Wdrapujemy się na szczyt z lekkim bólem nóg i większym brzuchów od śmiania się. Na szczycie tego dnia było największe skupienie pozytywnych osób na metr kwadratowy od czasu kiedy przechodziła tamtą okolicą karawana 😉 (czy tylko ja mam zastrzeżenia do tej legendy?) byłoby idealnie gdyby tylko nie zaczęło padać, ale jakoś nieszczególnie to zmieniło nastroje ludzi. Szczeliniec zdobyty!
Rober Baden-Powell (twórca skautingu) mówił że prawdziwych skautów można poznać dopiero w niepogodę. Myślę że byłby z nas wszystkich dumny bo po powrocie mimo, że strasznie się rozpadało, to udało nam się zebrać drewno na ognisko, które jednak z powodu opadów stanęło pod znakiem zapytania. Dziku z Agnieszką ściągnęli wszystkich na strych gdzie przeczekaliśmy deszcz. Zostaliśmy zwabieni zapowiedzią tego że Dziku pokaże nam swój sprzęt ale niestety jeszcze nie tym razem 🙂 przeczekaliśmy największy deszcz pokazując na różne możliwe sposoby Rambo i bawiąc się w „hip hop, hopla hop, mniam mniam, gul gul, ksz ksz , kwi kwi” i inne gry, których spokojnie mógłby nam pozazdrościć Polski Związek Logopedów. Drewno ściągnięte z lasu, który wyglądał po naszej w nim wizycie jak ten po trąbie powietrznej, jednak się przydało. Udało się rozpalić ognisko i grilla jako plan awaryjny. Były kiełbaski, śpiewy z gitarą, dowcipy (te z brodą i te cięższego kalibru) i tutaj jedna próbka – dowcip Bartka:
Przez las biegnie mały zajączek i krzyczy:
– taki wstyd, taki wstyd
Na to mama zajączka:
– co się stało?
– bo na środku lasu niedźwiedź zrobił wielką kupę
– no i co w tym strasznego?
– no bo się podtarł tatą
Ja odkryłem, że klapa od kosza na śmieci idealnie się nadaje do tego żeby rozdmuchać ognisko – od wynalazcy tego patentu postanowiłem nazwać to urządzenie „rozdmuchiwajka Romana”. Przesiedzieliśmy do 1:00 co było niezłym wynikiem po tak aktywnym dniu. W niedzielę rano szkolenie i gra terenowa były niczym wisienka na torcie, aż nie chciało się pakować i wyjeżdżać. Niestety to drugie życie z pracą i problemami codzienności zaczyna się już w poniedziałek, ale skoro taki Szczeliniec nam nie podskoczył to z codziennością też damy sobie radę.
Mój drużynowy na każdym rajdzie i biwaku jak już pakowaliśmy się do domu zawsze powtarzał, że mamy zostawić to miejsce, w którym nocowaliśmy w lepszym stanie niż je zastaliśmy. Ja zawsze się go słuchałem więc teraz myślę, że musimy podejść tak do świata w którym żyjemy, zostawmy go w lepszym stanie niż go zastaliśmy, wyjazdy takie jak ten bardzo mi w tym pomagają. Czekam na kolejne, najbardziej na ten w Bieszczadach bo będziemy wtedy u mnie w domu 🙂
Pozdrawiam
Marcin
„Aeroklub Jeleniogórski przy współpracy z Karkonoskim Sejmikiem Osób Niepełnosprawnych w Jeleniej Górze, wychodząc naprzeciw szeroko rozumianej integracji środowiska osób niepełnosprawnych, podejmuje inicjatywę pod roboczą nazwą „Niebo otwarte dla wszystkich”.
Są w środowisku niepełnosprawni piloci, którzy mimo wypadków i niepełnosprawności dalej uprawiają ten pasjonujący sport. Na pokazach lotniczych Jeleniogórskiego Lotniska stałymi obserwatorami są osoby w różnym stopniu niepełnosprawności, w tym bardzo dużo wózkowiczów.
Pomysłem jest objęcie szkoleniem lotniczym grupy osób niepełnosprawnych ruchowo, wywodzących się z różnych środowisk, na początek Ziemi Jeleniogórskiej. W pierwszej fazie realizacji przedsięwzięcia planowane jest przeprowadzenie lotów zapoznawczych z około 40-50 osobową grupą niepełnosprawnych. Kandydaci poszukiwani będą między innymi wśród niepełnosprawnych sportowców i „kibiców” lotnictwa. Po wstępnej weryfikacji przewiduje się zakwalifikowanie do szkolenia 10-15 osobowej grupy, która przejdzie podstawowe szkolenie szybowcowe, a po spełnieniu odpowiednich warunków, uzyska licencję pilota szybowcowego.
Gdy do tego dodać, że do przedsięwzięcia pozyskano życzliwość Pana Henryka Mynarskiego właściciela historycznych już Zakładów Szybowcowych w Jeżowie Sudeckim, który podjął się przystosowania manualnego osprzętu w produkowanym przez siebie szybowcu, to może okazać się, że pasję wielu niepełnosprawnych mogą stać się faktem.
Zainteresowanych odsyłamy także do artykułu redaktora T. Siwka w gazecie Niepełnosprawni TU i TERAZ na stronie www.kson.pl.”
Informacja ze strony http://kson.pl/ogloszenia/czerwiec2012/niebo.htm