Dziękujemy serdecznie za zamieszczenie artykułu o naszym projekcie.
tekst: Joanna Maćków
Zabiorę Cię właśnie tam gdzie wolniej płynie czas.
Niepełnosprawni w górach – Razem na szczyty
Biskupia Kopa, 30.06-01.07
889m.n.p.m.
W skrócie:
Wspaniali, wytrwali, niesamowici ludzie + górski szlak, szum lasu, śpiew ptaków + piękna, słoneczna pogoda + mnóstwo radości, śmiechu, życzliwości = cudownie spędzony czas, masa pozytywnych emocji i pięknych wspomnień!
Dla wytrwałych:
Kto chce, ten niechaj słucha, Kto nie chce, niech nie słucha, Jak balsam są dla ucha górskie opowieści. A wystarczy tylko wsiąść do pociągu byle jakiego, nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet, byle tylko dojechać do Jarnołtówka na czas. A potem iść, ciągle iść w stronę słońca, w górę, w poszukiwaniu przygód i nie martw się, co będzie potem, bo koko koko będzie spoko ;p.
Taki duży, taki mały może z nami iść, taki gruby, taki chudy może z nami iść. Więc weź plecak, to nic, że ciężki i załóż koszule w kratę. W rajdowych szarych spodniach idź na spotkanie z latem. A gdy już docieramy na miejsce to: idzie dysc, idzie dysc, idzie sikawica, ale dziwny jest ten świat, wszystko się zmienia wszystko wiruje i nagle słońce świeci nad nami, rozgrzewa nasze blade ciała promieniami. Maszerują wszyscy, maszerują, dzielnie pokonują każdy metr.
Szumi las wokół nas, słychać ptaków śpiew, naszą przyjaźń przyniósł czas w wakacyjny dzień. Drogą pylista drogą polną jak kolorowa panny krajka, lato się toczy ku stodołom, my zdobywamy szczyt. Hej ho hej ho do góry by się szło, a ktoś na niebie owce wypasa hej! Ach jak przyjemnie, gdy szumi szumi las, nic już nie męczy nas. Jak dobrze nam zdobywać góry i młodą piersią chłonąć wiatr. Prężnymi stopy deptać chmury i palce ranić o szczyt Biskupiej Kopy. Na szczycie trzysta w skali Kelvina. Wdrapiemy się na wieżę – wierzę, wierzę, wierzę… Choć mało siły każdy chce tam wejść, byle się tylko znaleźć w pozaziemskiej sferze. Gdzie szczyty gór, gdzie pośród chmur można się z Bogiem samym oko w oko zmierzyć.
A wieczorem płonie ognisko i szumią knieje, wszyscy w koło siedzą i zajadają kiełbaski. Płyną czarne opowieści, cichą, letnią nocą. Tylko echo gdzieś szeleści i gwiazdy migocą. Późno już, otwiera się noc, sen podchodzi do drzwi na palcach jak kot. Nadchodzi czas, aby iść spać, gdy kolejny mój dzień wspomnieniem się stał. Nareszcie świt zastąpił noc, powietrze świeże, jak po burzy. Więc, po, co chowasz twarz pod koc, dzisiejszy dzień się nie powtórzy. Wstawaj, szkoda dnia! Niestety, już czas do domu, czas, już wołają nas! Zróbmy przyjacielskie koło, zaśpiewajmy pieśń wesołą… Czas do domu, czas, już wołają nas! Szczęśliwej drogi już czas! Lecz we mnie zostało coś z tamtych dni, mój mały intymny podróżny świat. Gdy tak wspominam ten miniony czas, wiem jedno, że to nie poszło w las. Dużo bym dał, by przeżyć to znów, wehikuł czasu to byłby cud. Mam jeszcze wiarę, odmieni się los, znów kiedyś na szlaku spotka mnie ktoś!
Ale to już było, znikło gdzieś za nami, a Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy, ważnych jest kilka tych chwil, tych, na które czekamy!
Ot taka scenka: dworzec PKP, odprowadzamy jedną z uczestniczek. Ewa porusza się na wózku, ale jak trzeba to sobie chodzi :). Nagle jak z pod ziemi wyrasta przed nami czwórka osiłków Security i rwą się, żeby dziewczynie pomóc wejść do pociągu (w sumie bardzo pozytywne nasze zaskoczenie). Ewa wstaje i sobie sama wchodzi (teraz pozytywne zaskoczenie panów z Security) „O jak dziś łatwo poszło” – wyrywa się jednemu. „Ha ha, ona dziś po górach chodziła!” – wyrywa się mi. A co więcej miała niedosyt, że górka taka mała.
Pozdrawiam
Magda
A poniżej relacja Ewy!
tekst: Ewa Mańkowska
Weekend był moją małą górską przygodą. Ktoś ostrzegał mnie, żebym sobie odpuściła, bo po co się forsować i narażać na niepowodzenia… Ale się uparłam. Na co dzień poruszam się na wózku i widzę, że często jest to większy problem dla innych niż dla mnie. Góry marzyły się od wielu lat, ale jakoś nie było okazji. W dzieciństwie jeździłam na zimowe szkoły, moi koledzy i koleżanki z klasy śmigali na nartach, a Ja fajnie bawiłam się będąc z nimi.
Rozglądałam się i znalazłam RazemNaSzczyty. Ponieważ kocham Góry, Skały, widoki terenów wyżynnych i wyzwania, natychmiast postanowiłam się przyłączyć. Wysłałam maila.
Wchodząc na Biskupią Kopę pierwszy raz szłam tak długo o własnych siłach. Łażenie po Warszawie to żadna frajda, wszędzie trzeba się śpieszyć, by zdążyć na czas. Wózkiem jest znacznie szybciej, to mój świadomy wybór.
Wędrowałam sobie 7,5 km lasem do schroniska i 1,5 km od schroniska na szczyt kamienistą drogą… (mogę się mylić co do odległości). Z Nieba lał się żar, duszno, po całej nocy w pociągu… i weszłam. Na ostatnim odcinku kolega oszukiwał mnie pokazując jakiś punkt mówił, że „szczyt to na pewno ooo już tam…”. Nie to, że zamierzałam odpuścić, ale musiałam wyglądać na mocno strudzoną skoro uciekał się do takich sztuczek.
Czułam niedosyt, jak weszłam na samą górę i na wieżę widokową. Chciałam iść dalej, jeszcze wyżej.
Wyjechałam w piątek w nocy, w niedziele przed godziną 14 miałam już pociąg powrotny z Wrocławia. To był intensywny i dobry czas. Nie napiszę, że jestem z siebie bardzo dumna, bo to Nie-za-wielka-góra. Na prawdziwe zadowolenie z siebie może jeszcze przyjdzie czas. Przy następnej okazji, na Innym Szczycie.
Przede wszystkim teraz, mimo trudnych dni w pracy, nadal jestem nakręcona. Zawsze liczy się przecież TEN moment. I dlatego wielkie dzięki dla wszystkich za naszą wyprawę (szczególnie wielkie za wprowadzenie mojego wózka;))! Było Świetnie!
Ewa
Zapraszam do obejrzenia zdjęć z Biskupiej Kopy. Nie podpisałem autorów ponieważ nie do końca zdawałem sobie sprawę, kto w którym momencie trzymał aparat.
Dziękuję wszystkim za pozowanie z uśmiechem mimo 30 stopni Celsjusza.
Dziku
Zaległe podziękowania dla Marcina, Lindy i Wiktora z firmy Eduprolife za przeprowadzenie rewelacyjnego szkolenia z Pierwszej Pomocy dla naszych wolontariuszy. Wielkie dzięki!!!

Z przyjemnością oznajmiamy, że „n.p.m.” Magazyn Turystyki Górskiej objął nasz projekt patronatem medialnym.

tekst: Ania Stępień
Na początku tego roku postanowiłam, że zacznę zdobywać Koronę Gór Polski, więc kiedy dotarła do mnie wiadomość, że fundacja Jaśka Meli szuka wolontariuszy do programu „Niepełnosprawni w górach” bez wahania postanowiłam się przyłączyć.
Na pierwszą wycieczkę cieszyłam się jak dziecko, choć na Ślęży byłam już ponad 20 razy.
Jednak kiedy termin wyjazdu zbliżał się nieubłaganie pojawiało się u mnie coraz więcej wątpliwości i obaw… Jak będzie? Czy dam radę? Jak pomóc komuś nie narzucając mu się za bardzo?
Lekko zestresowana przyjechałam w sobotni poranek na dworzec PKS. Ale już od pierwszej chwili niepokój i obawy powoli zaczęły odchodzić w niepamięć. Uśmiechnięte twarze, wspólne rozmowy i żarty zapowiadały udany wyjazd.
Po przyjeździe na miejsce i po zabawach integracyjnych wyruszyliśmy w trasę.
Zostałam przydzielona do grupy „krótkodystansowców”, w której znalazły się osoby niepełnosprawne ruchowo. Nasza trasa rzeczywiście była najkrótsza, ale czy najłatwiejsza? Niekoniecznie… Szlak wiódł ciągle pod górkę i jak na złość stawał się coraz bardziej stromy. No i wszędzie były wszechobecne te nieszczęsne kamienie, które dodatkowo utrudniały marsz.
Wszyscy radzili sobie znakomicie. Na największy podziw zasługują oczywiście nasi uczestnicy, którzy bez marudzenia i narzekania szli pod górę. Niektórych nawet nie można było dogonić 😉
Podczas wspinaczki znalazł się czas na śmiech, rozmowy, zdjęcia, odpoczynek i podziwianie krajobrazu.
Na naszej trasie mieliśmy okazję wypróbować „super rower” użyczony nam przez pana Jarka.
Jak się okazało nie wszyscy niepełnosprawni mogli skorzystać i przejechać się nim, ale kilku śmiałków się znalazło. Swoich sił spróbowali również wolontariusze. Jazda pod górkę wcale nie była taka łatwa, ale po paru godzinach cała ekipa dotarła na szczyt: rower, uczestnicy i wolontariusze. Wszyscy w całości 🙂
A na szczycie coś co tygryski lubią najbardziej 🙂 Wylegiwanie się na słonecznej polanie oraz wejście na wieżę widokową. Jak się okazało ani nie do końca sprawne nogi, ani kule, ani protezy, czy ich brak 😉 nie przeszkodziły chętnym w wejściu na szczyt wieży. A widoki jak marzenie…
Po „zdobyciu” wieży, odpoczynku i pamiątkowym zdjęciu nadeszła pora na zejście.
Największym szczęściarzem (a na pewno najszybszym 😉 okazał się Mateusz, który ze Ślęży zjechał na rowerze. Nie wiem tylko co na to wolontariusze, którzy mu towarzyszyli 😉 Szkoda, że tego nie widziałam…
A droga powrotna okazała się trudniejsza od wspinaczki. Jednak wszyscy dzielnie walczyli ze zmęczeniem i „przeciwnościami losu”. Wieczorem odbyło się wspólne ognisko. Były kiełbaski, śpiewy z gitarą, tańce, długie rozmowy i opowieści „dziwnej treści”.
Na drugi dzień były 2 szkolenia: dla wolontariuszy i uczestników, później chętni poszli do kościółka, no i znalazła się też chwilka na błogie lenistwo. Około 15:00 wróciliśmy do Wrocławia, gdzie trzeba było się pożegnać i wrócić do rzeczywistości.
Chciałam w swoim imieniu pogratulować wszystkim uczestnikom zdobycia Ślęży – wcale nie takiej małej i łatwej 🙂 Staliście się moimi bohaterami i opowiadam teraz o Was wszystkim narzekającym i marudzącym dzieciakom, z którymi chodzę na wycieczki w góry.
Jak się okazuje: DLA CHCĄCEGO NIC TRUDNEGO 🙂
Dziękuję również wszystkim za przemiły wyjazd, który pozostanie w mojej głowie i w sercu do końca życia.
Pozdrawiam serdecznie i do zobaczenia na szlaku 🙂
Ania Stępień
tekst: Adam Klimont
Anita, Sandra, Mateusz, Bogusia, Marysia, Michał, Paweł, Adam, Radek, Agnieszka, Madzia, Adrian, Gosia, Marta, Kasia, Piotrek, Asia… nie, niestety nie zapamiętałem wszystkich pięćdziesięciu kilku imion, mimo kilku gier-polepszaczy pamięci zaproponowanych przez Kaifę i jej krokodyla tuż po przyjeździe do Ośrodka Szkolenia Wolontariatu w Sulistrowiczkach.
Po godzinnej integracji na słonecznej polanie mieliśmy okazję podziwiać trójkołowy rower terenowy, który był już nawet na najwyższym szczycie Afryki. Dzięki uprzejmości producenta, my mogliśmy zabrać go na nasze dolnośląskie Kilimandżaro. Podzieliliśmy się więc na cztery
grupy: długo- i krótkodystansowców, wózkersów oraz duet specjalny, wyznaczony do przygotowania ogniska na wieczór. Mnie przypadła grupa trzecia: razem z Pawłem, Asią (przewodnikiem sudeckim), Bartkiem, Tomkiem, Pauliną i Michałem mieliśmy przemierzać kręte drogi w pobliżu
przełęczy Tąpadła.
Odprowadziliśmy kawałek długodystansowców, a gdy oni skręcili w las, my wrzuciliśmy wsteczny bieg i poszliśmy kierunku Zalewu Sulistrowickiego. Bartek bratał się z przybrzeżnymi kijankami, a my wspominaliśmy harcerskie i szkolne czasy. Założę się, że nasza grupa była najlepiej przygotowana merytorycznie, bo przewodnik sudecki, kursant na przewodnika i geograf bardzo ładnie wyłożyli nam fakty i hipotezy na temat Ślęży. Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, masyw naszej góry jest pozostałością dna oceanicznego sprzed milionów lat. Pozwoliliśmy sobie na godzinę nadwodnego lenistwa, po czym wróciliśmy do ośrodka, wnioskując po esemesowych raportach, że reszta powinna niebawem wrócić ze swoich tras.
Okazało się tymczasem, że zdobywcy Ślęży zafundowali sobie dłuższy odpoczynek na szczycie, więc przyszło nam na nich jeszcze trochę poczekać – poza Mateuszem, który w ekspresowym tempie zjechał na rowerze. Gdy w końcu przyszli, niektórzy mieli miny mówiące „nigdy więcej!”, ale gdy usiedliśmy wieczorem do ogniska, w dobrych humorach opowiadaliśmy sobie o wyprawie i dopytywaliśmy o kolejną. Przy ogniu, jak to zwykle bywa, mieliśmy okazję się poznać, porozmawiać, pośpiewać, a nawet pobawić się w zespołową grę przywiezioną przez Tomka prosto z Tropiciela.
W niedzielny poranek uczestnicy byli szkoleni z zasad bezpieczeństwa na wyprawach górskich, a wolontariusze ze specyfiki pracy z głuchoniemymi. Dowiedzieliśmy się między innymi jak zwracać na siebie uwagę osoby głuchej, czym się różni polski język migowy od systemu językowo-migowego oraz jak zamigać „dziękuję” czy „przepraszam”. Później Tomek pokazywał sprzęt surwiwalowca, od busoli po krzesiwo, czym wywołał u mnie chęć pobiegnięcia do najbliższego sklepu turystycznego, albo chociaż zebrania odrobiny brzozowej kory na podpałkę…
Już nie mogę doczekać się kolejnego wyjazdu. Jestem pełen podziwu dla uczestników, organizatorów i wolontariuszy – jesteście żywym przykładem na to, że chcieć to móc. Do zobaczenia na następnym szlaku!
Adam Klimont
Projekt dzielnie wspiera Studenckie Koło Przewodników Górskich „Harnasie” z Gliwic. Będziemy mieli solidne wsparcie podczas wyjazdów na „ich teren” czyli w Beskidy :). A tymczasem w kołowej gazetce ukazał się artykuł Magdy Goryl o pierwszym ze szczytów, który wspólnie zdobywaliśmy: Artykuł
tekst: Paweł Spierewka
Wyprawę rozpoczęliśmy spod dworca PKS we Wrocławiu. Już w autobusie zaczęły zawiązywać się pierwsze znajomości. W ten sposób, w miłej i przyjemnej atmosferze rozmów dotarliśmy do miejsca naszego
zakwaterowania, gdzie szybko się przepakowaliśmy i ruszyliśmy w miejsce docelowe, na przełęcz Tąpadła. Tam Kaifa poprowadziła zabawy integracyjne, których celem było zapoznanie się i chociaż częściowe zapamiętanie imion uczestników wyprawy (sklerotykom i tak to nic nie pomogło – patrz autor tekstu).
Kiedy już w miarę wszystkim udało się zapamiętać imiona pozostałych osób, Magda podzieliła nas na trzy grupy. Mnie przypadła oczywiście grupa wózkersów, w której znaleźli się również: Asia, Paulina, Bartek, Adam, Michał oraz Tomek. Po przegrupowaniu się ruszyliśmy w trasę. Z początku nasza grupa towarzyszyła grupie długodystansowców, która zmierzała na szlak prowadzący na szczyt Ślęży. Później rozdzieliliśmy się – długodystansowcy poszli szlakiem w kierunku szczytu, a my zawróciliśmy by przespacerować się wzdłuż drogi asfaltowej u podnóża góry. W trakcie rozmów towarzyszących nam podczas spaceru podróżowaliśmy przez tereny afgańskiego Hindukuszu dyskutując na tematy dotyczące tego urokliwego, acz niebezpiecznego kraju, jakim jest Afganistan. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że warto by w przyszłości się tam wybrać, aby zapoznać się i doświadczyć miejscowej kultury i obyczajów oraz zobaczyć na własne oczy tamtejsze piękne, górskie krajobrazy. Ale to kiedyś, gdy trochę się tam uspokoi. O ile kiedykolwiek się uspokoi. Tymczasem napawaliśmy się naszymi rodzimymi widokami szczytów (m.in. Radunia oraz Świerczyna), które również mają swój niesamowity urok.
Wróciliśmy do naszej kwatery głównej, gdzie zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek. Po zaczerpnięciu oddechu i zyskaniu nowych sił ponownie ruszyliśmy w drogę, tym razem nad Zalew Sulistrowicki. Tam rozsiedliśmy się mniej lub bardziej wygodnie i słuchaliśmy naszych historii z życia, opowiadanych przez poszczególnych członków grupy. Po powrocie do Centrum Szkolenia Wolontariatu w oczekiwaniu na pozostałe grupy, zaczęły się przygotowania do wieczornego ogniska. Rozmowy i śpiewy rozbrzmiewały tego dnia jeszcze baaardzo długo. Dłużej niż udało mi się wytrwać.
Następny dzień przywitał nas ciepłym powietrzem i bezchmurnym niebem. Wspólnie zjedliśmy śniadanie, po którym wzięliśmy udział w szkoleniach. Szkolenie, w którym uczestniczyłem prowadzili Dziku oraz Tomek, i dotyczyło zasad bezpiecznej turystyki i przygotowania się do wypraw w góry. Po zakończonych zajęciach część osób poszła na mszę do pobliskiego kościoła, podczas gdy reszta uczestników relaksowała się na świeżym powietrzu, bądź zaczęła się pakować i przygotowywać do wyjazdu. Po powrocie z kościoła wszyscy spakowaliśmy się do autobusu i ruszyliśmy w drogę powrotną do Wrocławia.
I tak niestety wszystko co dobre, kiedyś się kończy. Pozostaną jednak w mojej pamięci wspaniałe wspomnienia, a lista znajomych i przyjaciół wydłuży się o wiele niesamowitych osób. I chociaż jestem typem domownika to z całym przekonaniem mogę powiedzieć, że z niecierpliwością oczekuję następnego wyjazdu.
Dlatego nie mówię Żegnam, a Do zobaczenia!
PS. Chciałbym jeszcze wszystkim serdecznie podziękować. Zwłaszcza organizatorom i wolontariuszom za niesamowite zaangażowanie, otwartość i bezpośredniość. I chociaż wiem, że dla niektórych był to debiut z osobami niepełnosprawnymi to zapewniam Was, że możecie być z siebie dumni, to było niewiarygodne!
Pozdrawiam
Paweł
Autorem relacji jest Paweł Spierewka, 18 letni uczestnik wyprawy na Ślężę. Paweł porusza się na wózku. Nie wjechał na szczyt, ale najważniejsze, że zdecydował się pojechać i nam towarzyszyć. Brawo Paweł! Dzięki za świetną relację!
tekst: Anna Makowska
Pewnego razu obejrzałam w telewizji wywiad z Jaśkiem Melą. Jasiek mówił między innymi o tym, że założył Fundację „Poza Horyzonty”. Po zakończeniu programu otworzyłam w Internecie stronę Fundacji Jaśka i przeczytałam: „Niepełnosprawni w górach – razem na szczyty”. Pomyślałam: a może by pójść w te góry moje ukochane… to była myśl najpierw tylko taka na chwilkę, ale powracałam do tej myśli, chęci pójścia w góry jeszcze parę razy. W głowie kołatało mi się mnóstwo pytań i wątpliwości typu: czy ja nie jestem szalona? Czy nie porywam się z motyką na słońce? Z kulawymi nogami chcę wybierać się w góry?! Może to jest jakieś szaleństwo, ale z drugiej strony stwierdziłam, że jeśli nie spróbuję to będę żałować. Przed podjęciem ostatecznej decyzji zapisania się do projektu wysłałam do Magdy maila z mnóstwem pytań. Magda odpowiedziała, dopisując jeszcze zachętę, że warto.
Pierwszy planowany wyjazd to Ślęża – w terminie 19 – 20 maja. Myślałam, że nie będę, bo nie wiedziałam czy da się to pogodzić z zaplanowaną już wcześniej pracą zawodową.
Rodzice przekonali mnie, że warto pojechać na pierwszą wyprawę, zobaczyć jak to jest, poznać wolontariuszy oraz innych niepełnosprawnych uczestników projektu. Decyzja zapadła – jadę i będę zdobywać Ślężę! Do Wrocławia jechałam autobusem całą noc. W sobotę rano spotkałam się z grupą miłośników gór. Następnie wynajętym autobusem pojechaliśmy do miejsca rozpoczęcia wspinaczki. Najpierw na polance zostały zorganizowane zabawy integracyjne, w celu bliższego poznania się i zapamiętania imion wszystkich uczestników. (Niestety mnie nie udało się zapamiętać wszystkich imion i za to bardzo przepraszam.) Na Ślężę ruszyliśmy w 3 grupach – każda grupa innym szlakiem. Ja byłam w grupie krótkodystansowców. Szlak niby najkrótszy, ale parę godzin szłam. Droga dość szeroka, z licznymi kamieniami, cały czas pod górkę. Nie było łatwo, a najtrudniej po kamieniach. Po drodze podziwialiśmy piękne widoki – uwiecznione oczywiście na zdjęciach. Chętni próbowali jechać na szczyt trójkołowym rowerem z napędem ręcznym. Takiego roweru jeszcze nie widziałam! Stwierdziłam, że ciężko się na niego wsiada. Wolałam pójść pieszo. Kiedy sił brakowało, mieliśmy odpoczynki. Czas mijał bardzo szybko. Jak się zorientowałam, że weszliśmy na szczyt, to krzyknęłam ze zdumieniem: to już ta Ślęża? Super! Na szczycie zobaczyłam duży krzyż i podpis: „z tym znakiem zwyciężysz”. Pomyślałam: jakie to piękne i wzruszające! Po wejściu na szczyt długo odpoczywaliśmy. Niektórzy mieli nawet jeszcze siłę, aby wejść na wieżę widokową. Zrobiliśmy wspólne pamiątkowe zdjęcie i ruszyliśmy w drogę powrotną. Dla mnie zejście ze Ślęży było co najmniej trzy razy trudniejsze niż droga na szczyt. Kamienie na tyle przeszkadzały, że wraz z wolontariuszami szukaliśmy lepszej drogi w głębi lasu. Tam jednak musieliśmy uważać na korzenie. Udało nam się jednak pokonać te trudności. Wieczorem było ognisko i pyszne kiełbaski. Następnego dnia uczestniczyłam w szkoleniu dotyczącym przygotowania się do górskich wycieczek. Po szkoleniu wybrałam się do pięknego drewnianego kościółka. Po mszy świętej przyszła pora, by wracać do Wrocławia, a następnie nocnym autobusem ruszyć do domu.
Ślęża została zdobyta i ogromnie się z tego cieszę. Ta droga kosztowała mnie sporo wysiłku, ale wiem, że warto było walczyć. Bardzo serdecznie dziękuję wszystkim wolontariuszom, którzy mi pomogli. Dziękuję rodzicom, przyjaciołom oraz wszystkim tym, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do tego, że podjęłam decyzję, by iść w góry. Czekam już na następny wyjazd, bo chcę powalczyć o zdobycie kolejnego szczytu. Jeszcze raz wszystkim dziękuję i do zobaczenia na szlaku.
Anna Makowska
Dam radę! To przecież tylko Ślęża!”
„Tylko Ślęża” to najwyższy szczyt Pogórza sudeckiego. Wznosi się na wysokość 718 m.n.p.m. Z przełęczy Tąpadła na szczyt pokonaliśmy ok. 330 m. przewyższenia. Niby nic, ale gdy sobie przypominam jaką walkę musieli stoczyć z tą górką niektórzy niepełnosprawni uczestnicy wyjazdu, czuję wielki dla nich podziw.
W wycieczce brało udział 55 osób, w tym 14 osób niepełnosprawnych. Grupę podzieliliśmy na trzy drużyny: wózkersów, krótkodystansowców i długodystansowców. Każda z nich miała do pokonania inną trasę. Ekipie krótkodystansowców towarzyszył rower górski z napędem ręcznym, dostosowanym dla osób niepełnosprawnych. Explorer zdobył już wcześniej m.in. Kilimandżaro, a teraz z nami Ślężę. Wjazd, wjazdem…ale co to był potem za zjazd! 😀
Dla roweru napędem, była siła rąk, dla uczestników wyjazdu motorem, żeby dać z siebie wszystko był szczyt. Nie dla wszystkich był on łatwy do zdobycia.
„Ale ta Ślęża brudna!” – powiedziała Bogusia, otrzepując ręce z ziemi…i z uśmiechem zaczęła wspinać się dalej. Po wielu podobnych upadkach stanęła na szczycie. To, że mimo niesamowitego wysiłku dała radę, było najważniejsze, dwie dziury na kolanach nie miały żadnego znaczenia…
Nie mniej emocjonujące od wejścia na szczyt było zejście. Niektórzy wywijali efektowne fikołki czyniąc salta nad głowami współtowarzyszy wędrówki ;), ale wszystko ostatecznie miało swoje szczęśliwe zakończenie przy wieczornym ognisku. Przy dźwiękach gitary okazało się, że nie trzeba być osobą widzącą, żeby np. tańczyć salsę.
Po tym pierwszym wyjeździe wiem, że RAZEM damy radę. Dziękuję uczestnikom, za to że zrobili wszystko, żeby wejście na szczyt w jak największym procencie zawdzięczać samym sobie. Dziękuję wolontariuszom, że wiedzieli kiedy i jak pomagać. Dziękuję Kasi, Tomkowi i Dzikowi za przeprowadzenie szkoleń dla uczestników i wolontariuszy. Dziękuję wszystkim za przyjacielską atmosferę.
Do zobaczenia na szlaku!
Magda Jarocka
