Kierowca Bombowca

 

„Pojedziesz z nami ? Potrzebujemy kierowcy…” te słowa były początkiem mojej wyprawy na koniec świata 🙂 Odpowiedź była oczywista.
Piątek 8:30, spotykamy się na Wrocławskim PKSie. Dojeżdżam na miejsce, o dziwo przed czasem :). Zanim opuściłem auto dostrzegłem znajome twarze osób siedzących na murku. Myślę że po całym cyklu wypraw, to miejsce będzie czymś wyjątkowym i nieco symbolicznym. Po chwili parkuje drugie auto. Następuje wzajemne macanko, cmoki, achy, ochy… po czym przepakowujemy się i ruszamy. GPS wskazuje 6 godzin do celu. Tyle techniki, a jednak na życiu się nie zna – na miejscu byliśmy o 21 🙂 Ok, po drodze troszkę było postojów, no i tajemnicza misja pod tytułem „i tam się zgubimy”. Na miejscu czekała pyszna kolacja, gorąca kąpiel, masażyści i sypialnia z dużym łóżkiem…. o sorki to nie ta wyprawa. No więc jak zacząłem, na miejscu czekał nas chłód, szczekające psy, rozbijanie namiotów, dym w oczy i garaż przerobiony na spa. Ale przecież o to nam chodzi! Jest super ! Dzień kończy się wraz z ostatnią kroplą łez od dymu. Mimo gwiaździstego nieba i pełni księżyca, pora spać.
Kolejnego dnia, wstajemy o szaleńczej, wręcz nieludzkiej godzinie – o 7:30 budzik uwolnił zaoszczędzoną w nocy energię i zadzwonił ile sił. Mimo tego spóźnił się, przegrał z czujnymi psami:/ Ok, pora na małe co nieco. Naprędce znaleźliśmy plenerowy stolik w postaci kłody, kwiatki i wazonik z pomidora, po czym korzystając z soków trawiennych rozpoczęliśmy wchłanianie przeogromnych ilości paliwa.
Wkładaliśmy już ostanie kubki do zmywarki, kiedy usłyszeliśmy „nooo jedziemy.!…”. To Madzia, nasz wulkan energii – uświadamia nas jak jest już późno. Pakujemy się więc w auta i systematycznie przemieszczamy jak tylko najdalej można w głąb lasu. Tutaj należy wspomnieć o niezapomnianych twarzach zadowolonych turystów, widzących samochody na szlaku:) Faktycznie z pierwszym kursem było w miarę ok, ale z drugim już nieco gorzej. Na trzeci kurs zdecydowałbym się jedynie jakimś takim T34.
Nadszedł ten upragniony czas, kiedy to można postawić pierwszy krok na szlaku. A szlak nie rozpieszczał. Już pierwsze metry pokazały co może nas czekać. Było stromo i wąsko. Jednak z każdym krokiem, wyłaniał się przepiękny widok na bezkresne wzgórza wokół nas.
Lecimy dalej, pojawiają się pierwsze kamienie, następnie głazy. Słońce przegrywa walkę z chmurami, a wiatr staje się chłodniejszy. Pora włączyć ogrzewanie, popijam zatem dwie setki wódki i dalej w drogę. Oczywiście to ta bezalkoholowa woda, a rozgrzewa mnie kurteczka:)
Zamykam stawkę, co daje mi sposobność na obserwację reakcji ludzi dochodzących do naszej grupy. Dociera do nich, jak bardzo się mylili co do nas, wymawiając wcześniej liczne epitety w stronę aut. Teraz ich frustracja i oburzenie, momentalnie przestawiają się w zachwyt i zdziwienie.
Idąc ku górze, potykamy się, przewracamy… a ruch turystyczny spory. Nikt jednak się nie skarży, nikt się nie przepycha.
Jest półmetek drogi na szczyt. Lecimy na rezerwie – czas na posiłek. Niestety, również na dodatkową kurtkę przeciwdeszczową. Wygląda to źle, ale nikt nie myśli o powrocie. Ciągle spoglądając na nasz cel, brniemy dalej. Z oddali widać, jak raz za razem, ktoś zalicza szczyt. Jeszcze chwile a my też tam będziemy. Droga jednak daje się we znaki. Coraz częściej zmieniamy się w parach. Przejaśnia się a my, ekipa zamykająca stawkę, dostajemy info o pierwszym sukcesie naszej grupy. To było niczym odkręcenie nitro w naszych silnikach. Piąty bieg, napęd na cztery łapy, blokada dyferencjałów i ogień!
Na przełęczy dochodzi do nieuniknionego spotkania schodzących już narwańców i podchodzących maruderów. Obyło się bez walki:) a owocem spotkania było kilka wspólnych zdjęć na tle zachodzącego powoli słońca.
Dwa mrugnięcia okiem i ostatnia ekipa dzielnie dociera do celu. Co prawda łez szczęścia nie było, ale oczka nieco się zeszkliły – niby od wiatru:) Chwila odpoczynku, parę słit fotek na fejsa i pora na kolejny etap.
Szybko okazuje się, że w dół wcale nie oznacza łatwiej. Strome schody, spore kamienie i zmierzch, nie ułatwiają drogi. Kiedy zgasły ostatnie promienie słońca, nieudolnie zastąpiliśmy je czołówkami. Jestem już zmęczony, a nie jest to pierwsza góra w moim życiu. Z wielkim podziwem spoglądam na innych którzy z różnych powodów, wielu szlaków nie zaliczyli. Mimo tego nikt się nie pyta, kiedy wreszcie dojdziemy, ile jeszcze przed nami, kiedy to się skończy… Nauczeni brać życie takim jakie jest, dzielnie stawiają mu czoła. To właśnie w tym momencie doskonale widać, kto tak naprawdę jest słaby, komu szybciej wymykają się słowa – już nie mogę.
Jest ciemno, schody ciągle pojawiają się na naszym szlaku, wprawiając nas w zakłopotanie. Nikt nie ma odwagi powiedzieć, że to już ostatnie i potem będzie płasko.
Dzielna gromadka leśnych ludzików, zamykająca stawkę, postanowiła odpocząć. Po raz pierwszy padają słowa – boli mnie ….. Na szczęście mieliśmy ze sobą torbę szamana, a w niej magiczny sok z gumijagód 🙂 Nie wiedzieć czemu, ktoś postanowił wetrzeć go w bolące miejsce. Powstały dziwne teorie i spekulacje dotyczące powstania owego specyfiku, ale to już temat na kolejne kilka stron.
Nooo idziemy – padły słowa (wiemy kto:). Jak powiedziano, tak wykonano. Kilka kroków dalej, światła cyklopów natrafiły na smoka. Okazuje się że na tym krańcu świata towarzyszy nam salamandra. Pierwszy raz widzę to stworzonko. Rzuciliśmy się z aparatami niczym paparazzi na Paris Hilton. Ale smoczek nic z tego sobie nie robił, tylko dzielnie pozował do zdjęć, jakby doskonale wiedział że jest pod ochroną. Idziemy dalej, z malutką nadzieją że to już ten ostatni zakręt przed nami. W oddali widać jakieś dziwne światło. Zbliża się ku nam – czy to kometa….czy to samolot…czy to zbłąkany paralotniarz, nietoperz !? NIE, to Marcin biegnie nam na powitanie! Skaczące rytmicznie białe światełko, przemówiło:” No jesteście! Trochę się bałem. Nie wyobrażacie sobie, jak strasznie jest w lesie samemu” 🙂 No my to wiemy, dlatego idziemy w grupie:) To spotkanie, uświadomiło nam że jesteśmy naprawdę blisko. Tak też było. Po kilkunastu minutach, siedzieliśmy w autach.
W drodze do schroniska, rutynowa kontrola przez straż graniczną. Następnie bardzo ciekawe doświadczenie – pasące się w nocy – konie giganty. Nie wiem czy to zmęczenie, czy sztuczne światło naszych aut, ale większych koni nie widziałem, szczególnie w nocy na drodze. Koniec Świata, rządzi się swoimi prawami:)
Na miejscu, czekał na nas ostatni punkt wyprawy – urodziny! Wtajemniczeni w plan ludzikowie, nie mogli się doczekać tej chwili. Abstrahując od oczywistej przyjemności ze składania najserdeczniejszych życzeń urodzinowych, każdy na szlaku tak „na marginesie”, myślał o nagrodzie za ten trudny dzień – kawałeczek tortu:) Po części oficjalnej, nadal głównym tematem był zaliczony szczyt. Do śpiworów zapędziła nas jedynie, świadomość czekającej nas, męczącej drogi powrotnej 🙂
Jak nie trudno się domyślić, GPS jeszcze długo nie będzie w stanie poprawnie oceniać czasu polskich wojaży 🙂 We Wrocławiu, pojawiliśmy się również o 21.
Miliony godzin za kółkiem, tysiące potknięć, dym w oczy i przede wszystkim, dzielna i wygrana walka ze szlakiem – to synonimy TARNICY.

Pozdrawiam i do zobaczenia/usłyszenia na szlaku,

Sławek Zieliński

Granice istnieją tylko w naszych głowach

 

Tak często słyszę, że granice istnieją tylko w naszych głowach. Tak często i łatwo przyznaję temu stwierdzeniu rację. Częściej jednak przekonuję się o tym, że istotnie choć jest to prawda, jakże trudno w to uwierzyć bezgranicznie i zgodnie z tą maksymą żyć. Czasem walka z owymi granicami jest dla nas po prostu trudna, lecz zawsze możliwa.
Jakiś czas temu, w ostatni weekend września utwierdziłam się w przekonaniu, że ludzka determinacja i siła nie mają granic. A działo się to na czerwonym i niebieskim szlaku prowadzącym na bieszczadzki szczyt Tarnicę, która była kolejnym celem projektu „Razem na szczyty” . W sobotę rano grupa osób podjęła się zdobycia tego szczytu. I nic w tym nie byłoby niezwykłego, gdyby nie fakt, że grupa ta w dużej części złożona była z osób z najbardziej różnorodnymi dysfunkcjami, brakami, schorzeniami, które z pewnością każdemu z nas z osobna nie pozwoliłyby na zdobycie tego celu. Ale siła, samozaparcie i chęci oraz tzw. synergia sprawiły, że cel został osiągnięty. Byliśmy dla siebie nawzajem oczami, uszami, nogami. Dzieliliśmy się jedzeniem, wymienialiśmy uśmiechami i dobrym słowem, darzyliśmy wsparciem, a jak trzeba było służyliśmy ramieniem.
Trasa była długa i męcząca, skalista, wąska i kręta. Pogoda dopisywała umożliwiając podziwianie widoków, połaci lasów zmieniających barwę liści, nie szczędząc jednak deszczyku i zimnego wiatru. Nie zważając na przeszkody brnęliśmy to z góry to pod górę kontemplując naturę (bęc! śliski kamień). Od czasu do czasu zaryczał jeleń. Na sam koniec, gdy szczyt był w zasięgu ręki zabrakło mi sił. Pozostało wchodzenie na czworaka (pozdrawiam Cię Olu). I wreszcie okrzyki radości, meksykańska fala, tańce godowe i takie tam – szczyt jest nasz.
A teraz, jak już wleźliśmy to trzeba zleźć. A noc tuż tuż. Schodziliśmy długo, bardzo długo, walcząc z zimnem, ciemnością i bólem. Jak już byliśmy po wszystkim Adam, który szedł jako jedna z ostatnich osób (wraz ze mną) zwierzył mi się, że parę razy był bliski płaczu.

…tak się walczy naprawdę – do granic wytrzymałości!

Kończąc chciałam podziękować wszystkim, których miałam okazję poznać, wszystkim uczestnikom zdobywającym tego dnia Tarnicę w ramach projektu „razem na szczyty” za wolę walki, determinację, wsparcie. Dzięki za piękną lekcję miłości i wzajemnej pomocy, a zwłaszcza za lekcję jak należy zdobywać szczyty.

Relacja Ani Pietrasik

A co na to salamandra?

 

Są takie miejsca, które mają dla nas szczególne znacznie, w które wraca się jak do domu. Dla mnie, takim miejscem jest właśnie ten niewielki cypelek na samym dole mapy Polski, po lewej stronie…to takie góry, w których harcują Biesy i Czady. I niezły ubaw mają z turystów, którzy na bieszczadzkie połoniny się zapuszczają. A to czapkę z głowy stracą, a to głosem wilka zawyją, co by się człekowi skóra na grzbiecie się zmarszczyła. Wieczorami piwo z niedźwiedziami warzą, aż się nad lasami dym gęsto snuje. Ale bieszczadzkie diabły przede wszystkim taką moc mają, że nie pozwalają o swoich górach zapomnieć.

Moje Bieszczady to pierwsza górska przygoda, pierwsza miłość, szlaki zdeptane ciężkimi glanami, dźwięk gitary w „Bazie ludzi z mgły” i rozmowy przy dymku z Popularnego bez filtra z bieszczadzkim zakapiorem w Siekierezadzie, niejedne spalone skarpety przy ognisku, zagubione gdzieś w lesie retory do wypalania węgla drzewnego, w których pracują Ci, którzy chcą zapomnieć, a może się na nowo odnaleźć? To kirkuty i drewniane cerkwie. To porzucone bagnety i łuski po pociskach na stokach Chryszczatej i Gruszki, to zapomniane sady i omszone podmurówki domów, w których kiedyś, przed akcją Wisła ktoś mieszkał. To malarstwo Beksińskiego, drewniane diabły i madonny…

W trakcie wyjazdu z „Razem na szczyty” dotknęliśmy fragmentu Bieszczad. Tego najwyższego – Tarnicy. Chciałabym, żebyście jeszcze w Bieszczady wrócili i poznali je lepiej. Jeden dzień to stanowczo za mało.

Wiem, że dla niektórych z Was to nie był łatwy szczyt i tym bardziej jestem z Was dumna. Trasa była najdłuższa i najtrudniejsza z tych, po których do tej pory razem wędrowaliśmy. Na szlaku zastał nas zmrok, ale i to nie stanowiło problemu. Dlaczego nie wędrować przy pełni księżyca? Zaskoczona przez nas salamandra być może odpowiedziałaby stanowczym „nie”, ale nie będziemy pytać jej o zdanie. Przetrwaliście także deszczową noc w namiotach i chłód sali kominkowej przewrotnie nazwanej „Piekiełkiem”. Jak to mówią „co nas nie zabije to nas wzmocni”.

Czasem oczekujemy, że otrzymamy od życia coś innego, a tu los płata nam figla. Potem okazuje się, że to co otrzymaliśmy też jest dobre. Zupełnie jak z rosołem.

A było to tak:

Jedziemy w Bieszczady. Google maps pokazuje 6 godzin drogi. Z 6 godzin robi się 10. Wjeżdżamy do Pilzna. Pilzno w świecie słynie z placków po węgiersku. Zajeżdżamy więc do przydrożnego baru. Przy kasie rosyjscy turyści odbierają talerze rosołu. Na ich minach widać zaskoczenie. Ale to jest soup z kurica? Da – odpowiada kasjerka. Ale na pewno to jest soup z kurica? Niedowierzają spodziewając się otrzymać zamiast cienkiej polewki coś bardziej konkretnego.

Jest już wieczór gdy dojeżdżamy do Mucznego. Na miejscu spotykam Anię i Agę. Obie witają nas z uśmiechem. Jestem pewna, że to dziewczyny z ekipy Jaśka Meli. Wyglądają jakby znały się od lat. Dopiero po chwili orientuję się, że to nasze dwie, krakowskie świeżynki z Razem na szczyty. Poznały się rano. Powoli pojawia się coraz więcej twarzy nowych i tych już dobrze znanych. Dobrze Was znowu widzieć.

W sobotę dookoła namiotów ściele się mgła, świeci słońce, wchodzę w krzaki, łapię przez chwilę zasięg i odbieram zaległe SMSy. Cieszę się, że są jeszcze miejsca, w których możemy dla reszty świata być nieobecni.

Wjeżdżamy na Przełęcz Bukowską. To trasa zamknięta dla ruchu samochodów. Możemy wjechać dzięki uprzejmości dyrektora Bieszczadzkiego Parku Narodowego i trochę skrócić sobie drogę. Mijamy skwaszone miny turystów. Niejeden z nich wyraża głośno swoją irytację. „ To się wożą” – słyszę. Może gdyby wiedzieli, że wśród nas są osoby, które mogłyby sobie nie poradzić z tak długą trasą zareagowaliby inaczej? Ile razy sama oceniałam różne sytuacje po pozorach?

Ilekroć jestem na trasie Halicz – Tarnica czuję jakby mi rosły skrzydła. Jest w tej przestrzeni coś, co sprawia, że chciałby się pofrunąć. Idziemy sobie z Adamem. Rozmawiamy o ograniczeniach, o tym, że czasem bardzo chcemy coś zrobić, ale napotykamy furtkę pozornie nie do przejścia. I wtedy po prostu trzeba poszukać innej, która będzie otwarta albo zrobić podkop…ale na pewno nie można się poddać. Pozwalamy sobie na chwilę odpoczynku. Jest cicho. W lesie słychać pomrukiwanie jelenia. A może to tylko burczy w moim brzuchu?

Z chwili refleksji budzi mnie telefon od Marcina – „Gdzie jesteście?”. Rzeczywiście zamarudziliśmy trochę. „Wiesz – mówi – na przełęczy podszedł do nas starszy mężczyzna i powiedział, że miał już moment, w którym myślał, że siądzie na szlaku ze zmęczenia i nie pójdzie dalej i wtedy zobaczył nas. Pomyślał: Jeżeli oni mogą, to dlaczego nie ja? I powędrował dalej”.

Na siodle pod Tarnicą czeka na nas reszta ekipy. Jesteśmy już niemal wszyscy. Robimy pamiątkowe zdjęcie i ruszamy na szczyt. I znowu zdobyliśmy go razem 

Jest już przed jedenasta w nocy, gdy docieramy do miejsca noclegu. Padamy z nóg. Zaczepia mnie Przemek z pytaniem, czy będzie podsumowanie wyjazdu? Będzie – odpowiadam, choć najchętniej zaszyłabym się już w namiocie i poszła spać. Niedługo północ. Zbieramy się wszyscy w sali. I się zaczyna…najpierw otrzymujemy z Asią dyplomy za organizację projektu i wejście na Tarnicę, potem mamy do rozwiązania krzyżówki, których hasło jest wskazówką do odnalezienia skarbu. Musimy go odebrać złym skrzatom  Kiedy przychodzi chwila odpakowania paczki ze skarbem gasną światła. Wszyscy wstają. Wchodzi Tomek z największym tortem urodzinowym jaki kiedykolwiek dostałam. Jest dla mnie! Naprawdę! Dziękuję Wam za tą niespodziankę. Takich urodzin nigdy nie miałam. Do wielu niezapomnianych bieszczadzkich wspomnień dodaliście jeszcze jedno. Znowu zadziałała magia Bieszczad. Mam nadzieję, że nie tylko na mnie…

Magdalena Jarocka

Tarnica – galerie zdjęć

clash of clans unlimited resources hackhack clash of clans online Clash Of Clans Hack allows you to use our online gems generator to build up your stock of gems for free

 

Pierwsza galeria ze zdobywania Tarnicy autorstwa Basi:
Galeria Basi

Kolejna galeria od Agaty:
Galeria Agaty

I jeszcze jedna od Asi:
Galeria Asi

Poni?ej zdj?cia Ani Drobnej:

Z Pamiętnika Szturmowca

 

Dwa dni – dwa szczyty (Z Pamiętnika Szturmowca)

 

tekst: Asia Ł.

Obiektywnie czy subiektywnie? No jak? Jak napisać tę relację? Czy suchy opis zadowoli ewentualnego czytelnika? Czy zbytnie uzewnętrznianie siebie, i to w Internecie, jest bezpieczne?

Sucho być może byłoby łatwiej: „weszliśmy, zeszliśmy, koniec.” Ale odebrałoby indywidualność. A przecież nie chcemy (ja nie chcę!) zostać zepchnięta do roli anonimowej postaci, której emocje, myśli, marzenia pozostaną tylko w jej głowie.

Dość filozofowania, zacznijmy RELACJĘ.

A było tak…

… tak, to już trzeci raz, jak wyjeżdżam z projektem „Razem na szczyty”. Poprzednie dwa zaliczam do udanych, więc liczyłam, że i ten taki będzie. Było jedno „ale”, no tak, zawsze musi być jakieś „ale”. A tym moim nieszczęsnym „ale” jest to, że niestety często czuję się jak niepasujący fragment z układanki, który mimo wszystko próbuje się w nią wtopić.

Zbiórka wcześnie rano na dworcu we Wrocławiu. Będziemy jechać pociągiem. Poznaję organizatora Tomka oraz kilka innych osób, w tym jednego przedstawiciele innego gatunku.. Jedziemy. Prawie wszyscy w przedziale śpią, dzięki temu podróż jakoś szybciej upływa. Wysiadamy w Bielsku-Białej i tu witają nas uśmiechnięte twarze starych, jak i nowych znajomych. Tu przesiadka i przepakowanie, jedziemy dalej. Wysiadka. Czas ruszać w góry. Zaczyna się wędrówka, ochoczo podążamy na szczyt. Na szczęście pogoda dopisuje, humory też. Maszerujemy wesoło, nawzajem sobie pomagając, często zatrzymujemy się, aby coś przekąsić, czy podziwiać widoki. A jest co podziwiać! I tak z każdym krokiem zbliżamy się do celu.

I wreszcie jest. Skrzyczne. 1257 metrów wita nas mgliście, ale to nic, bo przecież tchnęliśmy w nie nowe oblicze, pokazując, że nie do końca sprawny też może i jak się okazało może wiele. Wieczorem ognisko, pieczenie kiełbasek i śpiewy, jeszcze później zabawa w przetrwanie, wreszcie do łóżek i regenerujący sen.

Niedziela. Wstajemy wcześnie rano, no i się zaczęło. Nasza pięcioosobowa „grupa szturmowa” (Roman, dwie Magdy, Marcin i ja) musi wyruszyć wcześnie, zaraz po śniadaniu. Idziemy zdobywać Czupal. Czas goni, deszcz leje. Myślę sobie: „W co ja się pakuję? Czy nie lepiej byłoby zostać z resztą i spokojnie zjechać wyciągiem?” E, tam, nie jestem mięczakiem, dam radę. Idę. Pogoda kiepska, trasa stroma, ścieżka śliska. Ale nie ma co marudzić, trzeba doprowadzić misję do końca. Schodzimy ze Skrzycznego i samochodem jedziemy pod Czupal, który już na nas czeka z, o dziwo, ładną pogodą. Mamy zapał, chęci i mapę. Uda się. Droga jest bardzo stroma, ale my niczym nie zrażeni maszerujemy wciąż i wciąż pod górę. Po półtorej godziny jest – szczyt. A my na nim. Jest stos kamieni, więc to musi być tu!

Jeszcze kilka pamiątkowych zdjęć, kilka westchnień, prób zapisania widoku w pamięci i czas schodzić. A schodzi się przyjemnie i z wielką satysfakcją.

Wracamy do Bielska-Białej, gdzie czekające na nas osoby witają nas brawami. Miły gest. No i tu niestety nastaje czas pożegnań i rozjazdów do domów. Lecz nie martwmy się, na pewno spotkamy się znowu.

Zawsze, kiedy jestem na podobnych wyjazdach, czuję, że jest fajnie, ale ja przez swoją dysfunkcję nie wykorzystuję całego tego potencjału. Jestem tak jakby poza tym, czuję jakby otaczała mnie niewidoczna bariera, odgradzająca od świata. Dlatego nigdy nie straciłam nadziei, która daje mi dużo siły i pozwala optymistycznie patrzeć w przyszłość. Może nie przez różowe okulary, ale przez pryzmat poczucia humoru. Wierzę, że będzie dobrze, bo w końcu musi być 🙂

Kończę tu swoje wywody, żeby nie smęcić 😉
DO ZOBACZENIA NA SZLAKU!

Skrzyczne – galerie zdjęć

 

Przesyłajcie swoje galerie zdjęć, zamieścimy tu do nich linki.

Jako pierwsza dotarła GALERIA BASI i dzięki tym zdjęciom mamy ładne „okładki” do wpisów z kolejnego udanego wyjazdu.

KOLEJNA GALERIA pochodzi z aparatu Ani Niewiadomskiej.

A poniżej zdjęcia, które przysłał nam Krzysiek Sokół:

Skrzyczne

 

SKRZYCZNE

 

Sobota 25.08.2012. O godzinie 6:15 obudził mnie dźwięk budzika. Pora się zwlec z łóżka, gdyż tego dnia mam zamiar przeżyć niesamowitą przygodę. Zdobyć Skrzyczne!!! O 7:15 podjeżdżają pod nasz dom Marcin i Magda i po załadowaniu się do auta ruszamy dalej. Po drodze zabieramy Anię i jedziemy przed siebie. Po dość długiej podróży dotarliśmy do Bielsko Białej. Tam spotkaliśmy się z resztą naszej niepokonanej ekipy, ponieważ większość bandy przyjechała pociągiem. Po krótkim odpoczynku po podróży udaliśmy się w dalszą drogę. Naszym celem był Szczyrk, bowiem z tamtego miejsca mieliśmy udać się już w stronę szczytu. Po krótkich ogłoszeniach szefa – Tomka D. powędrowaliśmy dalej.

Ruszyliśmy!!! A na przodzie kroczył Krzyś, za nim królik, Kiera, potem miś… na samym końcu Magda i ja. Idziemy, idziemy i idziemy, aż tu nagle bach – pierwszy upadek. Ale nic to, idziemy dalej. Podczas wędrowania Basia nasza Pani Przewodnik na postojach opowiadała nam o otaczających nas ze wszystkich stron górach małych i dużych, bliskich i tych trochę dalszych. Wędrujemy dalej. Nagle drugie bach i trzecie i czwarte i jeszcze kilka. Doszło do 11-stu i zostawiły mi one 2 dziury w spodniach, parę siniaków i otarć. Na całe szczęście obyło się bez kasku Dzika. Widoki były nieziemskiei towarzystwo nie byle jakie i to się liczyło, a nie jakieś tam siniaki. Po paru godzinach i paru przystankach doszliśmy WSZYSCY na szczyt.

W schronisku, gdy wszyscy się w nim zebraliśmy nasz kierownik Tomek poinformował nas o podziale pokoi i ich numerach, jak również przedstawił nam dalsze plany na resztę dnia.
•czas na ulokowanie się w pokojach, następnie
•czas na posiłek odpoczynek i…..
•rozliczenie się z kierownikiem (płatności za pobyt) no i wreszcie
•ognicho!!!

Płonie już ognisko i wszyscy zaczęli się do niego schodzić. Gdy już wszyscy zebrali się przy ogniu zaczęła się kiełbasiana uczta. Była wesoła atmosfera. Płonące ognisko, znośna pogoda i niesamowita grupa szczęśliwych ludzi. Do tego brak komarów – czego można więcej chcieć!!?? Wspólna zabawa w odgadywanie mrocznych tajemniczych historii, następnie śpiewy z gitarą. Ja natomiast podczas śpiewów wolałam podziwiać piękno gwiazd. Jakiś czas później po wspólnych śpiewach wszyscy wrócili do schroniska by tam dalej spędzać wspólnie czas. Ja poszłam szybciej spać gdyż byłam bardzo zmęczona.

Niedziela 26.08.2012. Następny dzień okazał się nie tak przyjazny jak poprzedni, ponieważ Skrzyczne otoczyła ze wszystkich stron wielka, gęsta mgła i na dodatek towarzyszył jej deszcz. Śniadanie zaplanowano na 8:00, gdyż było mało czasu. Pierwotny plan na niedzielę był taki, że wszyscy wspólnie mieliśmy jechać zdobywać Czupel, ale przez panujące wokół nas nieprzyjazne warunki pogodowe GTW – grupa trzymająca władzę postanowiła wyznaczyć grupę szturmową Czupla. Jej składu nie pamiętam. Ale zanim ona wyruszyła oczywiście nie obyło się bez sesji zdjęciowej. No żeby nie było że tam nie doszliśmy. No i najdzielniejsi wyruszyli a reszta czekała na wyciąg, ponieważ zejście na nogach nie byłoby łatwe. Wyciąg ruszył więc zaczęliśmy się zbierać. Jechaliśmy dwójkami w dół. Było mokro, zimno, mgliście i wietrznie ale wszyscy dali radę. Wyciąg był podzielony na dwie części, więc była mała przesiadka. Dojechaliśmy na miejsce – z powrotem do Szczyrku. Tam w małym barze czekaliśmy na busa, który miał nas zawieźć do Bielsko Białej. W trakcie czekania mieliśmy czas na odpoczynek, wypicie gorącej herbaty lub czegoś innego i ogrzanie się. Bus przyjechał, jedziemy dalej.

Jesteśmy na miejscu. Po wypakowaniu się ruszyliśmy zwiedzać miasto. Piękne miejsce. Rynek, kamienice odnowione jak i te jeszcze zniszczone. Nawet słońce zaświeciło!!! Była też okazja pójścia na Mszę Św. dla chętnych. Pozostali poszli gdzieś. Po mszy wybraliśmy się na spotkanie reszty. Spotkaliśmy się znowu w jakimś barze. Znowu jedzenie, picie i dyskusje. Po dłuższym czasie udaliśmy się powoli w stronę dworca. Nie musieliśmy się spieszyć, gdyż mieliśmy jeszcze wiele czasu do pociągu a jeszcze czekaliśmy na grupę szturmową. Zanim jednak doszliśmy piechotą na dworzec mieliśmy okazję pozwiedzać jeszcze trochę. Było ciekawie. Na dworcu znowu niektórzy się rozsiedli natomiast mnie nosiło. Ale nie poszalałam.

W końcu zdobywcy Czupla do nas dotarli. GRATULUJĘ. Zbliżała się 16:00 więc pora była do powrotu do domów. Nie lubię pożegnań, ale przecież to nie ostatni nasz wypad w dzikie góry!!!

Szczęśliwie wróciliśmy do domu. Dziękuję wszystkim i każdemu z osobna za okazaną mi pomoc.
Do następnego szczytu
Bogusia

Tekst: Bogusia Kobyłecka

Razem na Turbacz

 

„Góry moje wierchy moje otwórzcie swe ramiona” to fragment jednej z najpiękniejszych pieśni turystycznych – „Kiedy góral umiera”. 11 sierpnia ekipa projektu „Razem na szczyty” wyruszyła w ramiona Turbacza. Planując ten wypad chyba wszyscy nastawiali się na letnią wędrówkę, jednak dane nam były warunki jesienne. Góry jednak moją swój urok w każdych warunkach, choć nie udało nam się zobaczyć tatrzańskich szczytów, podobno widocznych z Turbacza przy dobrej pogodzie. To jednak tylko powód do powrotu na tę dostojną górę. Puntem startowym naszego wypadu był pensjonat Willa Jodła w Nowym Targu, potem udaliśmy się na górski szlak. Szlak mieszał się z drogą, która stanowi dojazd do schroniska i po długim leśnym odcinku doprowadził nas do bardziej odkrytych terenów. Następnie dotarliśmy do kaplicy papieskiej, przy której trwały przygotowania do niedzielnego Święta Gór. I wreszcie schronisko, gdzie można się osuszyć, odpocząć i zintegrować. A w niedziele rano punkt kulminacyjny – szczyt!!! Potem zwiedzanie muzeum znajdującego się przy schronisku i udział we mszy świętej z okazji Święta Gór. No i powrót na niziny, ale to na pewno nie jest ostatnie słowo naszej ekipy, niedługo wrócimy na szlak żeby udowadniać, że góry są dla każdego!

Tekst: Krzysztof Kurowski

Deszczowe Gorce

 

Tekst i zdjęcia: Kasia Sołtysik i Krzysiek Sokół

Sobota rano – pogoda bardziej barowa niż sprzyjająca pieszym wędrówkom. Mimo to pełni wiary w nagły zwrot pogodowej akcji wyruszamy z Sosnowca. Po dwóch godzinach mały przystanek na rozprostowanie kości na stacji benzynowej i jakże miła niespodzianka – z toalety wychodzą, trzymając się za ręce rozpromienieni: Marysia, Magda i Dziku. Tak właśnie poznaliśmy pierwszych (nie licząc naszych sympatycznych współtowarzyszek podróży: Basi i Magdy) z uczestników wyjazdu na Turbacz, których dotychczas widzieliśmy tylko na fotorelacjach z poprzednich wypraw.

Po przyjeździe pod pensjonat „Willa Jodła”, poznajemy się z resztą ekipy i niezrażeni brakiem poprawy aury wyruszamy na szlak. Droga na szczyt – szeroka na początku, powoli zwęża się, a padający deszcz przeistacza ją w mieszankę błota, kałuży i śliskich konarów drzew – dla każdego coś miłego. Jak się później okazało glina, jaką widzieliśmy na gorczańskim dukcie, może być świetnym materiałem na całkiem zgrabny posąg miłości, a także inspiracją dla artysty, który w twórczym uniesieniu ku podziwowi widzów zamienia eteryczną posągową kochankę w policjantkę ze spluwą.

Gorce nie rozpieszczały nas panoramą, nawet najbliższych polan, gdyż najwyraźniej akurat nie dogadały się z chmurami w tym dniu. Wiedzeni żółtym szlakiem i wyposażeni w kosmiczną energię drzemiącą w uczestnikach docieramy do Kaplicy Papieskiej, przy której pozwalamy sobie na chwilę odpoczynku. Strażacy przygotowują już przykapliczną polankę do niedzielnej mszy. Po krótkiej przerwie ruszamy dalej i przechodzimy obok pomnika upamiętniającego majora Józefa Kurasia „Ognia”, dowódcy Zgrupowania Partyzanckiego „Błyskawica” i jego żołnierzy. Jak się później okazało, w niedzielę dokonano uroczystego odsłonięcia pomnika.

Mkniemy raźnie do schroniska, gdzie po przebraniu mokrych ciuchów udajemy się na gorącą herbatę i ciepłe smakołyki, które po dawce tlenu, ruchu i satysfakcji, jaką sobie zaaplikowaliśmy wcześniej, smakują szczególnie dobrze. Nie mówiąc o tym, jaka to przyjemność spożywać posiłek w doborowym towarzystwie. Wieczorem panel rozrywkowo-edukacyjny i moc atrakcji – organizatorzy, dbając byśmy się nie nudzili i stawiając przed nami nie lada intelektualne wyzwania obmyślają grę „terenową” i zgadywanki, które świetnie nas integrują jako grupę i pozwalają także troszkę porywalizować w koleżeńskiej atmosferze. Zabawa staje się okazją, by poczuć się jak harcerz albo chociaż zuch, co szczególnie doceniają ci, co w harcerstwie nigdy nie byli, ale także wzbogaca nas o wiedzę na temat najciekawszych tytułów polskich czy też hoolywodzkich produkcji filmowych, a nawet przebojów estońskiego i bułgarskiego kina niszowego.

Rano po może krótkim, ale regenerującym spoczynku, posileni wspólnym śniadaniem wyruszamy i przypuszczamy atak na Turbacz. Po krótkim marszu dokonujemy dzieła – Razem jesteśmy Na Szczycie. Na twarzach jeszcze więcej uśmiechu, w sercach radość, a na plecach skrzydła. Jeszcze krótka (no może trochę dłuższa) sesja zdjęciowa, kilka chwil dla fotoreporterów i czas na odwrót. Przed nami jeszcze jeden punkt programu. Wracamy do schroniska po plecaki i udajemy się na mszę z okazji Święta Gór, która jest odprawiana nieprzerwanie od 31 lat. Później już tylko z górki na pazurki. Przy coraz silniejszych opadach deszczu dochodzimy do mety, zmoknięci, ale zadowoleni. U Gospodyni wspomnianej „Willi Jodła” chwilę się ogrzewamy i korzystamy z okazji, by zakupić kilka owczych serków na ząbek. Na koniec serdeczne pożegnanie i powrót, już każdy w swoją stronę. Fakt, do domu wróciliśmy, ale myśli nasze wciąż nawiedzają gorczańskie lasy. I naszych nowych znajomych, za których miłe towarzystwo niezmiernie dziękujemy! Pomogliście nam zatankować bak pozytywną energią do pełna. Do następnego razu!

Z górskimi pozdrowieniami
Kasia i Krzysiek