Dzięki Romkowi, który zmontował dla nas ten filmik, możemy sobie obejrzeć podsumowanie tego, czego dokonaliśmy w pierwszym roku istnienia projektu.
Dzięki Romkowi, który zmontował dla nas ten filmik, możemy sobie obejrzeć podsumowanie tego, czego dokonaliśmy w pierwszym roku istnienia projektu.
Dwa dni, dwa szczyty.
Jest już grudzień. Właśnie zaczął się sezon narciarski, a my postanowiliśmy to uczcić ten fakt zimową wyprawą.
W sobotę 8 grudnia zebraliśmy się na dworcu PKS, a raczej w poczekalni bo przecież to już prawie zima i są minusowe temperatury. Kiedy już wszyscy się odnaleźli ruszyliśmy ku przygodzie.
Dotarliśmy do Zieleńca. Ulokowaliśmy się w schronisku. Powoli zaczęła zjeżdżać się reszta ekipy. Po przepakowaniu plecaków i odprawie ruszyliśmy po szczyt. Szliśmy w mrozie w puszystym śniegu po wąskiej ścieżce, pod górę, pod błękitnym niebem, przy świecącym słońcu, z uśmiechami na gębach. Mijaliśmy kolejne zakręty, aż w końcu szczyt już tak blisko. Jest! Tak jest! Doszli wszyscy. Radości nie było końca. Jesteśmy wszyscy 😉 Oczywiście nie obyło się w tym niezwykłym momencie bez peperazzi. Uśmiech proszę – mówił samowyzwalacz. Ruszamy dalej, tym razem ku Masarykovej Chatce. Cali oblepieni śniegiem przecieramy szlak. Byle do przodu. Już pod ciemnym niebem doszliśmy do celu. Siąść, zjeść, w ciepłym miejscu wypić gorące napoje – to wszystko krążyło wszystkim w głowach. Odpoczynek triumfalny. Po napełnieniu brzuchów zebraliśmy się w drogę powrotną. Jechałam samochodem z Tomkiem, Anią i tatą Ani. Pozostali odważyli się zjechać na byle czym do schroniska niemalże pionowo w dół. Tym dzielnym chwała i cześć. Na dole, w schronisku przyszedł czas na herbatę, bułki i integrację. Oczywiście nie obyło się bez świętowania niedawnych urodzin Dzika (nie powiem ile skończył lat, bo jeszcze podpadnę i co będzie…?) Była tortowa pizza. Jeszcze wspólne oglądanie filmu i wpakowanie się w śpiworki lub otulenie się kołderkami poszliśmy spać.
Następny dzień zaczął się wcześnie, bo mieliśmy zamiar wejść na Jagodną. Ruszyliśmy w jej stronę. Zaczęliśmy wędrówkę z parkingu. Znów pod górę. Ale przecież to czysta przyjemność, więc wszyscy byli uśmiechnięci. Nogi same idą do przodu. Obudziłam się z celem zdobycia Jagodnej pierwsza. I jak postanowiłam, tak zrobiłam 😉 Choć wyobrażałam sobie ten szczyt zupełnie inaczej. Ale i tak był piękny. Kiedy wszyscy weszli zrobiliśmy zimowy piknik – kanapki, herbata znalazły się nawet słodycze. Po odpoczynku zaczęliśmy ewakuować w dół. Miałam miłą przyjemność iść z Agą K. Udało nam się zejść, a niektórym zjechać do schroniska. Na goorąącąąą heerbaatęę. Jedliśmy, piliśmy, gadaliśmy, śmialiśmy się nie wiadomo z czego. Kiedy mieliśmy pełne brzuchy przyszedł czas pożegnania, a tego nie lubię. Ale przecież przyjdzie też czas witania 🙂
Dziękuję wszystkim za okazaną mi pomoc. Wy już wiecie za co.
Dziękuję za pokazanie mi piękna zimowych gór w pełni ośnieżonych, cichych i wspaniałych.
Bogucha
Dawno nie pisa?am nic o zdobywaniu szczyt?w Korony g?r Polski. Nie dlatego, ?e nie zdobywa?am szczyt?w, ale dlatego, ?e jako? zabrak?o wtedy weny tw?rczej. Dzi? jednak mam wielk? ochot? napisa?, bo miniony weekend pod wzgl?dem zdobywania g?r by? dla mnie wyj?tkowy. Do tej pory zdobywali?my szczyty wiosn? i jesieni?, ale teraz jest zima.
Pocz?tkowo twierdzi?am, ?e nie wybior? si? na wyprawy zimowe, bo moje nogi nie radz? sobie ze ?lisk? powierzchni? w dolinach, a co dopiero w g?rach. C?? – my?l? sobie – trzeba odpu?ci? g?ry, a? do wiosny, pomimo pragnienia zobaczenia g?r zim?.
Pewnego dnia dosta?am maila od Asi, z pro?b? o wysy?anie zg?osze? na grudniow? wypraw?. Napisa?a, ?e w jej ocenie droga na Orlic? jest ?atwa. Czyta?am tego maila chyba kilka razy i mi co? w g?owie za?wita?o: A mo?e by jednak spr?bowa?? Potem by?o jeszcze troch? w?tpliwo?ci, ?e nie mam potrzebnego sprz?tu, ?e mo?e ?niegu b?dzie po kolana, albo ?lisko, co wtedy b?dzie? Ostatecznie, co zrobi?am? No jasne, ?e nie wytrzyma?am. Sprz?t skompletowa?am w tydzie?, zg?oszenie wys?a?am i pojecha?am, jak zwykle noc? i jak zwykle z nadziej?, ?e z ekip? Razem na szczyty si? uda.
Po dojechaniu kilkoma samochodami z Wroc?awia do Ziele?ca, przepakowaniu plecak?w i odpowiednim przygotowaniu do drogi, ruszamy na Orlic?. Droga ca?kiem szeroka, ?niegu sporo, ale bardzo dobrze si? idzie, pogoda wy?mienita, lepszej wymarzy? sobie nie mo?na. Idziemy grupkami w znakomitych nastrojach. Podziwiamy zimowy krajobraz g?r, choinki wszystkie, bez wyj?tku ubrane na bia?o. Wiadomo -w zimie czapki trzeba mie?, a, ?e s? one ze ?niegu to nie szkodzi – choinkom to nie przeszkadza. Inna sprawa, ?e te ?niegowe czapki sypi? si? nam za ko?nierze, kiedy trzeba przej?? pod choinkami, szturchaj?c je nieco. Ale… przecie? nam to te? nie przeszkadza – strzepujemy ?nieg z kurtki, wytrzepujemy z kaptura i dalej idziemy. Teraz do?? ostro pod g?r?, w?sk? ?cie?k?, a potem zakr?t. I nagle… bum. le??… – chyba za ostro wesz?am w zakr?t czy co? nie wiem, ale odkry?am, ?e w zimie w g?rach wcale nie musi by? ?lisko, a przewracanie si? (specjalne czy przypadkowe) nie boli, ani troch?, wszak jest to mi?kkie l?dowanie w ?niegu. Jeszcze par? krok?w i jest! Orlica (VRCHMEZI) 1084m n.p.m zdobyta! I to w zimie! Troch? si? nawet zdziwi?am, ?e jako? wcale bardzo trudno nie by?o i w miar? szybko, jak na moje nogi. To jednak tylko po?owa sukcesu, bo trzeba jeszcze zej??, a to wcale nie oznacza, ?e b?dzie ?atwiej. Zaplanowali?my odwiedzi? Czech?w w Masarykowej Chacie. Droga do tej chaty pocz?tkowo ca?kiem dobra, okaza?a si? bardzo d?uga i coraz trudniejsza do pokonania. Nogi zacz??y mi si? buntowa?, a? w ko?cu odm?wi?y wsp??pracy i zastrajkowa?y. C?? – nie chcia?am tego, ale sta?o si?. Trudno. Jak to dobrze, ?e RAZEM idziemy na szczyty. W tej sytuacji dowiedzia?am si? do czego potrzebne s? cztery r?ce i cztery nogi wolontariuszy w g?rach. Nie tylko do tego, aby prowadzi?, ale by d?onie po??czy?, zbudowa? krzese?ko i przenie?? ile trzeba (Ch?opaki, bardzo, dzi?kuj?!!!). Ostatnie metry do chaty sz?am z ekip?, ale ju? na w?asnych nogach. Weszli?my do chaty i… s?ysz? oklaski… Dla mnie to bardzo pi?kny i wzruszaj?cy gest, nie wiedzia?am co powiedzie?… Pomy?la?am…, ?e ta pomoc, ?yczliwo?? i wsparcie jest jak Bo?e Narodzenie… Nie szkodzi, ?e do?wiadczy?am go w samym ?rodku Adwentu. W og?le ten sobotni zimowy dzie? w g?rach obfitowa? w moje pi?kne i zaskakuj?ce odkrycia- np. takie, ?e niebo nie zawsze jest niebieskie, ale bywa pomara?czowe, fioletowe i czasami, cho? wtedy do?? blado, wida? na nim siedem kolor?w t?czy.
Po kr?tkim odpoczynku w Masarykowej Chacie czas na drog? powrotn? do Ziele?ca. Dzi?ki ?yczliwo?ci Tomka cz??? ekipy pojecha?a samochodem, a pozostali zjechali z g?rki wykorzystuj?c sanki, jab?uszka, worki z sianem. Tego wieczoru w schronisku czeka nas jeszcze niespodzianka. Urodziny Dzika by?y kilka dni przed wypraw?, ale ?wi?towa? razem z nami w g?rach. Zamiast tortu by?a pizza i nasze gromkie sto lat z najlepszymi ?yczeniami. Ogl?dali?my film z narciarskimi akrobacjami. Potem jeszcze kr?tkie og?oszenia szefowej wyprawy i pora spa?, bo w niedziel? zdobywamy kolejny szczyt – Jagodn?.
Pomimo sobotniej trudnej drogi powrotnej z Orlicy zdecydowa?am si? zdobywa? nast?pnego dnia drugi szczyt. Nogi troch? bola?y, ale posz?am – tzn. poszli?my znowu razem na szczyty. Po kilku godzinach drogi zdobyli?my Jagodn? (977m n.p.m). Kr?tki odpoczynek, kanapki, herbata no i schodzimy do schroniska. Czas podzi?kowa? i po?egna?. Ruszamy do Wroc?awia, a potem znowu nocnym autobusem do domu.
Ten weekend by? niezwyk?y. W sercu wci?? jeszcze wspomnienia i rado?? ze zdobycia dw?ch kolejnych szczyt?w (w sumie mam ju? ich 8). Wiem, ?e zdobywanie szczyt?w bywa trudne, mimo to wci?? kocham g?ry i ?piewam sobie cichutko s?owa us?yszanej kiedy? piosenki: „… g?r mi ma?o i trzeba mi wi?cej…, g?ry, g?ry i ci?gle mi nie do??…”
tekst: Ania Makowska
8 grudnia 2012, sobota, godzina 7.45, Wrocław, dworzec PKS. Banda pozytywnie zakręconych osób- tych pełnosprawnych i niepełnosprawnych jedzie w góry zdobywać kolejny szczyt z projektem „Razem na szczyty”.
Szybkie odliczanie, czy aby wszyscy są i w drogę. Każdy z uczestników ma już zaplanowane gdzie i czyim autem jedzie. Szkoda byłoby czasu na takie rzeczy na gorąco. Byleby szybciej w góry.
Jedziemy. W samochodzie ciepło. Radio działa poprawnie. W głębi duszy pewnie każdy zadaje sobie pytanie, jak będzie i czy wszystko się uda? Na razie jest dobrze, nawet bardzo dobrze. Na organizację nie można narzekać. Pogoda- prześliczna. Zimno, leży trochę śniegu, słońce świeci jasno. Niebo- przejrzyste, błękitne i prawie bezchmurne. Co jakiś czas widzę jak magicznie blikują kawałki lodu dzięki ostrym promieniom słońca.
Najpierw droga jest szeroka. Mijamy różne samochody. Osobowe, tiry, różne miasteczka i wioski. Swoją drogą to „ładnieje” trochę ta nasza Polska.
Potem już droga staje się węższa. Jest bardziej kręta i wyboista. Nagle zrobiło się więcej śniegu, a lasy iglaste, pagórki, widoki i klimaty informują, że jesteśmy coraz bliżej gór.
Wreszcie dojeżdżamy. Naszym pierwszym miejscem wypadowym i gdzie mamy zarezerwowany nocleg jest Zieleniec. Zieleniec jest największym ośrodkiem narciarskim w Kotlinie Kłodzkiej (jednym z większych w Sudetach). Jest dzielnicą Dusznik Zdroju. Leży na wysokości ok. 950 m. n. p. m. w paśmie Gór Orlickich. Panuje tam specyficzny mikroklimat (jedyny taki w Polsce) – zbliżony do alpejskiego.
Robimy szybkie przepakowanie plecaków, szybka herbata, ktoś pospiesznie pałaszuje jakąś bułkę i na szlak. Kawałek drogi można podjechać samochodem. Korzystam z tej szansy. Inni, dzielnie idą na piechotę. Wreszcie punkt wypadowy. Stamtąd można iść tylko wyżej. Naszym celem jest dziś Orlica. Orlica (niem. Hohe Menze lub Hohe Mense, czes. Vrchmezí, 1084 m n.p.m.) to najwyższy szczyt polskiej części Gór Orlickich i Sudetów Środkowych.
Wyruszamy na szlak. Pod nogami skrzypi śnieg. Dookoła las- morze drzew iglastych. Co pewien czas jakaś większa panorama widokowa. Jest też piękna pogoda- bezchmurna, przejrzysta i słoneczna. Taka „lampa”. I ludzie. Pełnosprawni, niepełnosprawni, niektórzy przyjechali z daleko, niektórzy mieszkają blisko, ale wszyscy tworzą wspaniałą i niepowtarzalną ekipę. Tej cudownej, różnorodnej, ale gdzie wszyscy są równi i gdzie podziały typu lepszy-gorszy nie istnieją, przyświeca wspólne hasło- RAZEM NA SZCZYTY.
Więc idziemy i tym razem, RAZEM…
Aż wreszcie jest. Dotarliśmy na górę. Kolejny szczyt z Korony Gór Polski zdobyty. Stąd już tylko droga w dół. Tylko… Plan był taki, żeby po zdobyciu Orlicy zejść innym szlakiem do schroniska po czeskiej stronie i stamtąd wrócić na piechotę, sankach, tudzież innych przyrządach do ślizgania do Zieleńca. I tu właśnie zaczęło być ciężko. Wejście na szczyt to tylko połowa sukcesu, trzeba jeszcze zejść. A statystycznie najwięcej różnych problemów zdarza się właśnie przy zejściu.
Droga do schroniska po czeskiej stronie to wręcz niekończąca się długa, nudna i szeroka ścieżka przeplatana licznymi zakrętami, a każdy z nich daje złudną nadzieję, że już zaraz będzie koniec i schronisko. Ale to zawsze jest tylko nadzieja, złudna nadzieja.
Jednak kiedy już wreszcie i w końcu tam doszliśmy, a ja z moimi zmęczonym nogami i lekkimi skurczami w prawym i lewym udzie (pierwszy raz od dawna byłem pieszo na takiej zimowej wycieczce) mogliśmy skosztować czeskich knedliczków, sera i napić się gorącej herbaty.
Swoją drogą to zawsze po takim większym wysiłku, takie niby trywialne i zwykłe potrawy smakują inaczej- lepiej. Ogólnie większość rzeczy postrzega się z innej perspektywy. Ale to temat na inne opowiadanie.
Po odpoczynku w schronisku, jedzeniu i piciu czekał nas ostatni etap- Zieleniec i nasza baza noclegowa. Kiedy tam dotarliśmy znów było szybkie mycie, przepakowanie i chwila relaksu, bo wkrótce mięliśmy spotkać się w stołówce na wspólne oglądanie filmu.
Ale tu trafił się bardzo miły i nieoczekiwany akcent. Okazało się, że Dziku miał nie dawno urodziny. My więc, jako ekipa Razem na szczyty, zatroszczyliśmy się, aby i od nas dostał tort. Tort w warunkach polowych to cztery pizze z włożonymi na środek świeczkami. Reszta (że to wspaniały, wielki i pyszny tort) zależało od wyobraźni. Po tej „części oficjalnej” i odśpiewaniu „Sto lat”, przyszedł czas na wspólne oglądanie filmu- komedii „Zgon na pogrzebie”. Nie będę tu opisywał teraz filmu, ale szczerze i wszystkim POLECAM.
Po filmie- do łóżek i spać. Jutro rano przed siódmą pobudka. Szybka toaleta, jakieś śniadanie i znowu w góry. Tym razem naszym celem była Jagodna. Jagodna jest najwyższym wzniesieniem w Górach Bystrzyckich. Dziwne, ale mimo to że droga tam i z powrotem była o połowę dłuższa, poszło nam jakby lepiej i sprawniej. Około 11. dzielna ekipa Razem na szczyty zdobyła kolejny z zaplanowanych szczytów. Pogoda była również fantastyczna, atmosfera i klimat również.
Na dole w schronisku jakiś obiad, szybkie rozparcelowanie kto i z kim jedzie samochodem, pożegnania i to tyle.
Tak kończy się kolejny weekend i kolejny etap projektu Razem na szczyty. Tak pisze się dalsza część magicznej i fajnej historii o fajnych ludziach i którzy robią razem coś fajnego…
tekst: Bartek Michalak
Drugiego dnia zdobyliśmy najwyższy szczyt Gór Bystrzyckich – Jagodną. Znów mieliśmy szczęście do pogody. Na szczycie stanęliśmy w komplecie.
Tu będzie wpis do galerii ale teraz nie mam siły i jeszcze zrobiłbym błąd ortograficzny.
W każdym razie ponieważ przez najbliższy tydzień mogę nie mieć okazji do zamieszczania materiałów na stronie chciałem się z Wami podzielić chociaż paroma zdjęciami. Nie wszystkich uchwyciłem ale pewnie odnajdziecie się na zdjęciach z innych aparatów.
Dziku
ps. Boguchna dzięki za zrobienie zdjęcia mojego pyska.
Edit (12.12.12) – Tu Dziku, miałem napisać w niedzielę, że było zimno, mało snu, dużo wysiłku i że więcej nie jadę. No ale teraz tak sobie myślę, że to był naprawdę ważny i niezwykle udany wyjazd. No bo zimą? W śniegu? W mrozie? I to dwa szczyty? Szacunek dla wszystkich!
Zapraszamy do obejrzenia filmiku z Izerów autorstwa Romka Drobniaka:
tekst: Agnieszka Szydziak
Tak w sumie to nie chciałam niczego pisać, ale ten weekendowy wypad w góry był dla mnie jak na razie najlepszy z najlepszych. Na samym początku gdy wstałam z łóżka, a potem do wyjścia z samochodu taty, spotkaniu się z prawie wszystkimi na dworcu PKS i przesiadki do samochodu Mariolki nie wiedziałam jeszcze co mnie czeka. Kiedy wyruszyliśmy w dalszą podróż prawie od razu zasnęłam więc nie wiem co się działo w trakcie podróży tam gdzie zmierzałyśmy – do Gościńskiej Leśniczówce. Gdy wszyscy się już tam znaleźli przygoda się zaczęła!!!!
Zostawiliśmy wielkie plecaki w Leśniczówce, zabraliśmy mniejsze z czekoladami i zimnym piciem. (przynajmniej ja nie wiem jak reszta). Wyruszyliśmy w stronę SZCZYTU. Ja oczywiście musiałam zacząć wdrapywanie się zaliczając od pierwszej gleby!! Ale taki jeden upadek nie zniechęcił mnie i ruszyliśmy dalej. Idziemy razem jeszcze zwartą grupą i oczywiście pełni optymizmu i z uśmiechami na twarzach, byle do przodu. A za nami Sławek z Kajfą na dwuosobowym rowerze. Gdy byli już koło nas Sławek zmienił towarzysza i zostawił nas w tyle. Idziemy dalej. Cała nasza ekipa jak zawsze to bywa podzieliła się na podgrupki. Jestem dumna z mojej Mery, która przez większy odcinek szła sama bez kul i to jeszcze pod górę. To dopiero mistrzostwo! Ja jak zawsze szłam w jednej z ostatnich grupek. Skończyło się przyjemne wędrowanie, pojawiły się dziury me ulubione inaczej. Po kilku potknięciach i upadkach, zdobyciu siniaków, jak również otarć na lewym łokciu, postanowiłam trzymać się blisko Tomka i Kiery. Kiedy zdarzył się kolejne łubu du. Wice szef skutecznie po konsultacjach zajął się mym otarciem, ale nie było tak strasznie. Poszliśmy dalej po drodze dużo się dowiedziałam o mijających nas pociętych drzewach. Doszło już do 9-tego upadku, ale nic tam idziemy dalej. Szła z nami Kiera i Noa. Miałam nadzieję, że się polubią, ale nie zapowiadało się na to. Nagle te dwa bardzo fajne pieski postanowiły wkroczyć na ścieżkę wojenną. Ja nie chcąc z nią mieć nic wspólnego postanowiłam odsunąć się trochę. Niestety coś mi nie poszło bo obracając się zaczepiłam się o kogoś i bardzo skutecznie przewróciłam się i zaczęłam się turlać na dół. Poczułam mokro i zimo gdyż jak nic musiałam wpaść do strumyka!!! To był 10-ty upadek. Nie mam pojęcia dlaczego to ja zawsze mam najwięcej siniaków, a jeszcze bardziej nie wiem dlaczego z tych wszystkich nieprzyjemnych zdarzeń zawsze wychodzę cała??? I nawet kiedy wpadam do bardzo zimnego i mokrego strumyka?? Po interwencji paru osób udało mi się wygrzebać z powrotem do góry. Cała mokra, z kałużami w butach przy pomocy innych poszłam w stronę słońca. Kiedy usiadłam w słońcu większość mych obecnych towarzyszy poszło dalej, a kilka osób zostało ze mną. Wice szef Tomek był taki miły, że zszedł do Leśniczówki po mój plecak z suchymi ubraniami. Na całe szczęście wzięłam ze sobą drugą parę spodni bo bez nich byłoby krucho. Gdy czekaliśmy na Tomka przejeżdżała koło nas straż graniczna. Panowie byli tak zainteresowani tym co się dzieje, że wszyscy wysiedli pytając czy nie potrzebujemy pomocy, ale grzecznie podziękowaliśmy i sobie pojechali. Czekamy i czekamy dobrze że świeciło słońce było ciepło. Po dość dłuższym czasie Tomek przyjechał autem. Przywiózł mój plecak 😉 Po przebraniu się w suche ubrania Tomek dowiózł mnie aż do kopalni. Niestety moje buty bardzo ucierpiały więc musiałam się zadowolić klapkami. Przy kopalni wysiedliśmy. Po lewej i po prawej stronie drogi były wielkie przepaście. Było na co i patrzeć. Niestety nie wiem jak było na samym dole bo krawędzie były nie pewne ale widoki były nieziemskie:) Idąc w klapkach po dziurach i błocie doszłam na sam szczyt. Choć nie zrobiłam tego sama, sama bym zginęła gdzieś w połowie. Zrobiliśmy kilka zdjęć na szczycie, żeby nie było, że nie dałam rady. Otóż dałam i mam na to świadków, że da się i klapkach wejść na Wysoką Kopę i z niej zejść. Zeszliśmy do kopalni. Tomek autem zawiózł mnie, Anię i jej tatę do Leśniczówki.
Tam już była Kajfa i Sławek bo zjechali pierwsi rowerem i już powoli zaczęli robić obiado-kolację. Ja również się włączyłam w szykowanie. Umyłam garnki na makaron i wlałam do nich wodę, a potem czekałam na tarcie pietruszki. Za chwilę reszta wycieczki zaczęła się schodzić. Kiedy wszyscy byli już z nami jeszcze trochę musieliśmy poczekać na ten ciepły posiłek, w tym czasie kiedy już wybaczyłam Kierze, że przyczyniła się do mojej kąpieli, za pozwoleniem zdobyłam dla niej mięcho w tajemnicy przed wszystkimi. To było zadanie bojowe, ale kiedy był już gotowy ciepły posiłek i nakryty stół, można było zacząć ucztę. Kiedy wszystkie brzuchy zostały napełnione i można było zacząć zabawę w karaoke, wszyscy dobrze się bawili. Tak myślę bo zabawa skończyła się chyba grubo po 1-wszej w nocy.
Ranek zaczął się wcześnie bo śniadanie zostało zaplanowane na 8:30. Tomek i Mariolka zrobili pyszną jajecznicę, która wszystkim smakowała. Natomiast byli dzielni ci, którzy po jajecznicy postanowili odważyli się zjeść jeszcze wczorajszą kolację. Gdy znowu wszyscy byli najedzeni zaczęło się wielkie sprzątanie i pakowanie. Oprócz powrotu do domów mieliśmy jeszcze zwiedzić wodospad. Trzeba było do niego dojść, znowu pod górę, i na całe szczęście już w butach, a nie w klapkach. Przy wodospadzie nie obyło się bez sesji zdjęciowej. I ruszyliśmy w drogę powrotną do parkingu gdzie zostały samochody i motor Sławka. Zbliżał się ten czas, którego nie lubię – pożegnania. Ruszyłyśmy do Wrocławia. Nie wiem co się działo w drodze bo całą przespałam. Ja lubię spać. Jak się obudziłam, to byłyśmy już na dworcu PKS Wrocław. Szybkie uściski i ja z Maryśką ruszyliśmy do domu.
Dziękuję wszystkim i każdemu z osobna za okazaną mi i innym wszelkiej pomocy. WIELKIE DZIĘKI !:)
Do zobaczenia na następnym szlaku.
Bogucha
Po prawej stronie znajdziecie kolejne terminy wyjazdów! Wprawdzie w sezonie zimowym planowaliśmy zrobić przerwę, ale wyszło inaczej. Bardzo się z tego powodu cieszymy, ponieważ góry w zimie są wyjątkowo piękne. Warto więc, byście założyli sweterki, czapy i ciepłe gacie i ruszyli razem z nami na przysypane śniegiem szlaki.
Pozdrawiam serdecznie
Dziku