Wiosenna Ślęża

20 marca 2016 ekipa Razem na Szczyty zdobyła Ślężę:-)Jeśli ktoś myślał że wejście na Ślężę to bułka z masłem to się grubo mylił 🙂 Ale udało się! Po potokach, skałach, śniegu i zagubionymi ścieżkami weszliśmy na szczyt!

20160319_151517 20160319_160519

20160319_111558 20160319_113411 20160319_134924 20160319_140520

link do zdjęć:

https://goo.gl/photos/U2tnjTuA1nYN2Vyk9

 

 

„Wspomnienie tego wieczoru sprawia, że za każdym razem się uśmiecham” – relacja Ani B. z Wielkiej Sowy

 

Wspomnienie magicznej krainy Sowy.

Chcę podzielić się moimi wspomnieniami i doświadczeniami, które zdobyłam dzięki Projektowi NIEPEŁNOSPRAWNI W GÓRACH –  RAZEM NA SZCZYTY  Fundacji Poza Horyzonty. Była to moja pierwsza i jakże wyczekiwana wyprawa od dłuższego czasu. Wcześniej ze względu na moje długie problemy zdrowotne nie mogłam sobie pozwolić na zbyt wiele. A tu taka wspaniała pierwsza przygoda!

Cieszyłam się bardzo na ten wyjazd, zwłaszcza nie mogąc doczekać się poznania nowych osób. Przyznaję, że kiedy wybieram się z zupełnie nową grupą, nie wiedząc kogo mogę spotkać jestem bardzo podekscytowana. Jednak zawsze oczekuję najlepszego. I tym razem się nie zawiodłam. We Wrocławiu na Dworcu Głównym czekała na mnie grupka młodych, uśmiechniętych i pozytywnie nastawionych osób.Zaskoczyła mnie świetna organizacja. Wyruszyliśmy porannym pociągiem w kierunku Wałbrzycha. W Wałbrzychu już czekał wynajęty bus. Nim wyruszyliśmy w kierunku przełęczy Sokolej. Sama podróż odbyła się bez najmniejszego opóźnienia, czy stresu. Dziękuję Wam dziewczyny za świetne przygotowanie!

Doceniłam jak inna jest zima w górach. Na miejscu przywitały nas piękne okryte śniegiem widoki, białe drzewa, pola i drogi. Mogliśmy delektować się zmieniającymi się krajobrazami. Cudowna, biała zima! Śnieżna i magiczna! Zachwycająca! Ostatni odcinek naszej drogi pokonaliśmy pieszo. Jeśli komuś wcześniej było zimno, to na pewno miał wówczas okazję rozgrzać się idąc pod górkę z plecakiem. Mogę chyba też przyznać, że dla mnie osobiście był to zdany wstępny test z mojej kondycji 🙂 Dotarliśmy do naszego miejsca noclegu, schroniska Orzeł. Tu odczekaliśmy na przybycie ostatnich osób, po czym zostaliśmy przydzieleni do naszych pokoi. Nie mogę nie wspomnieć, że poznałam tyle nowych, uśmiechniętych i miłych osób. Dziękuję wam za przyjazną atmosferę 🙂

Razem zdobywamy szczyt Wielkiej Sowy! Idąc wąską ścieżką pośród zasp i wspaniałej leśnej roślinności cieszyliśmy się każdą chwilą, rozmawiając i żartując. Miło było patrzeć na tak zgraną ekipę. Cała wędrówka zajęła nam około 3 godziny, przybycie na miejsce uwieczniliśmy pamiątkowymi zdjęciami, gorącą herbatą i kanapkami. Niestety niektórzy zdążyli zmarznąć także szybko wyruszyliśmy w drogę powrotną. W schronisku czekała na nas gorąca, tradycyjna polska obiadokolacja. Nie do opisania jest jak smakowała pachnąca zupa grzybowa, pierogi, czy schabowy.

I jeszcze wieczór nie miał się zakończyć. Właściwie ta część programu przyniosła nam najwięcej uciechy. Wspaniałym ukoronowaniem dnia okazała się zabawa karnawałowa z naprawdę zabawnymi przebraniami i niesamowitymi kreacjami. Wspomnienie tego wieczoru sprawia, że za każdym razem się uśmiecham. Świetnie się bawiliśmy podczas gier oraz tańców. Wszyscy uczestnicy byli wyjątkowo kreatywni, a każdy miał inny pomysł na siebie. Naprawdę warto było pojechać! Wróciłam do Wrocławia, przyznaję, bardzo zmęczona. Jednak warto zdobywać szczyty, bo to w pozytywny sposób ładuje nasze życiowe baterie. Tego właśnie doświadczyłam w magicznej krainie Sowy 🙂

Do zobaczenia wkrótce!

Ania B.

12573867_10153369918258575_6015572764223297778_n IMG_7993 (Kopiowanie) IMG_8050 (Kopiowanie) IMG_8077 (Kopiowanie) IMG_8208 (Kopiowanie)

Nietypowy sobotni poranek… – relacja Ani z wyprawy na Wielką Sowę

Po całym tygodniu pracy sobotnie poranki bywają zazwyczaj leniwe. Ten jednak był dość nietypowy – godzina 6 rano i dworzec we Wrocławiu. Po całej nocy jazdy, popijając pierwszą tego dnia kawę, obserwowałam tłum. Z minuty na minutę na Dworcu robiło się coraz tłoczniej, a ja wypatrywałam osób, z którymi miałam jechać jako wolontariusz na swój pierwszy wyjazd projektu RAZEM NA SZCZYTY. W końcu zadzwonił telefon – są! No to jedziemy w Góry Sowie!

Jadąc samochodem z Wrocławia do schroniska górskiego „Orzeł” byliśmy świadkami, jak z każdym kilometrem przybywało śniegu. Gdy dojechaliśmy na miejsce okazało się ono bajką! Zima zaczarowała Góry Sowie pięknym, skrzypiącym pod nogami śniegiem. Tylko jak my teraz w tym śniegu i z wypchanymi plecakami wniesiemy pod tą stromą górę wszystkie soki z bagażnika, które Waldek przywiózł razem z nami samochodem? Na pomoc przyszła nam na szczęście część ekipy, która do schroniska przyjechała dużo przed nami. Każdy dostał przydział adekwatny do swoich możliwości i ruszyliśmy do góry.Na miejscu w schronisku poznałam pozostałą część uczestników wyjazdu. Serdeczne uściski, przywitania, uśmiechy na twarzach oraz malujący się wyraz wyczekiwania do wyjścia w góry. A za oknem śnieg sypał coraz bardziej…zima nam nie szczędziła śniegu!

​Gdy wszyscy już dojechali (a zebranie 30 osób w jednym miejscu i czasie z rożnych rejonów Polski jest nie lada wyzwaniem – brawa dla Ani i Marty za organizację!) i przepakowali bagaże, ruszyliśmy na zimowe „zdobycie” najwyższego szczytu Gór Sowich – Wielkiej Sowy.
Prawie 8 kilometrowy spacer upłynął w przesympatycznej atmosferze! Rozmowy, śmiechy, śnieżne zabawy, zdjęcia. A wszystko to umilone zimowo-bajecznym krajobrazem. No i najważniejsze, wszyscy dotarliśmy do celu naszego weekendowego spaceru – pod samą wieżę widokową na Wielkiej Sowie.

Wieczorem, po powrocie do schroniska, zaczęliśmy się szykować na…zabawę karnawałową! Tak, oczywiście, że przebieraną! Cóż to byłby za wyjazd w okresie karnawału, bez przebieranek!I tak oto kijki, sutptuty, rękawice i kurtki musiały ustąpić miejsca sukience Myszki Minnie, warkoczom Pippi Langstrump, kapeluszom czarownic, pszczelim skrzydełkom, czerwonemu kapturkowi i wielu wielu innym pomysłowym przebraniom. Tańce, zabawy… co tam się działo to  aż ciężko opisać:-)

​
​Wymęczeni karnawałowym szaleństwem, niedzielę spędziliśmy na spokojnym zwiedzaniu Sztolni Walimskich. Wyposażeni w kaski staraliśmy się poznać historię podziemnego kompleksu „Rzeczka”, który jest pozostałością po jednym z najbardziej tajemniczych przedsięwzięć górniczych i budowlanych z czasów II Wojny Światowej.

Żal było wyjeżdżać i zostawiać te piękne krajobrazy, ale przede wszystkim żal było rozstawać się ze wspaniałymi ludźmi budującymi i uczestniczącymi w projekcie RAZEM NA SZCZYTY. Jestem dumna, że mogłam razem z Wami zdobyć kolejny punkt na mapie gór Polski. Dziękuję i czekam z utęsknieniem na kolejny wyjazd!

AW
​IMG_8034 (Kopiowanie)IMG_8213 (Kopiowanie)DSC00615 (2)DSC00695 (2)

Zimowa bajka! – spotkanie z Wielką Sową

23 stycznia brnąc śnieżnym traktem świerkowego boru ekipa RNS zdobyła  kolejny szczyt – Wielką Sowę . To była bajka bo zima tego dnia zdążyła zaczarować wszystkich….jak?…

oto linki do zdjęć Łukasza:

 

https://www.dropbox.com/sh/2l8bc7pn67n8hv7/AAB1L9Xq33wY7g8Qdq7vEksHa?dl=0

i Waldka

https://www.dropbox.com/sh/bwfezq70intve30/AAAfGkBkkZvc5oEfTHyMe_AMa?dl=0

12573216_995203030525311_2488916234187455215_n12642631_1211199222241809_4888252828699684466_n12631440_737849576350000_1576025034730612101_n

„Niepełnosprawni na szczytach – góry dla każdego”

Zapraszamy do lektury artykułu, naszej koleżanki Olgi Cehak.

http://www.goryonline.com/niepelnosprawni-na-szczytach—gory-dla-kazdego,2006571,i.html

NIEPEŁNOSPRAWNI NA SZCZYTACH – GÓRY DLA KAŻDEGO

Każda wyprawa w góry to dla turysty próba charakteru. Wszak wymagają one od nas pokonania własnych słabości, odwagi, pokory, wytrwałości i umiejętności ponoszenia konsekwencji własnych decyzji. Góry bywają kapryśne, zmienne, niedostępne i pełne niespodzianek. Ale są też urzekająco piękne. Zapewniają nam nie tylko zapierające dech w piersi widoki, ale także niezapomniane wspomnienia i niemal metafizyczne przeżycia.
Mimo wszystkich czyhających na szlakach niespodzianek w góry może wybrać się naprawdę każdy. Nawet w te najwyższe. Piotr Pogon, Łukasz Żelechowski, Paweł Urbański, Jerzy Truchanowicz, Krzysztof Gardaś, Ilona Kwarta – to nazwiska tylko kilku osób, które mimo rozmaitych problemów zdrowotnych i niepełnosprawności z powodzeniem zdobywają górskie szczyty, nierzadko bardzo trudne technicznie i wymagające niemałych umiejętności. Warto w tym miejscu wspomnieć także o Jaśku Meli, zdobywcy obu biegunów, podróżniku i założycielu fundacji „Poza Horyzonty”. Bo właśnie w ramach tej organizacji realizowany jest projekt „Niepełnosprawni w górach – Razem na szczyty”, największa w Polsce inicjatywa górska poświęcona osobom niepełnosprawnym ruchowo i sensorycznie. Potrzebna z resztą nie tylko niepełnosprawnym, ale także, a może nawet przede wszystkim, zdrowym turystom. Dlaczego?
Większość z nas osoby niepełnosprawne postrzega tylko w jednym wymiarze – przez pryzmat ich ograniczeń i problemów. Często uważamy, że pewne dziedziny życia są dla niech niedostępne, że są rzeczy i sytuacje, z którymi sobie nie poradzą. Czasami niecierpliwimy się i denerwujemy kiedy pewne rzeczy robią wolniej lub inaczej. Dlatego też często największą barierą do pokonania, zarówno dla uczestników, jak i wolontariuszy, jest zmiana myślenia. Bo to, że ktoś porusza się o kulach, nie ma ręki lub jest niewidomy wcale nie czyni z niego kogoś mniej wartościowego. Oczywiście osoby niepełnosprawne muszą się w górach zmierzyć z wieloma problemami. Przeszkody terenowe takie jak strome podejścia i zejścia, oblodzenie, śliskie kamienie, czy wąskie ścieżki oraz trudne warunki pogodowe, można jednak, samemu lub z pomocą przyjaciół, pokonać. Znacznie gorzej kiedy spotykają się z niezrozumieniem czy wręcz wrogością ze strony sprawnych turystów. A te niestety się zdarzają. Problemem są także nieprzystosowane do potrzeb niepełnosprawnych schroniska i miejsca noclegowe. Stąd pomysł na inicjatywę, która ma pomóc pokonać tego typu przeszkody.
Pierwsza edycja projektu ruszyła w 2012 roku. Choć początkowo obawiano się, że akcja nie spotka się z większym zainteresowaniem, wzięło w niej udział ponad 300 osób, uczestników i wolontariuszy, którzy wspólnymi siłami zdobyli Koronę Gór Polski – najwyższe szczyty każdego z 28 pasm gór Polski. Kiedy 28 czerwca 2014 roku ekipie projektu „Razem na szczyty” udało się zdobyć Rysy (2499 m n.p.m.) zrobiło się o nich naprawdę głośno. I szybko stało się jasne, że to jeszcze nie koniec wspólnych wędrówek. Drugą edycję projektu zapoczątkowało zdobycie Skalnika (945 m n.p.m) w kwietniu 2015 roku. Do tej pory udało się wejść na 8 kolejnych szczytów. Na swoją kolej czekają już następne, a i zapału i chęci nikomu nie brakuje.
Projekt „Razem na szczyty” ma za zadanie uświadomić osobom z różnego rodzaju niepełnosprawnościami, że wcale nie muszą siedzieć w domu. Że mogą spełniać marzenia, realizować swoje pasje i zdobywać kolejne, nie tylko górskie, szczyty. Pomaga również zrozumieć, że niepełnosprawni mają pełne prawo by, mimo pewnych ograniczeń, żyć jak inni. Dla wszystkich natomiast, w tym także wolontariuszy, jest także kolejną możliwością rozwoju, czy pomocą w zawarciu nowych, interesujących znajomości. Wśród uczestników znajdują się nie tylko podopieczni Fundacji “Poza Horyzonty”, ale także niepełnosprawni z całej Polski, pragnący wyruszyć w góry.
Projekt „Razem na szczyty” to także szansa dla osób, które chcą pomagać innym. Już samo zaangażowanie w wolontariat i wędrówka po górach z niepełnosprawnymi uczy niesamowitej pokory i otwiera oczy na wiele spraw i rzeczywistości, o których wcześniej nawet nie mieli oni pojęcia. Te wyprawy rozwijają empatię, pozwalają spojrzeć na świat z innej perspektywy, uczą nowych umiejętności. A przede wszystkim pozwalają zrozumieć, że do osiągnięcia celu potrzebna jest przede wszystkim determinacja. Bo skoro oni potrafią przełamać swoje bariery, to dlaczego my mamy nie umieć?
Dodatkowym efektem projektu jest również wydanie pierwszego w Polsce przewodnika górskiego dedykowanego osobom z niepełnosprawnościami. Jego współautorami będą uczestnicy pierwszej edycji projektu. Będzie on więc oparty na doświadczeniach wyniesionych ze wspólnych wędrówek, a co za tym idzie pełen pomocnych rad, pomysłów na trasy, a także rozwiązań problemów, z którymi uczestnicy i wolontariusze musieli zmierzyć się na górskich szlakach. Jego zadaniem jest umożliwienie osobom z różnego rodzaju niepełnosprawnościami wybrania celu wyprawy tak, by był on jak najlepiej dopasowany do ich indywidualnych możliwości, aktywizacja osób niepełnosprawnych i ich rodzin, a przede wszystkim zarażanie górską pasją jak największej liczby osób.
Góry dają nam wolność oraz swobodę o jakich próżno marzyć w mieście. Są wspaniałym sprawdzianem dla przyjaźni i wzajemnych relacji, pomagają nam odkryć prawdę o sobie i drugim człowieku. Nic więc dziwnego, że każdy kto choć przez chwilę posmakował ich uroku chce tam wracać jak najczęściej. Może więc warto zaangażować się w pomoc tym, którzy z różnych powodów nie mogą ruszyć na szlak samotnie? Pokazać piękno gór jak największej liczbie osób, przeżyć niezwykłą przygodę i równocześnie nawiązać nowe przyjaźnie? Bo to wszystko oferuje projekt „Razem na Szczyty”.

Olga Cehak

prt

 

Podziękowania dla Biura Turystycznego Piotrek-Tour z Wrocławia

Podczas wyjazdu na Biskupią Kopę uczestnicy mieli okazję wybijać rytmy swych gorących serc w trakcie zorganizowanych energetycznych warsztatów bębniarskich,  zasponsorowanych dla nas przez Piotra Zubrzyckiego, właściciela Biura Turystycznego Piotrek – Tour z Wrocławia. (www.piotrek-tour.pl). Dziękujemy bardzo!!!:-)))

wycieczki-szkolne-piotrek-tour-wroclaw

 

DSC_7748 DSC_7750 DSC_7754 DSC_7758 DSC_7762

„Żal było wyjeżdżać…”- relacja Angeliki z Biskupiej Kopy

Już po raz szósty w sobotni poranek miałam ten sam dylemat: zostać w wygodnym i ciepłym łóżeczku, pozostając w objęciach Morfeusza czy też wstać skoro świt, zarzucić spakowany od kilku dni plecak i….. wyruszyć  z uczestnikami i wolontariuszami projektu RAZEM NA SZCZYTY, w góry. I po raz kolejny podjęłam bardzo dobrą decyzję Pogoda aż zachęcała do wyjazdu poza miasto. Po tradycyjnej zbiórce na dworcu PKP, serdecznych uściskach „na misia” i powitaniach oraz poznaniu nowych osób udaliśmy się samochodami do ośrodka „Czerwony Kozioł” w Głuchołazach, gdzie mieliśmy nocować. Na miejscu spotkaliśmy pozostałą część naszej ekipy (w tym Basię podróżującą dość oryginalnym środkiem transportu publicznego). Oczywiście najwięcej uwagi skupiał na sobie nasz najmłodszy wolontariusz Bartek w stroju lotnika Pozostawiliśmy co większe plecaki w ośrodku (no, może poza Piotrem B., który chyba zamierzał nocować w górach) i podjechaliśmy autami na parking, skąd mieliśmy rozpocząć naszą wędrówkę. Lała się krew, pot i łzy, wiatr smagał nasze zmarznięte twarze, błoto uniemożliwiało przejście, a mgła zasłaniała całe widoki… A tak na serio- była cudowna, prawie bezwietrzna i słoneczna pogoda, wymarzona na taki „sobotni spacer”, tym bardziej w grudniu. Sprzyjała naszym rozmowom i żartom, zachęcała do rozglądania się wokół. Dla mnie osobiście ta wspólna wędrówka w górę jest zawsze czasem na pogawędki i żarty z tymi mniej lub bardziej znajomymi osobami, na wspólne pokonywanie własnych trudności, wyciąganie pomocnej dłoni i zauważanie drugiego człowieka. Nasz przewodnik Piotrek doprowadził nas na sam szczyt (Biskupią Kopę), skąd z wieży widokowej mogliśmy podziwiać panoramę okolic. A że widoczność była duża, to aż żal było stamtąd schodzić.. Pod wieżą mieliśmy oczywiście sesję zdjęciową, szczególnie ciekawy był pomysł Ewy, żeby ustawić się w kształt serca (na marginesie wnioskuję o zmianę logo RNS). Potem dłuższy pobyt w schronisku „Pod Biskupią Kopą”, na złapanie oddechu i ogrzanie się, a następnie… droga powrotna z latarkami. Podczas krótkich postojów można było popatrzeć na dobrze widoczne o tej porze gwiazdy (i w końcu wiem, gdzie są: Mały i Wielki Wóz). Wieczór w ośrodku był pełen wrażeń- po kolacji i krótkim odpoczynku odbyła się wyczekiwana przez nas integracja. Dziewczyny naprawdę stanęły na wysokości zadania – podzieliły nas na trzy grupy i przygotowały dla nas ciekawe konkurencje, pozwalające na udział w nich każdemu z nas. Wspólnymi siłami kleiliśmy łańcuchy na choinkę, przedzieraliśmy się przez tunel czy też przekazywaliśmy sobie balony. Dzięki temu każdy z nas mógł choć na chwilę poczuć się dzieckiem. Szczególnym momentem była dla nas oczywiście wizyta Świętego Mikołaja i jego uroczych asystentek- jak on nas znalazł w tych górach- do dziś zachodzę w głowę. Wszyscy pakowaliśmy się Mikołajowi na kolana, odbierając swoje prezenty od niego (nawet Roho mógł liczyć na smakołyk). To była magiczna chwila, żartom i śmiechom nie było końca. Pożegnaliśmy naszego gościa kolędą, z wielką nadzieją, że za rok znowu nas odwiedzi. Po wieczorze pełnym atrakcji część osób udała się do pokoi, a co wytrwalsi pozostali jeszcze w świetlicy, żeby móc pograć na gitarze, zagrać w jengę, szachy, tabu, karty… Czas mijał bardzo przyjemnie i szybko, ale niestety rano trzeba było wstać na śniadanko.. W niedzielę o godz. 10 nasze agentki do zadań specjalnych zapowiedziały jeszcze jedną niespodziankę… No i przyjechał Kuba – instruktor gry na bębnach afrykańskich. To była prawdziwa gratka! Opanowaliśmy dwa z trzech dźwięków wydawanych przez bębny, pośpiewaliśmy w języku wolof, dowiedzieliśmy się co nieco o relaksacji w rytmie naszego serca. Rytm naszych bębnów przeniósł mnie kilka miesięcy wstecz, w miejsce odległe o jakieś 500 km – do starej, walącej się bieszczadzkiej szopy z wiecznie rozpalonym ogniskiem pośrodku, skupiającym wokół siebie gitary, bębny, tuby i tank drumy. Zarówno wtedy, jak i teraz, nie było ważne, czy będzie hossa czy bessa, czy zaleje nas fala imigrantów i co będzie dalej z uchwałami Trybunału Konstytucyjnego.. Liczyło się tu i teraz, nasz wspólny rytm, nasza fanga i towarzystwo. Żal było wyjeżdżać, żegnać się z Wami wszystkimi, ale w końcu za kilka tygodni spotkamy się ponownie w Górach Sowich. Gratuluję nam wszystkim zdobycia najwyższego szczytu Gór Opawskich i dziękuję Ani i Marcie za te wszystkie wspaniałości i przytaszczenie zajefajnego Mikołaja Zawsze mówię, że to ludzie tworzą miejsca i sytuacje, i tym razem potwierdziło się to w 100 %. Dziękuję

Angelika (NG)

Wyjazd pełen niespodzianek – relacja Danki i Krzyśka z Biskupiej Kopy

Pogoda była łaskawa, deszcz nas oszczędził, chociaż niebo było zachmurzone. Można więc powiedzieć że mieliśmy luksusowe warunki wędrówki. Na szczycie, a szczególnie na wieży widokowej wiał silny wiatr. Widok okolicy piękny aż do zbiorników retencyjnych na Nysie Kłodzkiej a u stóp góry rozłożyło się czeskie miasto Zlate Hory, Poniżej szczytu jest schronisko w którym odpoczęliśmy a najmłodszy uczestnik niespełna 9-miesięczny Bartuś raczkował po stołach. Bartuś jest wyjątkowo grzeczny. Podczas schodzenia zaczęły zapadać ciemności lecz nie załamalismy się bo mieliśmy latarki – to zasługa organizatorów że nas uczulili aby zabrać je ze sobą. Nasz przewodnik to twardy gość, pomimo zimna szedł w krótkich spodenkach. Podziwiam bo jestem zmarzluch. Po kolacji mieliśmy spotkanie w świetlicy. Zostaliśmy podzieleni na trzy grupy i rywalizowaliśmy w fajnych konkursach. Wielką niespodzianką było to że odwiedził nas prawdziwy Mikołaj z uroczymi Śnieżynkami i zostaliśmy obdarowani prezentami. Mam nadzieję że jak będziemy grzeczni to za rok znów nas odwiedzi. Bawiliśmy się świetnie. Już pakujemy plecaki na Wielką Sowę. Danka i Krzysiek.

Borowa i Waligóra jeszcze raz – relacja Ani

Borowa i Waligóra jeszcze raz

Bakcyla górskiego złapałam jakieś 3 lata temu uczestnicząc w I edycji projektu Niepełnosprawni w górach – „Razem na Szczyty” i zdobywając 27 z 28 najwyższych szczytów w Polsce. Zapisałam się również do II edycji projektu, ale dość długo nie mogłam pojechać na wycieczkę w góry. Tęskniłam zarówno za znajomymi z projektu, jak i za górami. Bardzo chciałam wrócić na te wspólne wędrówki. Wreszcie nadarzyła się okazja i z radością przyjęłam zaproszenie do zdobywania Borowej i Waligóry.
Zbiórka uczestników wyprawy była we Wrocławiu, więc znowu jadę razem z tatą nocnym autobusem. W sobotę rano powitanie z innymi miłośnikami gór. Niektórych już znam od dawna, bo tak jak ja brali udział w I edycji projektu, a innych dopiero poznaję. Krzyś sprawdza listę obecności, podaje niezbędne informacje i za chwilę ruszamy w dalszą podróż do Wałbrzycha. Niektórzy jadą samochodami, ale większość grupy podróżuje pociągiem. Spotykamy się na dworcu PKP i stamtąd ruszamy na Borową. Idziemy trochę szlakiem,
a trochę ścieżkami rowerowymi, bo są szersze i znacznie łatwiejsze. Początkowo całkiem dobrze się idzie, mimo to szybko orientuję się, że idę na końcu grupy i nijak nie mogę nadążyć za resztą. Jednak nie poddaję się. Co jakiś czas grupa zatrzymuje się i czeka aż dojdę, a Kasia zwana Kaifą dba również o to, abym i ja miała trochę czasu na odpoczynki. Bezcenna jest ta pomoc, bezcenne zrozumienie wszystkich członków grupy. Idziemy dalej
w znakomitych nastrojach zadowoleni, że pogoda nam sprzyja. Czasami droga staje się trudniejsza, cały czas przez las po śliskich liściach, kamieniach i korzeniach. Wreszcie dochodzimy do najtrudniejszego etapu – stromo pod górę to znaczy tak zwane „zasadnicze podejście”. Wiedziałam, że tak będzie, bo trochę pamiętam z poprzedniej wyprawy na Borową. Teraz jednak ta droga wydaje się bardziej stroma niż wcześniej. A może to moja słabsza kondycja? Nie wiem. Trochę ciężko jest, sił brakuje, ale idę. Wkrótce zjawiamy się na Borowej. Weszliśmy tu nawet w czasie krótszym niż przewidywany. Wszyscy otrzymują oklaski i gratulacje. Robimy pamiątkowe zdjęcie. Zauważyłam, że zrobiono ładną tablicę
z nazwą szczytu. Poprzednim razem kiedy tu byłam, na słupku wisiała tylko zwykła kartka, która zresztą co chwilę spadała. Mamy jeszcze krótki odpoczynek, kanapki i herbatę. Następnie schodzimy idąc w kierunku schroniska „Pinokio” w miejscowości Grzmiąca. Droga ze szczytu w dół jest trudniejsza tym bardziej, że nogi już trochę zmęczone. Nie ma co narzekać. Jak się weszło to trzeba zejść-bez dyskusji. Idziemy dalej. Jak to dobrze, że wędrujemy razem. W grupie jest jakoś raźniej i weselej. Czuję jednak już duże zmęczenie, gdyż ta droga jakoś się nie kończy. Trasa jest chyba znacznie dłuższa niż ta, którą szłam ponad rok temu. Wreszcie około godziny 15-tej wszyscy jesteśmy w gościnnym schronisku „Pinokio”. Gospodarze podają pyszny obiad. Wieczorem natomiast radosne rozmowy przy ognisku lub kominku i pyszna kiełbasa. W miarę szybko jednak idziemy spać, gdyż
w niedzielę wcześnie rano wyruszamy na drugi zaplanowany szczyt- Waligórę.
Niedzielny poranek rozpoczyna się pysznym śniadaniem, po którym Ekipa zbiera się do drogi. Zarządzenie od Krzyśków – szefów wyprawy jest takie, że wyjście jest o 7.00 rano. Było trochę spóźnienia i co ciekawe grupa wyszła bez Krzyśków. Krzysztof zwany też Mieczysławem wpadł na genialny pomysł, aby pojechać samochodem do schroniska Andrzejówka i dopiero stamtąd iść na Waligórę. Do samochodu zaproszono także mnie
i mojego tatę. Zatem drugi szczyt zdobywałam nie z całą grupą, a tylko w towarzystwie taty
i dwóch Krzyśków. Co prawda to grupa bardzo mała, ale atmosfera była fantastyczna. Niezły ubaw miałam z tymi Krzyśkami. Co chwilę żartowali wywołując mój śmiech. Na szczycie obaj wymyślili, ze spuszczą mnie na dół najkrótszą, ale najbardziej stromą drogą. Bardzo rozbawili mnie tym pomysłem. Jednak nie skorzystałam i zeszliśmy znacznie łatwiejszą ścieżką. Po drodze spotkaliśmy naszą Ekipę zmierzającą na szczyt. Bardzo się spieszyli ponieważ trzeba było wrócić do Andrzejówki około godziny 13-tej, aby zdążyć na autobus powrotny do Wałbrzycha. Cała Ekipa bez problemu zdążyła wrócić na czas. Przy schronisku podziękowaliśmy sobie za wspólną wycieczkę, pożegnaliśmy się i ruszyliśmy w drogę powrotną najpierw do Wrocławia, a później do swoich domów. Cieszę się, że mogłam znowu być w górach ze wspaniałą Ekipą „Razem na Szczyty”. Jesteście super! Dziękuję Wam i mam nadzieję – do zobaczenia znowu kiedyś na szlaku.
Ania

„…I znowu wszyscy razem…” – Relacja Bogusi z Borowej i Waligóry

Moje/ Nasze dwa Szczyty 🙂

Nadszedł ten weekend. Sobota godz. 5:20 budzi, czas już wstać. Ale zanim
wyjdę z domu na autobus trzeba nakarmić kota pościelić łóżko… ale nie o tym
mowa. Jadę!-  dojeżdżam do Dworca PKP. 6:30 o rany zbiórka o 7:00 a jeszcze
nikogo nie ma. Wkrótce zjawili się pozostali, jeszcze parę ogłoszeń i
jazda!!! Niektórzy autami a inni pociągiem. Po godz. i trochę dotarliśmy
do Wałbrzycha i znowu wszyscy razem.

Wyruszamy – naszym celem Borowa. Przewodzi nami KAJFA 🙂 Idziemy. Moim
zadaniem oprócz wejścia na szczyt jest opieka nad Kamilą moim pierwszym
Uczestnikiem 🙂 Wszyscy są dzielni. Podejścia lżejsze i bardziej
hardcor-owe. Moja podopieczna daje radę. Po paru podejściach, zakrętach
przystankach doszliśmy wszyscy BRAWO. Jesteśmy – Borowa jest nasza. Czas na
odpoczynek doładowanie baterii na wiwaty no i zdjęcia!! O.K. to co dobre
zawsze szybko się kończy. Czas wyruszać w dół do Pinokia miejsca naszego noclegu.

No więc idziemy. Podopieczna dzielna. W końcu widać budynki już
prawie na miejscu. Doszliśmy można zdjąć plecaki siąść rozleniwić przy
kominku na skórzanych hotelach. Ale czas na zupę – pomidorówka pyszna i
wszystkie pasibrzuchy szczęśliwe. Teraz czas na drugie ale ziemniaki
jeszcze nie doszły – oj trzeba czekać. No cóż teraz szefy mogą zebrać kasę no
i znowu doprowadzą mnie do bankructwa 🙁 Jak trzeba to trzeba. Po godzinie
z kawałkiem gospodarze podali drugie danie po królewsku przepysznie tak
pyszne że wszystko wyjedliśmy a hitem były buraczki. Po obiedzie jeszcze
było trochę czasu wolnego ale kiedy zrobiło się już ciemno chłopaki
rozpalili ognisko. Bardzo było fajnie jak zawsze z wyborowym towarzystwem.
Choć jest bardzo fanie to trzeba szybko iść spać bo przecież jutro czeka na
nas Waligóra.

Niedziela poranek śniadanie też podane po królewsku. Nie ma co długo przy
nim siedzieć czas wyruszać bo goni nas czas. Ruszamy Wszyscy z uśmiechami
na twarzach bo słońce świeci i jest błękitne niebo. Kamila daje rade.
Ledwie co wyszliśmy z Pinokia i już pod strome podejście eh… na całe
szczęście były po drodze lżejsze ścieżki. Pogoda cudna podopieczna moja
prywatna uczestniczka bardzo dobrze sobie radzi co za szczęście ( Tomek nie
urwie mi głowy) oby doszła cała i zeszła. Po drodze mijamy stado koni
pięknych koni miałam chęć jednego ukraść ale się w ostatniej chwili się
powstrzymałam. Idziemy do Andrzejówki stamtąd będziemy atakować już
Waligórę. Krótki odpoczynek i ruszamy dalej. Kolejne podejścia ale nie mogę
się poddać no ja co to to nie!!! Zresztą muszę uważać na Kamile no i
pilnować Waldusia by za bardzo nie uciekł w przód. W końcu Wszyscy
znaleźliśmy się na samej górze. Czas rozpakować zwycięska czekoladę. Zdjęcia
uśmiechy wielka radość smak zwycięstwa. To wszystko przemieniło ból mój
stóp i łydki, ale jak coś to mnie nic przecież a nic nie bolało. Czas wracać
z powrotem do Andrzejówki. Na naleśniki. Zeszliśmy szczęśliwie naleśniki
zamówione. I nawet Kiera z Tomkiem zdążyła do nas dołączyć. Choć trochę się
zawiodłam na Kierze specjalnie wzięłam klapki jak by uznała ze muszę się
wykąpać w strumieniu a tu ani strumienia ani Kiery nie było na szlaku. Ale
przecież jeszcze nie jedna góra przed nami.
Dobra naleśniki zjedzone, chyba już wszyscy odpoczęli bo chyba czas wracać
do domów, nie którym spieszy się na pociąg. Przyszedł czas na pożegnanie gór
i ludzi i piesów. No to wio. Po końskiemu 🙂

Dziękuję Wam wszystkim za ten wspaniały weekend Krzyśkom że mnie
wzieliście, Kajfie że nie pozwoliła nam się zgubić no i szczególnie chcę
podziękować Kamili która pozwoliła mi się nią zaopiekować i poczuć się
przez chwile Wolontariuszem.
Do zobaczenia do kolejnej górskiej przygody.

Bogucha Ta

12119171_701706773297614_2878883834299410069_n