Jestem taki szczęśliwy, że mogłem spełnić swoje marzenia i to dzięki Kasi, Madzi, Marcie i Ewelinie

Cudowny wypad do Czarnogóry.
Nadszedł długo oczekiwany piątek 18 września 2015 roku. O szóstej rano wyjeżdżam do Rzeszowa, gdzie mieliśmy zaplanowaną zbiórkę. Na miejsce docieram około piętnastej, dziewczyny z Wrocławia już były na miejscu. Mieliśmy jeszcze trochę czasu do odjazdu, więc postanawiamy zwiedzić rynek w Rzeszowie. Tam szybki obiad i udajemy się na miejsce zbiórki, czyli na dworzec autobusowy (ul. Grottgera) – stanowisko „M”. Zbiórka o 18 00, szybkie i sprawne pakowanie i ruszamy. Nocka mija szybko, przejeżdżamy przez Słowację i Węgry. Nad ranem przekraczamy granicę Węgiersko-Serbską i po kolejnych 10 godzinach wjeżdżamy do Czarnogóry. W godzinach popołudniowych docieramy do Śtavna (1750 m n.p.m.), gdzie czekał na nas nocleg. Po rozpakowaniu, głodni gór idziemy zwiedzić okolicę. Wieczorkiem po obiadokolacji zmęczeni podróżą kładziemy się spać. Następnego dnia po śniadaniu ruszamy w góry Kumovi, na trasie: Śtavna (1750 m n.p.m.) – źródła Ljubaśticy – Kom Kućki (2487 m n.p.m. – najwyższy szczyt Gór Kumovi) – Carine – Śtavna [czas przejścia ok. 9 godz.]. Ruszamy bardzo ostro, początkowo po mało wymagającym terenie. Lecz po kilku kilometrach zaczynają się strasznie strome zbocza, luźne kamienie, a tępo nadal nie zwalniało. Trochę zacząłem się stresować. Na szczęście były ze mną dziewczyny z „Razem na Szczyty”, które fantastycznie prowadziły i często asekurowały mnie na trasie przy pojawiających się bez przerwy przepaściach i urwiskach. To było niesamowite i zarazem tak niebezpieczne. Ostatnia godzina podejścia była bardzo wąską granią, po bokach kilkuset metrowe przepaści. Jeszcze do tego nadchodziła burza. My na czworaka, metr za metrem posuwaliśmy się do przodu. Cały czas dziewczyny obok mnie. Jakieś pięć minut od szczytu zaczyna padać deszcz, dziewczyny podejmują decyzję, że zawracamy. Część osób dużo wcześniej została, ponieważ niebo naprawdę wyglądało strasznie. Przewodnik schodząc powiedział , że zalicza nam szczyt, lecz ja myślałem tylko aby bezpiecznie zejść na dół. Nie cierpię schodzenia w deszczu, a niestety całą drogę powrotną padało . Znów bardzo pragnę podziękować dziewczynom, że bezpiecznie sprowadziły mnie do schroniska. Często same narażały się , abym bezpiecznie zszedł w tak trudnym technicznie i strasznie mokrym, śliskim terenie. Naprawdę byłem przerażony, lecz starałem się to ukrywać by dodatkowo nie stresować moich przewodniczek. Po kilku godzinach nareszcie schodzimy do miejsca w którym śpimy. Odświeżamy się po wyczerpującym dniu i udajemy się na kolację. Po kolacji niespodzianka, grupa ze Słowacji, która także mieszkała w naszym campingu zorganizowała dyskotekę. Przyłączamy się do zabawy i po jakim czasie idziemy spać. Kolejnego dnia mieliśmy zdobywać kolejny szczyt, lecz deszcz nadal padał i przewodnik postanawia zmienić program. Po śniadaniu pakujemy się i przejeżdżamy w dolinę Graja, gdzie idziemy dwadzieścia parę kilometrów mokrą doliną pod granicą Albańską. Teren był w miarę łagodny, lecz tempo cały czas szybkie. Po jakichś sześciu godzinach przejeżdżamy autobusem do miejscowości Gusinje, do hotelu. Tam mamy zakwaterowanie i obiadokolację. Po kolacji udajemy się na mały spacer po miasteczku i spaś. Wtorek, rozpoczęliśmy standartowo śniadaniem. Następnie przejazd w dolinę Grbaja, wycieczka piesza w górach Przeklętych na trasie: dolina Grbaja (1130 m n.p.m.) – Karlica – Mali Karanfi l (2119 m n.p.m.) – dolina Grbaja [czas przejścia ok. 8 godz.]. Tak więc zaczynamy kolejny dzień zmagań. Początek znowu ostre podejście w mokrym lesie, liczne korzenie, powalone drzewa, urwiska, strome zakosy, wspaniale… Jakoś dajemy radę, lecz oczywiście bez pomocy dziewczyn , które poznałem dzięki projektowi „Razem na Szczyty” nie postawiłbym tam nawet kroka. Uwierzcie to nie są leśne dróżki przygotowane dla turystów. Tam pełnosprawne osoby muszą poruszać się w pełny skupieniu. Ja natomiast polegałem tylko na Kasi, Madzi, Marcie i Ewelinie. Po kilku godzinach docieramy na szczyt. Chwila oddechu, czas na zdjęcia i dalej w drogę. Przewodnik podejmuje decyzję, że zejdziemy trasą po za szlakiem. Hmm pomyślałem, że to może być ryzykowne, ale cóż w drogę. Już po chwili natrafiliśmy na około dwu metrową szczelinę, głęboką na kilkadziesiąt metrów, którą trzeba było przeskoczyć. Moje wspaniałe dziewczyny oczywiście poprowadziły mnie i bez problemu przeszkodę udało się ominąć. Lecz po chwili kolejne kilku dziesięcio metrowe zejście w duł. Do tej pory bywałem na szlakach zabezpieczanych łańcuchami, czy rurami. Więc znowu na czworaka, kroczek po kroczku, metr po metrze schodzimy w dół. Dziewczyny cały czas mnie zabezpieczały i kierowały. Po jakimś czasie dochodzimy do jakiejś drogi szutrowej i schodzimy nią około trzy godziny w dół do autobusu. Wieczorem obiadokolacja, mały spacer po Gusinje i kładziemy się spać. To był kolejny niesamowity dzień. Nadchodzi kolejny dzień, dziś mamy zdobyć najwyższy szczyt Czarnogóry Zla Kolata (2535 m n.p.m. Po śniadaniu przejazd w dolinę Ropojana, wyjście w górach Przeklętych na trasie: Vusanje (1020 m n.p.m.) – Katun Grlata – Skripa – Cafa ePreslopit – Zla Kolata (2535 m n.p.m. Zaczynamy, obyci już z trudnym terenem pewnie ruszamy w trasę. Szło nam się bardzo dobrze, kilka momentów sprawiło mi trochę problemu. Od przełęczy, jakieś dwie godziny od szczytu zaczęły się trudności. Wiszące półki skalne zawieszone nad przepaściami i luźne zsypujące się kamienie, to było niesamowite. My przyklejeni do skał, ja kierowany, krok za krokiem podążamy ku górze. Naprawdę do tej pory chodziłem po szlakach przystosowanych pod turystów, a tam praktycznie dziewicze tereny, piękna otaczająca nas natura, a zarazem tak niebezpieczna. To było fantastyczne, a zarazem wymagające podejście. Tak, jesteśmy na szczycie, moje marzenie się spełniło, to tylko dzięki Kasi, Madzi, Marcie i Ewelinie. W fantastycznych nastrojach odpoczywamy robimy zdjęcie i podziwiamy piękno natury. Przychodzi czas za zejście, które często jest dużo gorsze niż podejścia. Lecz przy fantastycznej opiece dziewczyn cały czas czułem się bezpiecznie i po kilku godzinach byliśmy w autokarze, który odwiózł nas do hotelu. Tam czekała na nas obiadokolacja i łóżeczka. Nadszedł czwartek, część osób odpuściło sobie wyjście w góry, lecz nasza piątka twardo chętna rusza zdobywać nowe szczyty. Przejeżdżamy w dolinę Grbaja, wycieczka piesza w górach Przeklętych na trasie: dolina Grbaja (1130 m n.p.m.) – Valusnica – Przeł. Cafa – Popadija – Talijanka (2057 m n.p.m.) – dolina Grbaja [czas przejścia ok. 8 godz.]. rozruszani i obeznani z trudnym terenem ruszamy w kolejną trasę. Dzień mija bardzo przyjemnie oczywiście trudny teren, ale przy takich przewodniczkach żadne góry nie są mi straszne. Wieczorem po obiadokolacji oczywiście spacer po urokliwym miasteczku, w którym jeszcze krowy, barany chodzą sobie po ulicach. To niesamowite miejsce. Ostatniego dnie w górach poszliśmy na szczyt, który był widoczny z hotelu. Także było intensywnie, ale już zaprawieni bez problemu daliśmy radę. Wieczorem nadszedł czas na pakowanie, ponieważ następnego dnia ruszaliśmy już do Polski. Rano po śniadaniu zapakowaliśmy się do autobusu i w drogę.
To był dla mnie niezapomniany wyjazd, na pewno będę go bardzo długo wspominał. Jestem taki szczęśliwy, że mogłem spełnić swoje marzenia i to dzięki Kasi, Madzi, Marcie i Ewelinie, które poznałem jakiś czas temu dzięki projektowi „Razem na Szczyty”. Dziewczyny, a także inni wolontariusze poświęcają swój czas, aby osoby z niepełnosprawnościami mogły wyjść z domu i spełniać swoje marzenia i pasję.
Bardzo dziękuje Łukasz.

Zabieszczadowaliśmy!!!

Było jesiennie,mgliście a niebiański dach przeciekał bezustannie…wilczym tropem w szeleście foliowych pelerynek wyszliśmy na szczyt gdzie widać było…prawie nic:-) Mimo to cudowny był ten czas, Tarnica zdobyta!

Galeria zdjęć Adama:

https://photos.google.com/share/AF1QipMVD9PLgwAzXoZNo7Rled6bTyzlt89zO0ub7qb6j6EbITHCF2mjrXafaY8Ng2J3Gg?key=RGpvb0g3Rkt3TzI3SWxkQ0pnYnFQRlB2ZzNvM3RR

Galeria zdjęć Romka:

https://goo.gl/photos/VakSX7dEYMrJhdoC8

Śnieżnik z plusem

W minioną sobotę ponad 30-osobowa ekipa Razem na Szczyty zdobyła Śnieżnik (1425 m n.p.m.) – gratulujemy!!! Naszym pośrednim celem była też Czarna Góra (1205 m n.p.m,), czyli najwyższy sudecki szczyt w całości leżący na terytorium Polski. Jak widać na załączonych zdjęciach warunki na obu szczytach były całkiem odmnienne. Ciekawe jak przywitają nas wrześniowe Bieszczady

„Śnieżnik 22.08.2015”
„Czarna Góra 22.08.2015”

Na szlakach górskich wspomnień – „Śnieżnik – szczyt który mnie zaczarował…”

„Czy chciałbyś dziś posłuchać, trochę stąd, od gór wieści? Bo może ci jest smutno w kamiennym szarym mieście?(…) Ej Przyjacielu  kosówki, skał, potoków. Pamiętasz, jak gra wicher? jak szumi las o zmroku?” 

NA SZLAKACH GÓRSKICH WSPOMNIEŃ. PRZYJAŹŃ Z KOSODRZEWINĄ
(Teresa Harsdorf- Bromowiczowa)

Ruszyły zapisy na letnie zdobywanie Śnieżnika.

A czy pamiętacie jak w roku 2013 pięknie o swoim zimowym podejściu pisał Romek?

Śnieżnik – szczyt który mnie zaczarował.

W 2010 r. w kwietniu przez trzy tygodnie przebywałem w sanatorium w Lądku Zdroju. Z balkonu mojego pokoju widoczny w oddali bielił się w słońcu ośnieżony szczyt Śnieżnika.
Nie wiem, czy to zapach budzącej się do życia przyrody, czy powiew ciepłego wiosennego wiatru, czy sam jego widok obudziło we mnie pragnienie zdobycia tej góry?

Skoro szczyt ten pozostawał poza moimi możliwościami postanowiłem że spróbuję na co mnie stać w najbliższym sąsiedztwie Lądka i chociaż początki były trudne ich pokonanie sprawiało mi ogromną frajdę, zaopatrzony w mapę ruszyłem na podbój Trojaka 766 m n.p.m. innego dnia zboczami pobliskich szczytów obszedłem cały Lądek i niemal z każdego wyżej położonego miejsca widziałem ośnieżony szczyt Śnieżnika który nadal mnie czarował.
Według wskazówek innych kuracjuszy-turystów pokusiłem się na samodzielne zdobycie Borówkowej Góry 900 m n.p.m. na którą różnymi trasami wchodziłem trzykrotnie i po tym wyczynie poczułem że mógłbym pokusić się na próbę zdobycia Śnieżnika, że jestem do tego gotowy i to chyba wtedy obudził się we mnie „wędrowca”
Na dzień przed końcem turnusu wraz z przemiłym starszym doświadczonym w górskich wędrówkach panem Zbyszkiem jego samochodem, pojechaliśmy do Kletna skąd rozpoczęliśmy podejście na szczyt.
I udało się, piękna pogoda, wspaniałe widoki i uczucie ogromnej satysfakcji i radości z dokonania czegoś co jeszcze niedawno wydawało mi się niemożliwe – bezcenne.

Teraz po trzech latach (2013) stojąc ponownie na tym szczycie i to zdobytym zimą wraz z innymi osobami niepełnosprawnymi i wolontariuszami z projektu „Niepełnosprawni w Górach – Razem na Szczyty” pomyślałem o tym jaka zmiana dokonała się we mnie od tego czasu i przypomniałem sobie o marzeniu które wtedy, po tym wyczynie nieśmiało we mnie zakiełkowało, by wejść i zdobyć wszystkie jakie tylko się nadarzy okazja szczyty. Nie te najwyższe, niedostępne i niebezpieczne ale te które są blisko albo są w nas które często lekceważymy że są, jednak na co dzień kosztują nas bardzo wiele wysiłku, potu czy łez.
Niesamowite jest to że i tym razem czułem tę energię i moc płynącą z tej góry która wtedy dała mi siłę i odwagę na pokonywanie własnych ograniczeń i słabości a teraz napełniła spokojem i wiarą w siebie.
Radość, kilka zdjęć w tym grupowe, łyk herbaty i z powrotem na dół. W schronisku obiad odpoczynek i zejście do samochodów oraz przejazd z powrotem w trudnych warunkach drogowych szczęśliwie mija bezpiecznie, byłem w domu.

Dzięki projektowi Razem na Szczyty mam szansę na realizację swojego marzenia zdobywam kolejne szczyty, poznaję nowe miejsca, innych ludzi a co więcej mam szczególną możliwość i zaszczyt fotografowania
i filmowania wszystkich uczestników podczas tych wypraw.
To fascynujące że mogę przeżywać te wyprawy jakby podwójnie, bo dodatkowo poprzez wizjer kamery gdy filmując, obserwuję wasze zmagania z pokonywania siebie i trudności jakie napotykacie i potem montując z tego film. Jestem pełen podziwu i uznania dla wszystkich osób biorących udział w projekcie, uczestników i wolontariuszy, gratuluję Wam i dziękuję za wszystko.(…)

 

Całą opowieść Romka oraz relacje Bartka i Ani wraz z  galerią zimowych zdjęć  znajdziecie w naszym Archiwum (Śnieżnik)

” Wyjazd był niesamowity!…” – tak o rajdzie rowerowym mówi organizator – Tomek

Pomysł na wyjazd rowerowy pod szyldem Fundacji JMPH i Projektu Razem Na Szczyty zrodził się już pod koniec 2013r. Inicjatorem i pomysłodawcą był Darek Chmaj, podopieczny Fundacji z którym miałem okazję wspólnie wędrować w Irlandii po Górach Wicklow.

Darek zawodowo związany jest z firmą Nutricia, przy której działa Fundacja HOPE wspierająca działania wolontariuszy z firmy na różnych polach działalności społecznej. Fundacja HOPE wsparła nas już raz finansowo przy organizacji wyjazdu na Śnieżkę w pierwszej edycji projektu

tu RNS i wiedzieliśmy, że kolejne wspólne działania będzie czystą przyjemnością dla wszystkich stron.
Początkowo planowaliśmy wyjazd rowerowy wiosną 2014r, niestety stan zdrowia Darka nie pozwoliłby wtedy na jego udział w tej akcji i postanowiliśmy przełożyć wycieczkę rowerową na bliżej niekreśloną przyszłość. Jednocześnie koordynację przygotowań przejęła Ala z Fundacji HOPE. Wspólnie z innymi wolontariuszami z Nutricii zajęli się rezerwacją i wypożyczeniem rowerów oraz rezerwacją miejsca noclegowego.
Z naszej strony zajęliśmy się naborem uczestników wyjazdu oraz opracowaniem trasy przejazdu i dodatkowych atrakcji.
W ekspresowym tempie, bo w niespełna trzy tygodnie zmontowaliśmy pokaźną blisko 30-osobową ekipę na wyjazd, zamówiliśmy rowery i ustaliliśmy cały grafik wyjazdu, który dla niektórych z nas rozpoczął się już w piątek 3.lipca.
Wieczorem spotkaliśmy się w Krakowie – Jarek z Nutricii wraz ze swoim kilkuletnim synem, Marcin Kowalski i ja (Tomek) i rozpoczęliśmy przygotowania do wyjazdu. Z kilku miejsc w Krakowie oraz pod Krakowem musieliśmy odebrać 10 różnych rowerów (tandemów i handbików), zapakować je na busa i na przyczepę i zawieźć je do Podlesic koło Zawiercia, gdzie miała się znajdować baza naszej rowerowej wycieczki. Po „nieznacznych” problemach z wypożyczeniem i oświetleniem przyczepy udało nam się dotrzeć we trzech do Podlesic tuż po północy z piątku na sobotą.
Na miejscu czekał już na nas Mateusz, który na szczęście miał dla nas klucze do pokoi bo inaczej przyszłoby nam spędzić tę noc na przyczepie razem z rowerami 😉
Większość uczestników dotarła do Podlesic w sobotę ok godz. 10-11 i po niezbędnym przygotowaniu do trasy wyruszyliśmy na pierwszą wycieczkę. Na sobotę mieliśmy zaplanowane dwie trasy: krótką ok 25km i długą ok 45km. Słonko tego dnia przygrzewało niemiłosiernie i szybko się okazało, że w takich warunkach będziemy w stanie przejechać raczej tylko tę krótszą trasę.
W dwóch zespołach – na początku osoby na tandemach, a za nimi handbiki i zwykłe rowery jako wsparcie – wyruszyliśmy z Podlesic w kierunku zamków Bobolice i Mirów. Pierwszy krótki postój przy Jaskini Głębokiej i pierwsza mała awaria! W rowerze Basi zeszło powietrze z koła. Na szczęście ekipa Wolontariuszy HOPE była przygotowana na taką ewentualność i szybko udało nam się ruszyć dalej w komplecie. Kolejny postój to malowniczo położony Ośrodek Wypoczynkowy Orle Gniazdo w Hucisku, gdzie dzięki uprzejmości szefowej ośrodka, p.Uli zostaliśmy uraczeni pyszną kawą, która wszystkim dodała energii do dalszej jazdy. I tak uśmiechnięci ruszyliśmy dalej przez Hucisko do Bobolic, gdzie mogliśmy podziwiać pierwszy z zamków, jaki napotkaliśmy tego dnia. Zamek robi niesamowite wrażenie, szczególnie jeśli się wie, że jeszcze kilka lat temu była to kompletna ruina. Zamek został praktycznie odbudowany dzięki staraniom i determinacji prywatnego inwestora.
Nieco dalej kolejny zamek na trasie – Mirów. Ten podziwialiśmy już z nieco dalszej odległości, ponieważ u stóp zamku zarządziliśmy blisko godzinną przerwę obiadową.  I tak to znad miski frytek lub naleśników z serem mogliśmy podziwiać białe ściany kolejnej jurajskiej warowni.
Po przerwie obiadowej ruszyliśmy dalej… przez najbardziej piaszczysty odcinek tego dnia, przez las w kierunku Zdowa. Mimo, że odcinek nie był łatwy to wszyscy bawili się świetnie! Chwilę później wyjechaliśmy na łagodną asfaltową drogę przez las, która doprowadziła nas do miejsca gdzie wybijały źródła potoku. Mimo, że woda w potoku miała zaledwie ok 6-8st C to znaleźli się tacy, którzy zanurzyli się w nim po sam czubek głowy! Pełen szacun! 🙂
Zrelaksowani i ochłodzeni (przynajmniej niektórzy…) ruszyliśmy dalej drogą wokół zalewu w Kostkowicach do Kroczyc. Tu już zrobiliśmy ostatnią przerwę w trasie tego dnia na pyszne lody jagodowe i chwili ruszyliśmy do Podlesic. Gdy dotarliśmy do pensjonatu okazało się, że wykręciliśmy prawie 30 kilometrów!
Tego dnia dopełnieniem wszystkich atrakcji było ognisko z kiełbaskami i… brak prądu 🙂 Na szczęście tylko na chwilę.
Drugi dzień rozpoczęliśmy wcześnie wspólnym śniadaniem. Do przejechania mieliśmy niby niedużo w porównaniu z poprzednim dniem ale pomni doświadczeń i nieprzewidzianych zdarzeń, chcieliśmy mieć w trasie jak największy zapas czasu.
Zaczęło się przyjemnie, z górki z Podlesic w stronę zamku Bąkowiec (Morsko). Później na polną piaszczystą drogą i po chwili… Mateusz złapał kapcia! Niestety byliśmy w takim miejscu, że nasz samochód serwisowy była tak samo daleko za nami, co i przed nami. Mateusz zdecydował się, że najbliższe 2-3km przejedzie bez powietrza w jednym kole, a dętkę zmienimy dopiero w najbliższej wiosce. Zabrało nam to wszystko nieco czasu i już przed godziną 11 czuliśmy presję czasu na karku. Na szczęście dalej było już z górki. Dosłownie i w przenośni 🙂 Najpierw spotkaliśmy sympatyczną grupę pielgrzymkową, a później dłuuuugim zjazdem dojechaliśmy aż do Żerkowic, gdzie zwartą kolumną przejechaliśmy drogę krajową i rozpoczęliśmy dość długi i morderczy podjazd w stronę Podzamcza i Zamku Ogrodzieniec, który był celem wycieczki tego dnia. Podjazd okazał się na tyle wymagający dla wszystkich z nas, że chyba nie było osoby, która by nie zeszła z roweru aby go prowadzić, gdy nogi odmawiały już posłuszeństwa.
Chwilę po 13:00 dotarliśmy do Podzamcza do podnóża Zamku Ogrodzieniec. Niestety brak sił i przede wszystkim brak czasu nie pozwolił nam na jego zwiedzanie. Już chwilę po godzinie 14 pierwsi z nas rozjeżdżali się do domów PKSami i pociągami.
Wyjazd był niesamowity! Morderczy upał sprawiał, że niepozorne jurajskie górki stawały się nie lada wyzwaniem. Pot lat się z nas strumieniami, podobnie jak woda z naszych bidonów, lecz mimo to w komplecie zameldowaliśmy się na mecie.
Wyjazd był dla mnie wyjątkowy również dlatego, że tak różny od naszych comiesięcznych pieszych wycieczek w góry. Cieszę się też niezmiernie, że pojawiły się na nim nowe osoby, no i że mogliśmy zacieśnić więzy współpracy z Wolontariuszami HOPE. Jeszcze raz ogromnie dziękujemy za waszą pomoc!
A już niebawem nasze kolejne wyjazdy. Śnieżnik, Tarnica…. i może jak jeszcze starczy czasu w te wakacje spotkamy się gdzieś nad wodą 🙂
Do zobaczenia!
Tomek Deroń

Turbacz – relacja Agaty

Relacja z wyprawy górskiej na Turbacz

Kilka lat temu połknęłam bakcyla górskich wojaży i od tamtej pory korzystam z wszystkich okazji do górskich wędrówek. Dlatego też, gdy usłyszałam od koleżanki, że nasz kolega wybiera się w góry bardzo chciałam się dołączyć. Po rozmowie z nim dowiedziałam się, że jest to jedna z wypraw organizowana w ramach projektu Niepełnosprawni w Górach – Razem na Szczyty. Słyszałam już kiedyś o tym, ale niestety tak się składało, że nie mogłam wziąć udziału. Tym razem jednak udało się. Pojechałam i przeżyłam wspaniałą przygodę.
Po długiej podróży w piątek wieczorem 24 lipca wraz z koleżanką dotarłyśmy do Lubomierza na pole namiotowe. Poznałyśmy pierwszych uczestników wspólnej wyprawy na Turbacz. Chwilę posiedziałyśmy z nimi przy ognisku i poszłyśmy spać, żeby wypocząć przed górską wędrówką. Pierwszy raz spałam pod namiotem i muszę przyznać, że było to niezapomniane przeżycie.
W sobotę rano dojechali do nas pozostali uczestnicy wyprawy. Wzięły w niej udział 42 osoby, wśród których byli wolontariusze i osoby z rozmaitymi niepełnosprawnościami ruchowymi i sensorycznymi. Po zjedzeniu śniadania, złożeniu namiotów i bagaży w samochodach, byliśmy gotowi do wędrówki. Niektórzy podjechali samochodami do Papieżówki, a reszta grupy dołączyła do nich pieszo. Stamtąd już razem wyruszyliśmy niebieskim szlakiem na zdobycie jednego ze szczytów Korony Gór Polski. Szlak był długi, lecz łagodny, częściowo kamienisty lub trawiasty. Podczas wędrówki poznałam sympatycznych, przyjaznych ludzi. W trakcie wędrowania rozmawiałam z innymi, jak również była to bardzo dobra okazja do wyciszenia się i wsłuchania w odgłosy przyrody. W tej eskapadzie towarzyszyły nam Bazyl i Rocho – czworonożni przyjaciele. Przez chwilę miałam przyjemność poprowadzić Rocha. Oba pieski były bardzo grzeczne, a zarazem żywiołowe. Po drodze były robione również krótsze i dłuższe postoje na zregenerowanie sił. Chłodziliśmy się w zimnej wodzie przepływającego strumyka przed gorącymi promieniami słońca. Później niestety pogoda uległa pogorszeniu i nie wszyscy zdążyli dojść do schroniska przed burzą, gdzie większość dotarła około 16.00. Po zakwaterowaniu mieliśmy jeszcze czas na odpoczynek przed obiadokolacją. W tym czasie znalazło się kilka wytrwałych osób, które jeszcze tego dnia postanowili wyjść na Turbacz. Pozostali natomiast odpoczywali w schronisku.
Wieczorem spotkaliśmy się na zewnątrz, aby zintegrować się. W trakcie tego spotkania mogliśmy lepiej poznać pozostałych uczestników, a także każdy z nas mógł podzielić się refleksją dotyczącą zorganizowanej wyprawy. Następnie Aneta Bąk (tłumacz-przewodnik Towarzystwa Pomocy Głuchoniewidomym) zaprosiła wszystkich chętnych na krótkie spotkanie, podczas którego poinformowała nas o istnieniu TPG, zaprezentowała alfabet Lorma, którym posługują się osoby głuchoniewidome, a także opowiedziała o jego twórcy i funkcjonowaniu osób z tą niepełnosprawnością. Grzegorz Jakubiec (przewodniczący rady klubowej TPG) opowiedział o swoim doświadczeniu i życiu z perspektywy osoby głuchoniewidomej. Po zakończonym spotkaniu udaliśmy się jeszcze na zewnątrz, by przy ognisku trochę pośpiewać i porozmawiać.
Następnego dnia w niedzielę 26 lipca wstaliśmy wcześnie rano i ruszyliśmy na zdobycie szczytu. Tym razem niestety pogoda nas zawiodła. Było zimno, a z nieba padał deszcz. Jednak każdy dzielnie wszedł na szczyt tym samym osiągając cel wędrówki. Nasza obecność została oczywiście obowiązkowo uwieczniona na grupowym zdjęciu. Na szczycie czekała na nas jeszcze niespodzianka w postaci imieninowych cukierków od Ani (jedna z uczestniczek). Po zejściu z wierzchołka Turbacza i zjedzeniu śniadania ruszyliśmy w drogę powrotną. Deszcz przestał padać, a słońce przebijało się przez chmury. Około 13.30 doszliśmy do miejsca, z którego wyruszyliśmy poprzedniego dnia. Część osób odpoczywała, inni (wśród nich także ja) pośpieszyli na przystanek autobusowy.
Cieszę się bardzo, że mogłam wziąć udział w tym górskim wędrowaniu i dziękuję bardzo Anetce z Lublina i Madzi z Wrocławia za to, iż były moimi przewodnikami oraz organizatorom. Poznałam wielu niesamowitych ludzi, pełnych energii, wytrwałości i z poczuciem humoru. Była to moja pierwsza wyprawa z tą grupą w góry i z pewnością nie ostatnia.
Do zobaczenia na kolejnym szlaku!

Agata Ziobrowska

Turbacz – fotorelacja

Kolejny energetyczny weekend z RNS za nami, udostępniamy  sesję zdjęciową naszej grupy wyjazdowej z obiektywów Ani, Romka i Marcina , dziękujemy!!!

https://plus.google.com/photos/102856646033812662612/albums/6176858954152631169?authkey=CJGVx-rWkZzECA

https://picasaweb.google.com/KamilekKama/TurbaczGorce?feat=directlink

https://picasaweb.google.com/114400809657232240449/Turbacz2015?authkey=Gv1sRgCJDz6a_S0471dA

 

Turbacz,”barszczyk” i gorczańskie zbóje

Lat temu wiele, w schronisku na Turbaczu powstały słowa piosenki „Jasno płonie watra w lesie”, która to piosenka stała się hymnem najstarszego akademickiego koła przewodników w Polsce (SKPG w Krakowie). W najbliższy weekend – 25-26 lipca 2015 ruszymy na wędrówkę na szczyt Turbacza z przewodnikami naszego nowego partnera projektu – SKPG Kraków, a wieczorem, w schronisku posłuchamy opowieści o słynnym „barszczyku” i gorczańskich zbójach.

Kajakiem po Pojezierzu Lubuskim 12-18 lipca

W zgoła odmiennej atmosferze niż górskie zdobywanie szczytów zapraszamy Was na początku lipca na dwa wyjazdy o tematyce kajakowej.

W dniach  12-18.lipca odbędą się wyjazdy na Pojezierze Lubuskie poświęcone głównie turystyce kajakowej.

Spotykamy się w Ośrodku Wypoczynkowym Martinez w Lubrzy, około 15km od Świebodzina (dojazd autostradą A2 od strony Poznania lub drogą S3 od strony Wrocławia).

W  ilość miejsc noclegowych jest ograniczona, więc proszę o szybką odpowiedź.

Koszty pobytu i organizacji spływu każdy pokrywa samodzielnie. Nocleg z wyżywieniem to ok. 70zł/dzień, spływa kajakowy ok 50-60zł/os, wejście do bunkrów MRU ok 13-15zł.

Aby się zgłosić:
– wyślij maila na adres t.deron@pozahoryzonty.org i zgłoś swoje uczestnictwo w konkretnym terminie
– napisz skąd będziesz jechać i czy będziesz potrzebować pomocy w transporcie.
– napisz czy potrzebujesz ubezpieczenie na ten wyjazd (ok 10zł)
– podpisz maila imieniem, nazwiskiem i nr telefonu

UWAGA! termin zgłoszeń jest bardzo krótki! Wszystkie zainteresowane tym wyjazdem osoby prosimy o odpowiedź do końca środy 1.lipca

W programie wyjazdu:
– dwa dni na kajakach na rzece i na jeziorze Paklicko Wielkie
– wycieczka do podziemnej trasy turystycznej Międzyrzeckiego Rejonu Umocnionego
– zajęcia terenowe w lesie
– w miarę chęci i możliwości wycieczka do Łagowa

Wszelki kontakt w związku z wyjazdem kajakowym poprzez maila t.deron@pozahoryzonty.org lub tel: 883 13 66 13