Relacja z Gór Kaczawskich

Sobota 11 stycznia 2014r. O godzinie 22.30 na dworcu PKS w Lublinie spotykam się z Małgosią. Razem jedziemy do Wrocławia, by następnego dnia dołączyć do znajomych z projektu „Razem na szczyty” i ponownie wspólnie wyruszyć w góry. Zbiórka wycieczkowiczów jest o 9.00. Najpierw radosne przywitania, bo przecież nie widzieliśmy się od października zeszłego roku, Sławek sprawdza listę obecności, a następnie wsiadamy do samochodów i ruszamy w drogę ku przygodzie. Pierwszym naszym celem jest Bolków, gdzie znajduje się średniowieczny zamek zbudowany w pierwszej połowie XIII stulecia. Mariola opowiada nam historię tego zamku. Potem po schodach wspinamy się na wieżę, by z niej zobaczyć panoramę miasta. Oczywiście pstrykamy liczne zdjęcia. Zwiedzamy także muzeum znajdujące się na zamku. Około godziny 12.30 jedziemy do Komarna. Po dojechaniu na miejsce stwierdzamy, że mamy śnieg! Zima sobie o nas przypomniała! Mamy z tego powodu mnóstwo radości. W zimowej scenerii idziemy na kolejny szczyt Korony Gór Polski – Skopiec. Jest to najwyższy szczyt Gór Kaczawskich wznoszący się na wysokość 724m n.p.m. Idziemy jednocześnie bawiąc się w śnieżki. Kulki śniegu latają to tu, to tam, uderzając co jakiś czas uczestników wycieczki. Jest dużo śmiechu i fantastyczna zabawa! Idziemy podziwiając górski zimowy krajobraz. Na szlaku dane nam jest zobaczyć różne atrakcje, takie nawet śmieszne i zdumiewające, jak drzewo na którym poprzyklejano buty oraz żywa choinka z najprawdziwszą bombką na gałęzi. Droga na szczyt wcale nie jest trudna, chyba nawet mogę powiedzieć, że najłatwiejsza ze wszystkich dotąd zdobywanych przeze mnie szczytów Korony. Wystarczyło nam 40 minut drogi i byliśmy na szczycie Skopca. Może to dziwne, ale czułam niedosyt, byłam zdumiona, że to już na szczycie, że tak krótko. Ale jest też radość ze wspólnego zdobycia kolejnego szczytu.( Dla mnie to już 22 szczyt Korony Gór Polski!). Jest to też kolejny krok (szczyt) bliżej do spełnienia się marzeń o zdobyciu wszystkich 28 szczytów. Dziś jeszcze nie wiem, czy to marzenie się spełni. Może tak, a może nie. Czas pokaże jak będzie. Marzyć jednak warto! Warto też próbować te marzenia gonić, przynajmniej na tyle, na ile się da.
Kiedy doszliśmy na Skopiec było oczywiście wspólne zdjęcie, ale okazało się, że to jeszcze nie koniec naszej wędrówki. Mamy niespodziankę! Teraz idziemy na Baraniec(723m n.p.m)
– drugi co do wysokości szczyt w Górach Kaczawskich. Schodząc z Barańca, każdy, kto tylko mógł zbierał gałęzie na ognisko. Rozpaliliśmy je na zakończenie naszej wycieczki. Każdy też ze smakiem zjadł upieczone w ognisku kiełbaski. A na deser mieliśmy ciasto przywiezione przez rodziców Asi. (Ciasto takie dobre, że palce lizać!). Po skończonym posiłku, jeszcze przy ognisku była zabawa dająca możliwość wzajemnego poznania się. Na początku zabawy należało wylosować karteczkę z rysunkiem, a następnie odszukać osobę, która ma taki sam rysunek. Rozmawiając w parach każdy z nas miał dowiedzieć się o drugiej osobie jak najwięcej. Po zakończonych rozmowach trzeba było przedstawić poznaną osobę pozostałym uczestnikom wycieczki. Dzięki tej zabawie dowiedzieliśmy się wzajemnie o sobie dużo ciekawych rzeczy. Nasze spotkanie dobiega końca. Żegnamy się „na niedźwiedzia” i ze słowami: do zobaczenia ponownie w górach. Na kolejną wspólną wycieczkę trzeba będzie jednak poczekać aż do kwietnia. Po powrocie do Wrocławia wraz z Małgosią idę jeszcze na niedzielną mszę św.,a po niej na krótki spacer. Późnym wieczorem, ponownie nocnym autobusem wracamy do Lublina. Ta niedziela 12 stycznia była przepiękna! Bardzo się cieszę, że mogłam być znowu w górach. Wam wszystkim – tworzącym wspaniałą Ekipę „Razem na szczyty” serdecznie dziękuję za wciąż trwającą piękną przygodę z górami.
Do zobaczenia na szlaku!
Ania

Wspomnienia z Babiej Góry

 

Moja przygoda z projektem „razem na szczyty” rozpoczęła się niestety od wyjazdu na Babią Górę. Niestety, bo był to już kolejny z wielu poprzednio zdobytych szczytów w ramach tego przedsięwzięcia i żałuję, że nie mogłem uczestniczyć we wcześniejszych wejściach i poznać specyfiki oraz atmosfery tych wycieczek. Wędrówki górskie uwielbiam i swego czasu po górach chodziłem dużo, ale ostatnio nie miałem zbyt wiele ku temu okazji, więc tym bardziej cieszyłem się możliwością zdobycia Babiej Góry.
Organizacją tego wypadu zajmowała się Aga i (łubudubu, łubudubu) wszystko było wg mnie rewelacyjnie, tzn. przy ponad czterdziestoosobowej grupie uczestników, kwestie typu zbieranie pieniędzy na paliwo czy nocleg, ustalanie wariantu trasy itp., przebiegały bardzo sprawnie i w miłej atmosferze, bez (że tak to ujmę) zielonoszkolnego rygoru i upupiania, za czym nie przepadam.
Ale zacznijmy od początku, po kolei – po bożemu. Nasza wycieczka rozpoczęła się 24 sierpnia z Wrocławia, ale dla mnie już dzień wcześniej, gdyż jako że przebywałem natenczas w Rzeszowie, postanowiłem zrobić sobie małą wycieczkę krajoznawczą, oraz postąpić na przekór mojej nauczycielce matematyki z podstawówki, która uczniom skamlącym i jęczącym po co im ta matematyka, odpowiadała, że m.in. po to, żeby nie jeździć np. z Warszawy do Łodzi przez Kraków.
Zasadniczo lubię jeździć koleją, ale po pochyleniu się nad rozkładem jazdy (12 godzin z przesiadkami) i odgrzebaniu z odmętów pamięci wyborczego hasła „Polska w budowie” zdecydowałem się jechać autobusem.
O trafności swojej decyzji miałem okazję przekonać się prawie natychmiast, jako że w Krakowie do tegoż autobusu wsiadł nie kto inny jak maszynista kolejowy, jadący do pracy do Katowic, który opowiadał współpasażerom o pracy na kolei, oraz jak PKP zwraca pracownikom pieniądze za bilety autobusowe, bo pociągiem nie da się dojechać w jakimś sensownym czasie, albo wcale (ot, ciekawostka przyrodnicza z gatunku absurdów naszej kolei, jak słynny peron piąty w Katowicach).
O! to może się w ogóle w tym miejscu przedstawię, czyli coś o sobie. Imię: Paweł, nazwisko: Miąsik, urodzony w roku pańskim: 1983, stan wzroku: ślepy jak kret, zamiłowanie do chodzenia po górach: wysokie, pobieżna charakterystyka psychospołeczna: introwertyk z charakterem trochę wrednym i o sprzecznych cechach, z którym podobno jednak daje się dogadać; nie stroni od środków psychoaktywnych, głównie literatury pięknej.
Zatem do Wrocka dotarłem z wieczora i wysiadłszy na dworcu, trafiłem prosto w objęcia niejakiej Destiny K., która zgodziła się przyjąć na noc pod swój dach kilka zbłąkanych dusz, w tym i mnie. W tym miejscu przepraszam ewentualnych urażonych za nieco prokuratorską konwencję wymieniania niektórych osób, ale na naszym wyjeździe obrodziło zwłaszcza Aniami i Magdami, więc trzeba było zastosować jakiś sposób podkreślenia indywidualności każdej jednostki ludzkiej, a w ogóle to akurat miałem taką fantazję.
Destinka, znana pewnie każdemu kto choć raz był z nią na jakimś wyjeździe dzięki swej otwartości i chęci pomocy innym, okazała się bardzo dobrą przewodniczką osoby niewidomej i wcale nie dla tego, że z dworca zaprowadziła mnie od razu do knajpy, ale po prostu świetnie prowadzi, tzn. szybko, bez mówienia o standardowych przeszkodach, które przy takim prowadzeniu dobrze się wyczuwa, doskonale sygnalizując momenty, gdzie trzeba się „ścieśnić”.
Jako się rzekło, wylądowałem w knajpie, gdzie czekał już komitet powitalny składający się z samych dziewcząt, które pięknie ugościły mnie trunkami. Później dołączyli do nas Grzesiu i Mateusz, po których niezmordowana Destinka pobiegła jeszcze raz na dworzec.
Po spędzeniu wieczorku zapoznawczego w miłym towarzystwie, dobiliśmy w pięcioro tramwajką do przystani, czyli mieszkania naszej dobrodziejki.
Po dobrze przespanej nocce poderwaliśmy się w sobotę o świcie, aby wcześnie wyruszyć w drogę. Pod blokiem czekał już nasz kierowca Jarek, nazywany nie wiedzieć dlaczego „Dzikiem”, jako że wydawał się uosobieniem spokoju i zrównoważenia (ale to podobno z dzikiego zamiłowania do chodzenia po górach). W każdym razie spokojniutko dowiózł nas pod samą Babią Górę. Wcześniej, jeszcze we Wrocławiu, spotkaliśmy się całą grupą przy dworcu, aby się przywitać, zapoznać i ustalić szczegóły wycieczki. Do celu dotarliśmy gdzieś koło godziny dziesiątej, zwarci i gotowi, chociaż mnie w samochodzie trochę zmuliło (ból głowy i mdlenie) i trochę się wystraszyłem, bo z doświadczenia wiem, że złe samopoczucie potrafi zepsuć całą przyjemność ze wspinaczki, ale na szczęście po wyjściu na świeże powietrze i spacerku szybko przyszedłem do siebie.
Babia Góra (1725 m n.p.m.), to najwyższy szczyt Beskidu Żywieckiego, po polskiej stronie granicy położony na terenie wsi Zawoja. Wejście na szczyt rozpoczęliśmy z przełęczy Krowiarki – czerwonym szlakiem. Całą trasę przeszedłem z koleżanką Anką Sz. ze Studenckiego Koła Przewodników Górskich „Harnasie”, której jeszcze raz w tym miejscu bardzo dziękuję za miłe towarzystwo i wspólną wędrówkę.
Samo podejście było całkiem przyjemne i wg mnie niezbyt trudne, choć dość długie – w partiach szczytowych trochę wspinaczki po skałkach, co osobiście bardzo lubię. Dzięki temu, że trzymaliśmy się z Anią blisko Basi, jednej z przewodniczek naszej grupy, miałem okazję dobrze zaznajomić się z historią turystyki na Babiej Górze, zwłaszcza na szczycie, gdzie dokładnie Basia pokazała mi istniejące tam obiekty, jak np. tablicę upamiętniającą pobyt arcyksięcia Józefa Habsburga, czy głaz poświęcony pamięci marszałka Piłsudskiego.
Pogodę mieliśmy świetną, nie za zimno, nie za ciepło, bez deszczu, z przebijającym zza chmur słońcem.
Ze szczytu schodziliśmy szlakiem zielonym, chyba znacznie trudniejszym i o większym nachyleniu. Kilkoro z uczestników naszej grupy skorzystało z uprzejmości GOP-rowców, którzy pomogli im zejść do schroniska, ale że w akcję bezpośrednio był zaangażowany jeden ratownik z quadem, który jeszcze nie mógł dojechać do miejsca, w którym się rozbili, więc trochę się z tym zeszło i biedactwa nieźle wymarzli, bo wieczorem było już zimno. No ale cóż, jak nie od dziś wiadomo, góry to nie Wersal i potrafią spłatać figla. W każdym razie wszyscy szczęśliwie dotarli do miejsca noclegu, czyli skansenu w Zawoi.
Skansen okazał się bardzo przyjemnym miejscem do spania – sławojka na zewnątrz, zimna woda z węża i duże wspólne łóżka, ale ma swój klimat, pięknie pachnie starym drewnem i spało się świetnie, tak więc polecam, zwłaszcza jak ktoś planuje wypad z większą grupą.
W niedzielę rano wyruszyliśmy do Namestowa na Słowacji, żeby przepłynąć na wyspę Słanicki Ostrów na Jeziorze Orawskim, gdzie znajduje się muzeum, głównie z obrazami i rzeźbami artystów ludowych. Na wysepkę tę płynie się kilkanaście minut sporym statkiem turystycznym.
Na tymże statku na ławeczce za mną usiadła słowacka rodzinka z dzieckiem, które ciągle coś kombinowało, próbowało wychodzić za barierkę i dopytywało się kiedy będziemy płynąć, na co chyba tata powiedział zdanie, które brzmiało mniej więcej „patrz do zadu, jak nasztartują motor” (i jeszcze ten akcent) – języki słowacki i czeski brzmią dla mnie naprawdę uroczo i miałem okazję w czasie rejsu troszkę posłuchać sobie konwersacji na żywo.
Zatem vystupovaliśmy na Slanický ostrov, gdzie – jak wspominałem – można zobaczyć całkiem sporą kolekcję obrazów i rzeźb, a właściwie w większości płaskorzeźb, co akurat z mojego punktu widzenia jest minusem, bo wolę rzeźby pełne, które są dla mnie bardziej czytelne. Oprócz ekspozycji w dawnym kościele, na całej wysepce jest rozmieszczony zbiór przydrożnych kapliczek, które miałem okazję dokumentnie obejrzeć znowu dzięki jednej z naszych przewodniczek (ale mi się ładnie zrymowało). Na wyspie znajduje się też pomnik Antona Bernoláka, urodzonego w 1762 r. we wsi Slanica, twórcy literackiego języka słowackiego. Słanicki ostrów to najwyższy punkt zalanej w czasie tworzenia Jeziora Orawskiego Słanicy, który znalazł się nad poziomem lustra wody, a ekspozycja muzealna znajduje się w zabytkowym kościele, który był kościołem parafialnym tej wsi. Poza tym wysepka jest bardzo przyjemnym miejscem, żeby po prostu tam sobie pobyć, aż miałem ochotę powylegiwać się i pogrzać na słońcu jak żmija, ale niestety na zwiedzanie mieliśmy tylko trochę ponad pół godziny, gdyż musieliśmy zdążyć na statek, który odpływał z powrotem do Namestowa. Po przybyciu na miejsce nastąpiło niestety już ogólnogrupowe pożegnanie, gdyż trzeba było wracać, a wielu z nas nie jechało do Wrocławia.
Po ok. czterogodzinnej podróży, którą jak poprzednio odbyłem w niezwykle wygodnym pseudobagażniku samochodu „Dzika”, przybyliśmy do Wrocławia późnym popołudniem.
Razem z Mateuszem znowu wprosiliśmy się na nocleg do Destiny. Jako że wieczór był jeszcze długi postanowiliśmy nie siedzieć w domu, tylko spędzić go aktywnie. Najpierw poszliśmy więc na kolację, a później siedzieliśmy na wrocławskim Rynku i słuchaliśmy tam pana śpiewającego i grającego na gitarze różne rockowe kawałki, który robił to naprawdę świetnie, co raczej niezbyt często zdarza się ulicznym grajkom. Dzięki Destinie miałem okazję zapoznać się także z trzema niepełnosprawnymi krasnalami tj. W-skersem, Głuchkiem i Ślepkiem (czy też Głuchakiem i Ślepakiem, bo nie mogę ustalić, która wersja jest w końcu poprawna, ale ta pierwsza bardziej mi się podoba). Niestety Ślepek został pokrzywdzony, gdyż ktoś mu ukradł blondynkę, tzn. białą laskę. Może to jakiś niewidomy spragniony nauki orientacji przestrzennej potrzebował kija (ciekawe tylko, czy daleko z nim zaszedł), a może jakiś inny krasnal dokonał rabunku, w każdym razie, jak widać, krasnale też doświadczają przemocy na tym najlepszym z możliwych światów.
Nazajutrz Destina musiała wcześnie iść do pracy, więc rano wstaliśmy, żeby się pożegnać. Jako że wyjeżdżałem najpóźniej, zostałem obdarzony największym zaufaniem i dostałem klucze, a obaj z Mateuszem – surowy przykaz, żeby nadmiernie nie drażnić współlokatora, co chyba się udało. Zatem grzecznie zajęliśmy się pakowaniem i porządkami. Mati musiał niedługo się zbierać do wyjazdu, ale nie omieszkał jeszcze odjąć sobie od ust ostatniego 7-days’a (kupionego zapewne za ciężko zarobiony grosz) i podzielić się ze mną, żebym nie padł z głodu. Zatem błogosławieni jesteście „Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść, byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie”.
Po godzinie dziesiątej zjawił się, jak sam się przedstawiał, Krzysiek-policjant, uczestnik naszej grupy, który już wcześniej zadeklarował się, że pomoże mi dostać się na dworzec. Tak więc klucze do mieszkania Destiny wylądowały na komisariacie, a ja w bardzo sympatycznym towarzystwie funkcjonariusza resortów siłowych zostałem odstawiony na dworzec i zapakowany do autobusu.
Bez większych przygód wróciłem do domu wieczorem, z zadowolenia pijany i prawdziwy, że tak pozwolę sobie sparafrazować wybitnego polskiego artystę kultury wysokiej Dariusza Paraszczuka, szerzej znanego jako Para Wino.
Podsumowując: mój pierwszy wyjazd z ekipą „Razem na Szczyty” uważam za jak najbardziej udany i jeśli tylko będę mógł nie omieszkam skorzystać z możliwości wzięcia udziału w kolejnych, co też polecam każdej osobie niezdecydowanej, bo naprawdę warto.

PS: Jako że z powodu mojego zabałaganionego życia zmarudziłem z ukończeniem całości relacji i przesyłam ją do cenzury jakieś trzy miesiące po wyjeździe (ale jak wiadomo co się odwlecze, to nie uciecze), w tzw. międzyczasie zdążyłem jeszcze uczestniczyć w zdobyciu Wysokiej i Radziejowej. Nie zamierzam tu pisać kolejnej relacji, ani niczego porównywać, bo każdy wyjazd jest jedyny w swoim rodzaju. Chciałem tylko podziękować kierowi Tomkowi za organizację fantastycznej wycieczki, Magdzie J. za prowadzenie mnie jednym z moich ulubionych pienińskich szlaków (z Obidzy na Wysoką), a zwłaszcza za zafundowanie mi przy okazji przyspieszonego kursu botaniki zakończonego egzaminem, oraz degustacji wszelkich borówek, jeżyn, orzechów etc. i oszczędzenie mi degustacji muchomorów, Magdzie H. Marioli B. i Pawłowi Z. za bycie przewodnikami podczas bardzo fajnego zdobywania Radziejowej, wejścia na wieżę widokową i niemniej przyjemnego schodzenia ze szczytu, Gabrysi C. za dowiezienie z Krakowa i z powrotem i organizację naszej grupki, Krzysiowi K za wspólną podróż z i do Warszawy, Kierze za wylizanie mi pyska, zżeranie ogryzków i wpychanie sznupy do plecaka, oraz wszystkim za wspaniałą atmosferę.

tekst: Paweł Miąsik

Marcin o zdobywaniu Wysokiej

 

Nad przełęczą Obidza wiszą ciężkie, szare chmury. Od rana monotonnie pada deszcz, a widoczność jest fatalna. Ze schowanych pod kapturami twarzy niewiele można wyczytać – wiem jednak na pewno, że wszyscy, mimo pogody, są zdeterminowani by zdobyć dziś szczyt. W deszczu i po błocie, bez pejzaży i wodą kapiącą z drzew – właśnie tak rozpoczyna się nasza wyprawa na Wysoką, najwyższy szczyt Pienin.

W marszu jest jednak lepiej. Ruch rozgrzewa, a pod osłoną lasu zaryzykować można zdjęcie kaptura. I choć stale musimy omijać błotniste kałuże, to jednak pełni zapału przemy naprzód. Nasz pierwszy postój wypada przy… muchomorach. Zaraz obok ścieżki znajdujemy kilka tych czerwonych, cętkowanych grzybów, rosnących malowniczo niczym na obrazku z dziecięcej książeczki. Nic więc dziwnego, że na chwilę lądują w centrum uwagi wszystkich obecnych fotografów. Gdy sesja zdjęciowa dobiega końca, ruszamy dalej. W drodze na przełęcz Rozdziela zastanawiamy się jak radzi sobie reszta naszej ekipy. Bo nasza kilkuosobowa grupka to tylko mała część dzisiejszej wyprawy na Wysoką – większość uczestników spróbuje zdobyć szczyt od strony Wąwozu Homole. Choć ich trasa jest krótsza, to nie będzie należeć do łatwych – naszych przyjaciół czeka wyczerpująca wędrówka po głazach, a także ostre podejście na przełęcz. Z Rodziela zerkamy więc w prawo, w stronę Jaworek, skąd powinni właśnie wyruszać na szlak. Niestety, całe niebo wciąż zasnute jest ciężkimi chmurami, a panorama zamyka się kilkadziesiąt metrów przed nami pośród szarej mgły. Choć stanowiąca granicę pomiędzy Beskidem Sądeckim a Pieninami przełęcz Rodziela zachęca zazwyczaj do dłuższych odpoczynków i podziwiania widoków, my po krótkim odsapnięciu ruszamy dalej. W końcu przed nami pierwsze „zasadnicze podejście”. Ten termin będzie nam towarzyszył przez całą wycieczkę. Oznacza on nic innego jak męczący fragment trasy, na którym trzeba pokonać duże przewyższenie – dla nas stanie się jednak miarą odległości i czasu. Podczas kolejnego odpoczynku dzielimy się czekoladą i liczymy patrząc na mapę – jeszcze tylko trzy „zasadnicze podejścia” i zdobędziemy szczyt.

Gdy mijamy grzbiet Watriska i wychodzimy z lasu, wita nas przebijające się przez chmury słońce. Chętnie wystawiamy pod jego promienie nasze twarze, rozkoszując się każdą chwilą ciepła. Wrześniowe słońce przyjemnie rozgrzewa, a nasze kurtki wreszcie lądują w plecakach. Widzimy też już skalisty wierzchołek Wysokiej – cel wydaje się już bardzo blisko, a jednak nadal przed nami półtorej godziny marszu. Niebo tymczasem zaczyna przypominać szachownicę – zwały szarych chmur przeplatają się z plamami błękitnego nieba. Wszyscy mamy nadzieję, że trafimy na szczyt akurat gdy będzie słonecznie. Prognoza na dziś zapowiadała „pogodowe okno” do godziny 13. Nie szczędzimy więc nóg, zmagając się z kolejnym „zasadniczym podejściem”.
Gdy zaczynamy trawersować wierzchołek Wysokiej, nasza ścieżka znacząco się zwęża, a pod stopami pojawiają się śliskie korzenie i kamienie. Na dobrą sprawę obchodzimy szczyt dookoła – jedyna prowadząca na niego droga podchodzi z dokładnie przeciwnej strony niż my przywędrowaliśmy. Po drugiej stronie grzbietu spotykamy wspinającą się ostro ścieżkę z Wąwozu Homole. To właśnie nią podchodzić będzie reszta naszej ekipy. Na razie jednak ich nie widać, a my zaczynamy kolejne „zasadnicze podejście”, zdecydowanie najtrudniejsze z dotychczasowych. Mocno nachylona trasa prowadzi do góry, po zboczu, przecinając las. To taki fragment wycieczki, z którego najlepiej pamięta się widok własnych butów, kamieni na ścieżce i plączących się pod nogami korzeni. Ten odcinek na szczęście jest krótki, nie mija nawet 15 minut, a my docieramy na przełęcz. Stąd na szczyt już tylko jedno… „zasadnicze podejście”. Ich liczba dawno przestała się nam zgadzać, przez cały dzień zdążyliśmy naliczyć koło ośmiu. Otuchy dodaje nam jednak tabliczka z napisem „na szczyt”. Pewni, iż czekające nas podejście jest faktycznie ostatnim, ruszamy pod górę.

Słowacka nazwa Wysokiej – Vysoké Skalky nie powstała bez powodu. Dość szybko na naszej trasie pojawiają się metalowe schodki pomagające pokonać skaliste zbocze. Ścieżka pomiędzy nimi jest wąska, musimy więc bardzo uważać. Wytrwale wspinamy się jednak do góry. Na któryś z kolei schodach ponad naszymi głowami otwiera się widok na niebo. Wychodzimy wreszcie ponad drzewa, zdobywając tak upragniony szczyt. I choć od razu uderza nas zimny wiatr, a szare chmury powróciły na niebo, to jednak w tej chwili nie ma to znaczenia. Jest tylko duma i satysfakcja. Choć pada pomysł zamówienia tutaj pizzy ze Szczawnicy, ograniczamy się jednak do szybkiej przekąski. Na dłuższy odpoczynek postanawiamy się zatrzymać dopiero po zejściu na przełęcz, w lesie, gdzie będziemy osłonięci od wiatru. Pamiątkowe zdjęcie robi nam zapoznany samotny turystka, który podobnie jak my zdobywa Koronę Gór Polski. Zapraszamy go, by następny szczyt wybrał się razem z nami, po czym ruszamy w dół. Zgodnie z planem, po zejściu na przełęcz pozwalamy sobie na chwilę przerwy. Wciąż rozpiera nas duma, przez co nawet zwykła czekolada smakuje jak największy rarytas. Ciepłe promienie słońca przebijają się przez liście drzew i dodają nam sił przed drogą powrotną. Planujemy wracać nieco inną trasą, trawersem pod grzbietem, przez odsłonięte zbocze, pokryte trawiastymi łąkami. Gdy tylko jednak wychodzimy z lasu, dostrzegamy drugą część naszej ekipy, wspinającą się po zboczu. Chmury gdzieś się rozwiały, a całą dolinę skąpało popołudniowe słońce – korzystamy więc z okazji i wspólnie rozkładamy się na miękkiej trawie. Dla nas to jeszcze jeden zasłużony odpoczynek, dla nich – chwila wytchnienia przed ostatnim, ostrym podejściem na szczyt.

Czas nie pozwala nam się jednak zbyt rozleniwić, wszyscy wciąż mamy sporo do przejścia. Trzymając kciuki za naszych przyjaciół ruszamy wzdłuż łąki, początkowo na przełaj, bez ścieżki. Szybko natrafiamy jednak na ubitą drogę, która zaprowadzi nas pod Watrisko. Całkiem się już wypogadza, towarzyszą więc nam piękne widoki, głównie na Beskid Sądecki i nasz jutrzejszy cel – Radziejową. Ostatni dłuższy odpoczynek przed powrotem na Obidzę, gdzie zostało auto, robimy na znajomej już nam przełęczy Rozdziela. Tym razem rozciąga się stąd prawdziwie górska panorama, obejmująca między innymi Trzy Korony i Lubań. Zachodzące słońce i wczesna jesień nadają temu pejzażowi niezwykłych barw – jest więc pretekst by usiąść jeszcze na chwilę i posilić się ostatnimi kostkami czekolady. Spotykamy tutaj także prowadzącego owce bacę. Próbujemy się od niego dowiedzieć jak duże jest jego stado. Sam jednak zdaje się nie do końca orientować i jedna informacja jaką od niego wyciągamy to: „mało”.

Najbardziej dłuży się nam sama końcówka trasy. Niecierpliwie wypatrujemy więc wszystkich miejsc, które zapamiętaliśmy z rana. Gdy wreszcie naszym oczom ukazują się charakterystyczne muchomory, wiemy, że już niedaleko. I faktycznie po kilku chwilach docieramy na Obidzę. Jesteśmy zmęczeni i ubłoceni, ale także szczęśliwi. Tak szczęśliwi, jak da się tylko w górach. Przepełnia nas radość kolejnego zwycięstwa. Bo dziś każdy pokonał własne ograniczenia i słabości, zdobywając swój szczyt. Szczyt wyjątkowy, bo indywidualny, często zupełnie inny od tego na mapie. Ale przez to znacznie ważniejszy.
Niebo jest prawie bezchmurne, a na jutrzejszą wyprawę na Radziejową zapowiada się doskonała pogoda.

tekst: Marcin Bojarski

4×4 a właściwie 6×5

 

4×4

Sobota – Rudawiec
Niedziela – Kowadło
Poniedziałek – Wielka Sowa
Wtorek – Śnieżka

To bilans górskiej wyrypy jaką w ostatnich dniach przeszła jedna z uczestniczek projektu Razem na Szczyty.

Ania Makowska, bo o niej mowa, zdobywa Koronę Gór Polski z niezwykłą wytrwałością i konsekwencją. Albo podczas wyjazdów projektowych, albo samodzielnie zorganizowanych wycieczek, z uporem maniaka dodaje kolejne szczyty do swojej kolekcji.

A przecież wcześniej nie jeździła w góry…. .

Można?

Można!

tekst: Asia C.

Relacja Ani z tego wyjątkowo obfitującego w zdobycze tygodnia:

Po dwóch tygodniach od zdobycia Wysokiej znowu jadę w góry. Zbiórka większości osób jadących na kolejną wycieczkę w ramach projektu Razem na Szczyty jest we Wrocławiu. Jadę więc do tego miasta jak zwykle nocnym autobusem. To nic, że kiepsko się śpi w autobusie, że w zasadzie nie mogę dobrze wypocząć. Liczy się to, że będę w górach, że ponownie razem wyruszymy na szlak. W sobotę rano na dworcu we Wrocławiu czeka na mnie Jarek (Dziku). Potem jeszcze powitanie z innymi miłośnikami górskich wycieczek. Jednych widzę już po raz kolejny, innych dopiero poznaję, bo pierwszy raz wybrali się na wyprawę z ekipą projektu. Wyruszamy do Bielic. Tam w bazie noclegowej zostawiamy bagaże, zabierając ze sobą tylko to, co jest najbardziej potrzebne na szlaku. Dziś celem naszej wędrówki jest Rudawiec (1112m n.p.m) jest to najwyższy szczyt Gór Bialskich. Idziemy powoli, czasu mamy sporo, nikt nas nie goni, bo przecież górskie wycieczki to nie żadne wyścigi. To nie takie ważne kto pierwszy wejdzie na szczyt, bo i tak idziemy zawsze razem. Pogoda nam dopisuje, humory mamy świetne. Droga nie wydaje się taka trudna, choć myślę, że stopień trudności nigdy nie jest dla wszystkich jednakowy. Zależy to przecież od rodzaju i stopnia niepełnosprawności. Zawsze jednak każdy z uczestników, niezależnie od tego z jakimi trudnościami się zmaga, daje z siebie wszystko, aby dotrzeć do celu. I to właśnie jest piękne. Wreszcie wszyscy uśmiechnięci stajemy na szczycie Rudawca. Droga powrotna zajmuje nam jeszcze trochę czasu, ale wszyscy bezpiecznie docieramy na nocleg przed zmrokiem. Wieczorem wspólna kolacja, a potem bardzo ciekawy wykład o bezpieczeństwie w górach. Słuchamy o tym jak przygotować się do wycieczek w góry, oglądamy sprzęt przeznaczony do wspinaczek wysokogórskich. Jarek i Paweł opowiadają o swojej niedawnej wyprawie na szczyt mający ponad 7000 m n.p.m.
Następnego dnia idziemy na kolejny z zaplanowanych szczytów – Kowadło (989m n.p.m.) – najwyższy szczyt Gór Złotych. Ze zdumieniem stwierdzam, że nogi nie bolą , że idę w całkiem dobrym tempie. Jest zatem ogromna szansa, że zdobędę drugi szczyt, co mnie bardzo cieszy. Idziemy ramię w ramię z uśmiechami na twarzach. Nawzajem służymy sobie pomocą. Zgrana ekipa Razem na Szczyty doskonale wie, że na szlaku ważne jest nie tylko własne bezpieczeństwo, ale także troska o drugiego człowieka. Powoli osiągamy nasz cel: Kowadło. Znowu w sercach mamy radość z naszego wspólnego sukcesu. A na szczycie czekała na mnie niespodzianka! Dziku otworzył książkę i czyta: „Aniu, za wytrwałość w dążeniu do celu – Ekipa Razem na Szczyty” Dostałam tę książkę od fantastycznych ludzi, którzy pomagają mi realizować marzenia. To dzięki nim pokochałam góry. Ekipo Razem na Szczyty, dziękuję z całego serca za to wielkie wyróżnienie! To naprawdę wzruszające!
Powoli schodzimy ze szczytu, następnie czeka nas jeszcze zwiedzanie kopalni w Kletnie. Potem już spotkanie z rodzicami i pożegnanie z koleżankami i kolegami z projektu. Oni wracają do Wrocławia, a ja wyruszam z rodzicami w dalszą trasę zdobywać kolejne szczyty Korony Gór Polski – te na których nie mogłam być w czasie wypraw projektowych. W planie mamy na pewno Śnieżkę i Wielką Sowę, a co dalej to się dopiero okaże. Plany ambitne, ale czy realne? Nie wiem. Zależy czy nogi wytrzymają taki wysiłek. Chciałam jednak spróbować.
Następnego dnia jedziemy do Sokolca. Spod schroniska Orzeł wyruszamy na szlak w kierunku Wielkiej Sowy. Pogoda mglista, deszcz siąpi, ale na szczęście tylko tak delikatnie. Nie przejmujemy się tym – zakładamy kaptury i idziemy dalej. Pod stopami mamy kamienie, które utrudniają trochę tę drogę, ale mimo to nie rezygnujemy. Po około 1,5 godziny marszu jesteśmy u celu. Przed nami wieża widokowa. Udało się, Wielka Sowa zdobyta! Na szczycie z widoków niestety tylko mgła, szkoda, ale trudno. Robimy pamiątkowe zdjęcia, bo wiadomo – dokumentacja musi być. Potem odpoczynek, kanapki, herbata i czekolada. Zadecydowaliśmy, że wracamy tą samą drogą. Nie wybieramy drogi dłuższej przez Kozie Siodło chyba trochę z obawy, że zabraknie sił i czasu, a nie chcemy schodzić po ciemku. Po dojściu do samochodu ruszamy w stronę Karpacza. Następnym punktem naszego planu jest Śnieżka. Jedziemy. W czasie drogi wysyłam smsy do przyjaciół, również do kilku osób z Ekipy Razem na Szczyty. Oni wiedzą, że jestem jeszcze w górach. Mimo, że nie mogą iść ze mną to czuję, że wspierają jakoś myślami. To naprawdę bardzo ważne.
Wieczorem docieramy na nocleg do Miłkowa oddalonego kilka kilometrów od Karpacza.
Następnego dnia przed południem jesteśmy już przy kolejce linowej na Kopę. Kolejka ta jedzie około 20 minut po czym wysiadamy i dalej już pieszo na szczyt. Idziemy całkiem dobrą, szeroką drogą do schroniska Dom Śląski. Stamtąd już widać Śnieżkę, ale to tylko złudzenie, że jest blisko. Trzeba się jeszcze trochę namęczyć idąc Drogą Jubileuszową wiodącą zakrętami dość stromo na sam szczyt Śnieżki. Po drodze spotykamy turystów- nie tylko Polaków. Jeszcze tylko trochę drogi, parę kroków i jest! Śnieżka zdobyta! Ze szczytu widoki po prostu cudne. Warto było się trudzić, by z wysokości 1602m.n.p.m podziwiać góry. Są przepiękne. Tutaj na szczycie obowiązkowo zdjęcia, potem krótka modlitwa w kaplicy. Następnie odpoczywamy w restauracji. Skusiłam się na gofra z bitą śmietaną. Teraz droga powrotna do stacji kolejki i stale przed nami te same piękne góry, od których oczu oderwać nie chcę. Wróciliśmy na dół ok. godziny 14. Nogi już trochę bolały, ale to nic. Cieszę się ze zdobycia kolejnego szczytu Korony Gór Polski. Radość moja jest tak wielka, że chcę się nią podzielić z przyjaciółmi, aby oni mogli się cieszyć razem ze mną. Wysyłam im smsa: „górskie szaleństwo trwa. Śnieżka zdobyta. 4 szczyty Korony w 4 dni. Tak to jeszcze nigdy nie było.” Sama jestem zdumiona zawrotnym tempem zdobywania szczytów. Zastanawiam się: jak to się stało? jak to możliwe? Jak ja to zrobiłam i skąd miałam tyle siły? Myślę, że bardzo pomaga opieka Opatrzności Bożej oraz wsparcie bliskich i przyjaciół, które czuję. A może to kolejne sukcesy dodają sił i motywacji w dążeniu do celu?
We wtorek wieczorem zapadła decyzja, że następnego dnia pojedziemy do Kosarzysk, by ponownie spróbować zdobyć Radziejową- najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego. Droga do Kosarzysk jest długa, więc będzie przynajmniej jeden dzień odpoczynku.
W czwartek pobudka o 6.00, szybkie śniadanie, a po nim podjeżdżamy jeszcze trochę samochodem i o 7.00 jesteśmy już na szlaku. Idziemy najpierw szlakami czerwonym i niebieskim. Droga prosta i łatwa. Nagle… Ups… nie ma niebieskiego szlaku, jest tylko czerwony… Oznacza to, że minęliśmy rozwidlenie szlaków i źle idziemy. Pamiętam trochę tą drogę sprzed dwóch tygodni i wiem, że powinniśmy iść niebieskim do Wielkiego Rogacza, a potem dopiero czerwonym na Radziejową. Tak też wynikało z mapy. Zawracamy do ostatnio widzianych znaków. Nie jest daleko i za chwilę jesteśmy na właściwym – niebieskim szlaku. Tu już idziemy trochę bardziej pod górę, ale nie jest ciężko. Podziwiamy piękną jesienną przyrodę, którą uwieczniamy na zdjęciach. Z daleka widać nawet ośnieżone Tatry. Po bardzo kamienistej drodze dochodzimy do Rogacza Wielkiego. Tutaj droga zrobiła się chwilowo trochę łatwiejsza. Na znakach informacja, że do szczytu 45 minut. Dla mnie będzie dłużej, ale to nie szkodzi. Ostatni etap to strome, trudne podejście z licznymi kamieniami. Wiele sił to kosztuje, ale się nie poddaję. Otuchy dodaje myśl, że na pewno jest już blisko. Kiedy zobaczyłam drewnianą wieżę, wiedziałam, że jesteśmy na szczycie. Znam tą wieżę ze zdjęć zrobionych przez ekipę Razem na Szczyty. Udało się! za drugim razem Radziejowa została zdobyta! Oznacza to, że mam już 21 szczytów Korony Gór Polski! Jest wielka radość! Jak dobrze smakują kanapki i herbata po takim wysiłku. Kiedy zrobiło się zimno zaczęliśmy schodzić. Trochę strachu miałam w oczach, bo zejście ze stromego szczytu jest znacznie trudniejsze. Trzeba naprawdę bardzo uważać. Idziemy powoli. Byle tylko dojść do przełęczy. Zejście z Rogacza Wielkiego już nie będzie takie trudne. Na Przełęczy Obidza, gdzie stoi samochód jesteśmy ok. godziny 13. Urlop w górach udał się znakomicie. Plan wykonany. 5 szczytów zdobyliśmy w ciągu 6 dni. Wróciłam do domu zmęczona, ale bardzo szczęśliwa, z ogromną wdzięcznością w sercu. Dziękuję Ekipie projektu „Razem na Szczyty” oraz moim rodzicom. Jestem pewna, że udział w projekcie i wspólne zdobywanie szczytów to jedna z najlepszych i najpiękniejszych przygód w moim życiu. Dziękuję Wam!
Ania.

Ani relacja z wrześniowego wyjazdu

 

Z ekipą projektu „Razem na Szczyty” jestem związana od maja ubiegłego roku, odkąd wspólnie wyruszamy w góry. Od tego czasu staram się jeździć w góry tak często jak to możliwe. W czasie tegorocznych wakacji jednak nie mogłam wyruszyć na wspólną wycieczkę. Dwa miesiące przerwy to trochę dużo, więc zatęskniłam za ludźmi z projektu, za górami. Z radością więc przyjęłam wiadomość o zakwalifikowaniu mnie na wyjazd we wrześniu. Naszym celem było wtedy zdobycie Wysokiej w Pieninach i Radziejowej w Beskidzie Sądeckim. 20 września wyruszyłam z koleżanką z Lublina do Nowego Sącza, gdzie spotkałyśmy się z moim tatą, który wracał od babci. Dalej pojechaliśmy w trójkę do Kosarzysk, gdzie w stanicy harcerskiej mieliśmy bazę noclegową. Droga od przystanku autobusowego do stanicy wiodła pod górę, więc mieliśmy trening przed zdobywaniem szczytów zaplanowanych na kolejne dni. Trening ten był znacznie dłuższy niż przypuszczaliśmy, gdyż tak się rozpędziliśmy, że minęliśmy stanicę i poszliśmy na ścieżkę edukacyjną daleko w las. Trzeba było się wracać. Wieczorem, gdy już wszyscy wycieczkowicze dojechali, były zabawy integracyjne oraz ważne ogłoszenia dotyczące jutrzejszej wędrówki. Na szczyt Wysokiej poszliśmy w dwóch grupach różnymi trasami. Pierwszą grupę idącą trasą dłuższą poprowadził Tomek, a drugą, która szła trasą krótszą – Magda. Byłam w grupie Magdy. Nasza trasa wiodła przez piękny wąwóz Homole, w którym było mnóstwo strumyków, kładek, schodków, kamieni i trochę błota również. Za wąwozem droga przez łąkę już znacznie łatwiejsza. Najtrudniejszy był jednak ostatni etap drogi. Kilka razy ostro pod górę, kamienie, korzenie i schody. Dużo sił mnie kosztowały te podejścia, w głowie kołatały się myśli: ile to jeszcze tej trudnej drogi na szczyt? czy wystarczy mi sił? czy wystarczy czasu? Trzeba przecież jeszcze wrócić. Na pierwszym trudnym podejściu tato sugerował wycofanie… A ja tak bardzo nie chciałam rezygnować, nie chciałam się poddawać. Powiedziałam, że idziemy. Za chwilę powinno być wywłaszczenie drogi, wtedy zobaczymy co dalej. Po konsultacji z Magdą przewodniczką zadecydowałam, że idę dalej, gdyż Magda powiedziała, że do szczytu nie jest tak bardzo daleko, że trochę czasu jeszcze mamy – najwyżej wrócimy później do stanicy. Idę więc dalej przy pomocy i dopingu reszty grupy. Jakże cenne to było wsparcie, dodawało sił i wiary, że się uda. W pewnym momencie Magda powiedziała mi:
– mam dla ciebie dobrą wiadomość 
pokazała mi tabliczkę z napisem: DO SZCZYTU. Wiedziałam, że to już blisko. Magda dodała jeszcze:
– będziesz się wspinała mocno pod górę, ale szczyt będziesz już widziała. Te słowa tym bardziej dodawały mi sił. Udało się zdobyć Wysoką! Oczy mi zwilgotniały ze wzruszenia, ze szczęścia. I jeszcze nagroda za wysiłek: widoczna ze szczytu piękna panorama gór. Podziwialiśmy te piękne widoki, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie i ruszyliśmy w drogę powrotną jak zwykle trudniejszą niż ta na szczyt. Zawsze trudniej się schodzi tym bardziej że góra jest stroma. Asekurowaliśmy się nawzajem, aby nikt nie spadł i nie zrobił sobie krzywdy. Droga powrotna była krótsza, bo ostatni jej etap pokonaliśmy kolejką linową, a potem już samochodami jechaliśmy do stanicy.
Sobota zakończyła się sukcesem. Razem zdobyliśmy kolejny szczyt Korony Gór Polski. Jestem wdzięczna wszystkim towarzyszom tej drogi za wsparcie i pomoc. Dziękuję szczególnie Magdzie za to, że jako przewodniczka dała mi szansę zdobycia Wysokiej, że nie wycofała mnie z trasy tuż przed szczytem.
W niedzielę rano z Przełęczy Obidza wyruszyliśmy na kolejny szczyt Radziejową. Droga zdecydowanie łatwiejsza niż ta, która wiodła na Wysoką. Mino to już na początku zorientowałam się, że tak całkiem łatwo nie będzie. Po sobotniej ciężkiej walce o zdobycie Wysokiej nogi bolały- nie zdążyły wystarczająco odpocząć przez jedną noc i w związku z tym szłam znacznie wolniej. Stało się dla mnie jasne, że nie zdążę dotrzeć na szczyt, że tym razem się nie uda. Podjęłam jednak próbę przejścia choć części tej drogi. Nie byłam sama. Szedł ze mną tato oraz Kaifa i Małgosia. Mimo, że nie doszliśmy na szczyt byliśmy ze sobą i było nam razem dobrze. A Radziejowa pozostaje do zdobycia i choćby z tego powodu wiedziałam, że chcę tu wrócić i próbować jeszcze raz.

Z serdecznym pozdrowieniem i podziękowaniem Ekipie Razem na Szczyty za wspólny czas
w górach
Ania

Po październikowym wyjeździe

 

Hubert wspomina:

Witajcie. Kilka dni temu pojechaliśmy w góry. Było prześwietnie. Ludzie życzliwi, pomagający sobie. Czułem się potrzebny i moje kalectwo zeszło na dalszy plan. Może i ja też komuś w czymś pomogłem?… Kilka osób było tak zabawnych, że chyba wszystkim udzielał się dobry humor. Mam piękne wspomnienia z tej wyprawy. Z mojej strony zapraszam wszystkich tych, którzy jeszcze nie byli – naprawdę warto!
Od dzieciństwa razem z rodziną chodziłem po górach – kochaliśmy je i nadal bardzo je lubimy. Dobrze, że istnieje Projekt „Razem na szczyty” i że organizuje dla osób niepełnosprawnych integracyjne wyjazdy w góry. Szkoda, że takich organizacji jest tak mało.
Tym osobom, które były na wyprawie, serdecznie dziękuję.
Hubert 🙂

A poniżej galerie zdjęć:

Na początek zdjęcia Romka:
Góry Bialskie – Rudawiec
Góry Złote – Kowadło

Powrót w góry

 

Wszystko zaczęło się od Ani K., która powiedziała mi w wakacje o projekcie Razem na Szczyty. Postanowiłam spróbować, udało się i oto jestem.

Witam wszystkich, którzy byli razem ze mną zdobywali szczyty w dniach 5-6.10.2013 r. w Górach Bialskich – Rudawiec i w Górach Złotych – Kowadło.
Kierownikiem mojego pierwszego od lat wyjazdu w góry był Jarek Jóźwicki, a w roli przewodnika świetnie spisywała się Marta Sporysz.
W pierwszy dzień nie dotarłam na najwyższy szczyt Gór Bialskich – Rudawiec. Niemniej jednak i tak osiągnęłam szczyt moich możliwości. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się iść na własnych nogach tyle godzin pod górę po tak trudnym terenie. Na co dzień poruszam się na wózku lub z chodzikiem po równych powierzchniach dlatego ta wyprawa była dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. Kilka godzin podchodzenia pod górę poskutkowało znaczącym bólem nóg. Jednak ból ten nie był bardzo doskwierający dzięki wesołej ekipie, która towarzyszyła mi przez całą drogę. W drugi dzień większość drogi pokonałam na wózku, a tylko część na własnych nogach. Dzięki grupie zakręconych, super silnych mężczyzn, super dziewczynom i jednej suczce o wdzięcznym imieniu Kiera zdobyłam najwyższy szczyt Gór Złotych – Kowadło. To był mój pierwszy szczyt po bardzo długiej przerwie. Ostatni raz byłam w górach w 1992 roku. Niesamowite uczucie zdobyć szczyt różnymi sposobami i pomysłami. Dziękuję wszystkim, którzy mi pomagali wspierali nie tylko pomocną dłonią, ale także pomysłowością. Naprawdę wielkie dzięki i wielki szacun! Jeśli się czegoś bardzo pragnie, to mimo wszystkich przeciwności się uda mimo bólu, wielkich kamieni, kłód i korzeni pod nogami.
Do zobaczenia na następnym szczycie. Pozdrawiam wszystkich:-)
Gosia Zawisza

Bogucha pisze

 

Wyprawa czasem ekstremalna.

No cóż jak zacząć….Może tak.
Pewnej październikowej soboty grupa pozytywnie nastawionych na przeżycie niesamowitej przygody ludzi wybrała się w Góry Bialskie i i w Góry Złote by zdobyć dwa szczyty.
Zebraliśmy się więc w sobotę z rana przy PKS-sie (tam gdzie zawsze) by się wpakować do aut i wyruszyć przed siebie ku przygodzie. A tym razem dowodził wyprawie Dzikuch, ten który ma fajne wycieraczki w samochodzie – naprawdę.
Ale wracając do wyprawy. Ruszyliśmy w stronę Bielic do haty Majów – miejsca naszego noclegu. Kiedy wszystkie samochody dojechały na miejsce nie czekając długo ruszyliśmy dalej już na nogach. Idziemy i idziemy raz wolniej raz szybciej z postojami z biegającą w tę i z powrotem Kierą (owczarek niemiecki). Po paru zakrętach, stromszych i płaskich podejściach, NO po kilku potknięciach i być może upadkach doszłam, doszliśmy na szczyt. A zapomniałam – weszliśmy na Rudawiec G. Bialskie.
Po sesji zdjęciowej, kiedy już wszyscy weszli, i po odpoczynku zaczęliśmy powoli !!! schodzić. Mówią, że czasem zejście bywa trudniejsze od wejścia i tym razem niestety takie było. Ale z pomocą wielu fajnych osób udało mi się zejść i trochę zjechać i wrócić do haty Majów. .

Kiedy wszystkim się udało zejść i wrócić nastąpił czas na ulokowanie się w pokojach. Przy ciepłym kominku udało nam się zjeść ciepły, wypasiony posiłek i niech żałują Ci, którzy nie jedli i wcinali zupki chińskie. Po napełnieniu brzuchów, i trochę wolnym czasie na odpoczynek, Dzikuch w końcu pokazał nam swój sprzęt do wspinaczki na 7-tysięczniki i z pomocą Pawła opowiedział(li) nam jak bezpiecznie się wspinać i zdobywać wysokie góry. Fajnie i ciekawie im to wyszło. Po prelekcji i pogadance zaczęliśmy się powoli rozchodzić po pokojach i do namiotów (ale tylko Ci najodważniejsi), gdyż była już późna godzina.
Poszliśmy spać..

Następny dzień zaczął się trochę wcześnie, gdyż czekał na nas szczyt zwany Kowadło w G. Złotych. Po podjechaniu pod górę zaczęliśmy iść. Idziemy, idziemy, dosyć prostą łatwą drogą ale jak to w górach bywa łatwa droga się kończy i zaczyna się ekstremalnie. Niestety okazało się zbyt ekstremalnie i musiałam z wielką przegraną zejść. Ale ja tam jeszcze wrócę i wlezę na sam szczyt. To jest pewne. Reszcie grupy udało się wdrapać. Gratuluję !!!!
Gdy zeszłam z Martą, Olą i Dzikuchem do samochodów to wróciłam z Martą do chaty. Ola nas podwiozła i wróciła jeszcze z powrotem na szlak. Dzikuch też zawrócił.

Z Martą czekając na resztę wygrzewaliśmy się na słońcu, huśtałyśmy się na huśtawce – taki powrót do dzieciństwa – było pięknie, cicho, przyjemnie i ciepło. Gdy zdobywcy zeszli do samochodów podjechał po nas Marcin by nas zgarnąć i zabrać do reszty. Kiedy byliśmy już wszyscy razem ruszyliśmy dalej tym razem do Kletna zwiedzić kopalnie Uranu. Po zakupie biletów podwójnych (bo wchodziliśmy parami Uczestnik i Wolontariusz lub Wolontariusz i Uczestnik), oczywiście z przewodnikiem wleźliśmy do ciemnej, mrocznej ale zarazem pięknej kopalni. Pan przewodnik dużo nam pokazał i opowiedział trochę historii i o budowie geologicznej okolicy, w której znajduje się kopalnia. Dzięki Kajfie udało mi się zabrać pare kawałków Fluorytu – minerału, którego jest tam pełno. Po wyjściu z kopalni i podziękowaniu panu Przewodnikowi wróciliśmy do aut. Przyszedł czas na powrót do domów. Po pożegnalnych uściskach, podziękowaniach i uśmiechach wpakowaliśmy się do aut i ruszyliśmy w drogę powrotną do domów.

Dzięki wielkie za możliwość przeżycia niesamowitego weekendu i oczywiście za okazaną mi wszelką pomoc.
No to do zobaczenia na następnej wyprawie.

tekst: Bogucha