Marcin o zdobywaniu Wysokiej

 

Nad przełęczą Obidza wiszą ciężkie, szare chmury. Od rana monotonnie pada deszcz, a widoczność jest fatalna. Ze schowanych pod kapturami twarzy niewiele można wyczytać – wiem jednak na pewno, że wszyscy, mimo pogody, są zdeterminowani by zdobyć dziś szczyt. W deszczu i po błocie, bez pejzaży i wodą kapiącą z drzew – właśnie tak rozpoczyna się nasza wyprawa na Wysoką, najwyższy szczyt Pienin.

W marszu jest jednak lepiej. Ruch rozgrzewa, a pod osłoną lasu zaryzykować można zdjęcie kaptura. I choć stale musimy omijać błotniste kałuże, to jednak pełni zapału przemy naprzód. Nasz pierwszy postój wypada przy… muchomorach. Zaraz obok ścieżki znajdujemy kilka tych czerwonych, cętkowanych grzybów, rosnących malowniczo niczym na obrazku z dziecięcej książeczki. Nic więc dziwnego, że na chwilę lądują w centrum uwagi wszystkich obecnych fotografów. Gdy sesja zdjęciowa dobiega końca, ruszamy dalej. W drodze na przełęcz Rozdziela zastanawiamy się jak radzi sobie reszta naszej ekipy. Bo nasza kilkuosobowa grupka to tylko mała część dzisiejszej wyprawy na Wysoką – większość uczestników spróbuje zdobyć szczyt od strony Wąwozu Homole. Choć ich trasa jest krótsza, to nie będzie należeć do łatwych – naszych przyjaciół czeka wyczerpująca wędrówka po głazach, a także ostre podejście na przełęcz. Z Rodziela zerkamy więc w prawo, w stronę Jaworek, skąd powinni właśnie wyruszać na szlak. Niestety, całe niebo wciąż zasnute jest ciężkimi chmurami, a panorama zamyka się kilkadziesiąt metrów przed nami pośród szarej mgły. Choć stanowiąca granicę pomiędzy Beskidem Sądeckim a Pieninami przełęcz Rodziela zachęca zazwyczaj do dłuższych odpoczynków i podziwiania widoków, my po krótkim odsapnięciu ruszamy dalej. W końcu przed nami pierwsze „zasadnicze podejście”. Ten termin będzie nam towarzyszył przez całą wycieczkę. Oznacza on nic innego jak męczący fragment trasy, na którym trzeba pokonać duże przewyższenie – dla nas stanie się jednak miarą odległości i czasu. Podczas kolejnego odpoczynku dzielimy się czekoladą i liczymy patrząc na mapę – jeszcze tylko trzy „zasadnicze podejścia” i zdobędziemy szczyt.

Gdy mijamy grzbiet Watriska i wychodzimy z lasu, wita nas przebijające się przez chmury słońce. Chętnie wystawiamy pod jego promienie nasze twarze, rozkoszując się każdą chwilą ciepła. Wrześniowe słońce przyjemnie rozgrzewa, a nasze kurtki wreszcie lądują w plecakach. Widzimy też już skalisty wierzchołek Wysokiej – cel wydaje się już bardzo blisko, a jednak nadal przed nami półtorej godziny marszu. Niebo tymczasem zaczyna przypominać szachownicę – zwały szarych chmur przeplatają się z plamami błękitnego nieba. Wszyscy mamy nadzieję, że trafimy na szczyt akurat gdy będzie słonecznie. Prognoza na dziś zapowiadała „pogodowe okno” do godziny 13. Nie szczędzimy więc nóg, zmagając się z kolejnym „zasadniczym podejściem”.
Gdy zaczynamy trawersować wierzchołek Wysokiej, nasza ścieżka znacząco się zwęża, a pod stopami pojawiają się śliskie korzenie i kamienie. Na dobrą sprawę obchodzimy szczyt dookoła – jedyna prowadząca na niego droga podchodzi z dokładnie przeciwnej strony niż my przywędrowaliśmy. Po drugiej stronie grzbietu spotykamy wspinającą się ostro ścieżkę z Wąwozu Homole. To właśnie nią podchodzić będzie reszta naszej ekipy. Na razie jednak ich nie widać, a my zaczynamy kolejne „zasadnicze podejście”, zdecydowanie najtrudniejsze z dotychczasowych. Mocno nachylona trasa prowadzi do góry, po zboczu, przecinając las. To taki fragment wycieczki, z którego najlepiej pamięta się widok własnych butów, kamieni na ścieżce i plączących się pod nogami korzeni. Ten odcinek na szczęście jest krótki, nie mija nawet 15 minut, a my docieramy na przełęcz. Stąd na szczyt już tylko jedno… „zasadnicze podejście”. Ich liczba dawno przestała się nam zgadzać, przez cały dzień zdążyliśmy naliczyć koło ośmiu. Otuchy dodaje nam jednak tabliczka z napisem „na szczyt”. Pewni, iż czekające nas podejście jest faktycznie ostatnim, ruszamy pod górę.

Słowacka nazwa Wysokiej – Vysoké Skalky nie powstała bez powodu. Dość szybko na naszej trasie pojawiają się metalowe schodki pomagające pokonać skaliste zbocze. Ścieżka pomiędzy nimi jest wąska, musimy więc bardzo uważać. Wytrwale wspinamy się jednak do góry. Na któryś z kolei schodach ponad naszymi głowami otwiera się widok na niebo. Wychodzimy wreszcie ponad drzewa, zdobywając tak upragniony szczyt. I choć od razu uderza nas zimny wiatr, a szare chmury powróciły na niebo, to jednak w tej chwili nie ma to znaczenia. Jest tylko duma i satysfakcja. Choć pada pomysł zamówienia tutaj pizzy ze Szczawnicy, ograniczamy się jednak do szybkiej przekąski. Na dłuższy odpoczynek postanawiamy się zatrzymać dopiero po zejściu na przełęcz, w lesie, gdzie będziemy osłonięci od wiatru. Pamiątkowe zdjęcie robi nam zapoznany samotny turystka, który podobnie jak my zdobywa Koronę Gór Polski. Zapraszamy go, by następny szczyt wybrał się razem z nami, po czym ruszamy w dół. Zgodnie z planem, po zejściu na przełęcz pozwalamy sobie na chwilę przerwy. Wciąż rozpiera nas duma, przez co nawet zwykła czekolada smakuje jak największy rarytas. Ciepłe promienie słońca przebijają się przez liście drzew i dodają nam sił przed drogą powrotną. Planujemy wracać nieco inną trasą, trawersem pod grzbietem, przez odsłonięte zbocze, pokryte trawiastymi łąkami. Gdy tylko jednak wychodzimy z lasu, dostrzegamy drugą część naszej ekipy, wspinającą się po zboczu. Chmury gdzieś się rozwiały, a całą dolinę skąpało popołudniowe słońce – korzystamy więc z okazji i wspólnie rozkładamy się na miękkiej trawie. Dla nas to jeszcze jeden zasłużony odpoczynek, dla nich – chwila wytchnienia przed ostatnim, ostrym podejściem na szczyt.

Czas nie pozwala nam się jednak zbyt rozleniwić, wszyscy wciąż mamy sporo do przejścia. Trzymając kciuki za naszych przyjaciół ruszamy wzdłuż łąki, początkowo na przełaj, bez ścieżki. Szybko natrafiamy jednak na ubitą drogę, która zaprowadzi nas pod Watrisko. Całkiem się już wypogadza, towarzyszą więc nam piękne widoki, głównie na Beskid Sądecki i nasz jutrzejszy cel – Radziejową. Ostatni dłuższy odpoczynek przed powrotem na Obidzę, gdzie zostało auto, robimy na znajomej już nam przełęczy Rozdziela. Tym razem rozciąga się stąd prawdziwie górska panorama, obejmująca między innymi Trzy Korony i Lubań. Zachodzące słońce i wczesna jesień nadają temu pejzażowi niezwykłych barw – jest więc pretekst by usiąść jeszcze na chwilę i posilić się ostatnimi kostkami czekolady. Spotykamy tutaj także prowadzącego owce bacę. Próbujemy się od niego dowiedzieć jak duże jest jego stado. Sam jednak zdaje się nie do końca orientować i jedna informacja jaką od niego wyciągamy to: „mało”.

Najbardziej dłuży się nam sama końcówka trasy. Niecierpliwie wypatrujemy więc wszystkich miejsc, które zapamiętaliśmy z rana. Gdy wreszcie naszym oczom ukazują się charakterystyczne muchomory, wiemy, że już niedaleko. I faktycznie po kilku chwilach docieramy na Obidzę. Jesteśmy zmęczeni i ubłoceni, ale także szczęśliwi. Tak szczęśliwi, jak da się tylko w górach. Przepełnia nas radość kolejnego zwycięstwa. Bo dziś każdy pokonał własne ograniczenia i słabości, zdobywając swój szczyt. Szczyt wyjątkowy, bo indywidualny, często zupełnie inny od tego na mapie. Ale przez to znacznie ważniejszy.
Niebo jest prawie bezchmurne, a na jutrzejszą wyprawę na Radziejową zapowiada się doskonała pogoda.

tekst: Marcin Bojarski

4×4 a właściwie 6×5

 

4×4

Sobota – Rudawiec
Niedziela – Kowadło
Poniedziałek – Wielka Sowa
Wtorek – Śnieżka

To bilans górskiej wyrypy jaką w ostatnich dniach przeszła jedna z uczestniczek projektu Razem na Szczyty.

Ania Makowska, bo o niej mowa, zdobywa Koronę Gór Polski z niezwykłą wytrwałością i konsekwencją. Albo podczas wyjazdów projektowych, albo samodzielnie zorganizowanych wycieczek, z uporem maniaka dodaje kolejne szczyty do swojej kolekcji.

A przecież wcześniej nie jeździła w góry…. .

Można?

Można!

tekst: Asia C.

Relacja Ani z tego wyjątkowo obfitującego w zdobycze tygodnia:

Po dwóch tygodniach od zdobycia Wysokiej znowu jadę w góry. Zbiórka większości osób jadących na kolejną wycieczkę w ramach projektu Razem na Szczyty jest we Wrocławiu. Jadę więc do tego miasta jak zwykle nocnym autobusem. To nic, że kiepsko się śpi w autobusie, że w zasadzie nie mogę dobrze wypocząć. Liczy się to, że będę w górach, że ponownie razem wyruszymy na szlak. W sobotę rano na dworcu we Wrocławiu czeka na mnie Jarek (Dziku). Potem jeszcze powitanie z innymi miłośnikami górskich wycieczek. Jednych widzę już po raz kolejny, innych dopiero poznaję, bo pierwszy raz wybrali się na wyprawę z ekipą projektu. Wyruszamy do Bielic. Tam w bazie noclegowej zostawiamy bagaże, zabierając ze sobą tylko to, co jest najbardziej potrzebne na szlaku. Dziś celem naszej wędrówki jest Rudawiec (1112m n.p.m) jest to najwyższy szczyt Gór Bialskich. Idziemy powoli, czasu mamy sporo, nikt nas nie goni, bo przecież górskie wycieczki to nie żadne wyścigi. To nie takie ważne kto pierwszy wejdzie na szczyt, bo i tak idziemy zawsze razem. Pogoda nam dopisuje, humory mamy świetne. Droga nie wydaje się taka trudna, choć myślę, że stopień trudności nigdy nie jest dla wszystkich jednakowy. Zależy to przecież od rodzaju i stopnia niepełnosprawności. Zawsze jednak każdy z uczestników, niezależnie od tego z jakimi trudnościami się zmaga, daje z siebie wszystko, aby dotrzeć do celu. I to właśnie jest piękne. Wreszcie wszyscy uśmiechnięci stajemy na szczycie Rudawca. Droga powrotna zajmuje nam jeszcze trochę czasu, ale wszyscy bezpiecznie docieramy na nocleg przed zmrokiem. Wieczorem wspólna kolacja, a potem bardzo ciekawy wykład o bezpieczeństwie w górach. Słuchamy o tym jak przygotować się do wycieczek w góry, oglądamy sprzęt przeznaczony do wspinaczek wysokogórskich. Jarek i Paweł opowiadają o swojej niedawnej wyprawie na szczyt mający ponad 7000 m n.p.m.
Następnego dnia idziemy na kolejny z zaplanowanych szczytów – Kowadło (989m n.p.m.) – najwyższy szczyt Gór Złotych. Ze zdumieniem stwierdzam, że nogi nie bolą , że idę w całkiem dobrym tempie. Jest zatem ogromna szansa, że zdobędę drugi szczyt, co mnie bardzo cieszy. Idziemy ramię w ramię z uśmiechami na twarzach. Nawzajem służymy sobie pomocą. Zgrana ekipa Razem na Szczyty doskonale wie, że na szlaku ważne jest nie tylko własne bezpieczeństwo, ale także troska o drugiego człowieka. Powoli osiągamy nasz cel: Kowadło. Znowu w sercach mamy radość z naszego wspólnego sukcesu. A na szczycie czekała na mnie niespodzianka! Dziku otworzył książkę i czyta: „Aniu, za wytrwałość w dążeniu do celu – Ekipa Razem na Szczyty” Dostałam tę książkę od fantastycznych ludzi, którzy pomagają mi realizować marzenia. To dzięki nim pokochałam góry. Ekipo Razem na Szczyty, dziękuję z całego serca za to wielkie wyróżnienie! To naprawdę wzruszające!
Powoli schodzimy ze szczytu, następnie czeka nas jeszcze zwiedzanie kopalni w Kletnie. Potem już spotkanie z rodzicami i pożegnanie z koleżankami i kolegami z projektu. Oni wracają do Wrocławia, a ja wyruszam z rodzicami w dalszą trasę zdobywać kolejne szczyty Korony Gór Polski – te na których nie mogłam być w czasie wypraw projektowych. W planie mamy na pewno Śnieżkę i Wielką Sowę, a co dalej to się dopiero okaże. Plany ambitne, ale czy realne? Nie wiem. Zależy czy nogi wytrzymają taki wysiłek. Chciałam jednak spróbować.
Następnego dnia jedziemy do Sokolca. Spod schroniska Orzeł wyruszamy na szlak w kierunku Wielkiej Sowy. Pogoda mglista, deszcz siąpi, ale na szczęście tylko tak delikatnie. Nie przejmujemy się tym – zakładamy kaptury i idziemy dalej. Pod stopami mamy kamienie, które utrudniają trochę tę drogę, ale mimo to nie rezygnujemy. Po około 1,5 godziny marszu jesteśmy u celu. Przed nami wieża widokowa. Udało się, Wielka Sowa zdobyta! Na szczycie z widoków niestety tylko mgła, szkoda, ale trudno. Robimy pamiątkowe zdjęcia, bo wiadomo – dokumentacja musi być. Potem odpoczynek, kanapki, herbata i czekolada. Zadecydowaliśmy, że wracamy tą samą drogą. Nie wybieramy drogi dłuższej przez Kozie Siodło chyba trochę z obawy, że zabraknie sił i czasu, a nie chcemy schodzić po ciemku. Po dojściu do samochodu ruszamy w stronę Karpacza. Następnym punktem naszego planu jest Śnieżka. Jedziemy. W czasie drogi wysyłam smsy do przyjaciół, również do kilku osób z Ekipy Razem na Szczyty. Oni wiedzą, że jestem jeszcze w górach. Mimo, że nie mogą iść ze mną to czuję, że wspierają jakoś myślami. To naprawdę bardzo ważne.
Wieczorem docieramy na nocleg do Miłkowa oddalonego kilka kilometrów od Karpacza.
Następnego dnia przed południem jesteśmy już przy kolejce linowej na Kopę. Kolejka ta jedzie około 20 minut po czym wysiadamy i dalej już pieszo na szczyt. Idziemy całkiem dobrą, szeroką drogą do schroniska Dom Śląski. Stamtąd już widać Śnieżkę, ale to tylko złudzenie, że jest blisko. Trzeba się jeszcze trochę namęczyć idąc Drogą Jubileuszową wiodącą zakrętami dość stromo na sam szczyt Śnieżki. Po drodze spotykamy turystów- nie tylko Polaków. Jeszcze tylko trochę drogi, parę kroków i jest! Śnieżka zdobyta! Ze szczytu widoki po prostu cudne. Warto było się trudzić, by z wysokości 1602m.n.p.m podziwiać góry. Są przepiękne. Tutaj na szczycie obowiązkowo zdjęcia, potem krótka modlitwa w kaplicy. Następnie odpoczywamy w restauracji. Skusiłam się na gofra z bitą śmietaną. Teraz droga powrotna do stacji kolejki i stale przed nami te same piękne góry, od których oczu oderwać nie chcę. Wróciliśmy na dół ok. godziny 14. Nogi już trochę bolały, ale to nic. Cieszę się ze zdobycia kolejnego szczytu Korony Gór Polski. Radość moja jest tak wielka, że chcę się nią podzielić z przyjaciółmi, aby oni mogli się cieszyć razem ze mną. Wysyłam im smsa: „górskie szaleństwo trwa. Śnieżka zdobyta. 4 szczyty Korony w 4 dni. Tak to jeszcze nigdy nie było.” Sama jestem zdumiona zawrotnym tempem zdobywania szczytów. Zastanawiam się: jak to się stało? jak to możliwe? Jak ja to zrobiłam i skąd miałam tyle siły? Myślę, że bardzo pomaga opieka Opatrzności Bożej oraz wsparcie bliskich i przyjaciół, które czuję. A może to kolejne sukcesy dodają sił i motywacji w dążeniu do celu?
We wtorek wieczorem zapadła decyzja, że następnego dnia pojedziemy do Kosarzysk, by ponownie spróbować zdobyć Radziejową- najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego. Droga do Kosarzysk jest długa, więc będzie przynajmniej jeden dzień odpoczynku.
W czwartek pobudka o 6.00, szybkie śniadanie, a po nim podjeżdżamy jeszcze trochę samochodem i o 7.00 jesteśmy już na szlaku. Idziemy najpierw szlakami czerwonym i niebieskim. Droga prosta i łatwa. Nagle… Ups… nie ma niebieskiego szlaku, jest tylko czerwony… Oznacza to, że minęliśmy rozwidlenie szlaków i źle idziemy. Pamiętam trochę tą drogę sprzed dwóch tygodni i wiem, że powinniśmy iść niebieskim do Wielkiego Rogacza, a potem dopiero czerwonym na Radziejową. Tak też wynikało z mapy. Zawracamy do ostatnio widzianych znaków. Nie jest daleko i za chwilę jesteśmy na właściwym – niebieskim szlaku. Tu już idziemy trochę bardziej pod górę, ale nie jest ciężko. Podziwiamy piękną jesienną przyrodę, którą uwieczniamy na zdjęciach. Z daleka widać nawet ośnieżone Tatry. Po bardzo kamienistej drodze dochodzimy do Rogacza Wielkiego. Tutaj droga zrobiła się chwilowo trochę łatwiejsza. Na znakach informacja, że do szczytu 45 minut. Dla mnie będzie dłużej, ale to nie szkodzi. Ostatni etap to strome, trudne podejście z licznymi kamieniami. Wiele sił to kosztuje, ale się nie poddaję. Otuchy dodaje myśl, że na pewno jest już blisko. Kiedy zobaczyłam drewnianą wieżę, wiedziałam, że jesteśmy na szczycie. Znam tą wieżę ze zdjęć zrobionych przez ekipę Razem na Szczyty. Udało się! za drugim razem Radziejowa została zdobyta! Oznacza to, że mam już 21 szczytów Korony Gór Polski! Jest wielka radość! Jak dobrze smakują kanapki i herbata po takim wysiłku. Kiedy zrobiło się zimno zaczęliśmy schodzić. Trochę strachu miałam w oczach, bo zejście ze stromego szczytu jest znacznie trudniejsze. Trzeba naprawdę bardzo uważać. Idziemy powoli. Byle tylko dojść do przełęczy. Zejście z Rogacza Wielkiego już nie będzie takie trudne. Na Przełęczy Obidza, gdzie stoi samochód jesteśmy ok. godziny 13. Urlop w górach udał się znakomicie. Plan wykonany. 5 szczytów zdobyliśmy w ciągu 6 dni. Wróciłam do domu zmęczona, ale bardzo szczęśliwa, z ogromną wdzięcznością w sercu. Dziękuję Ekipie projektu „Razem na Szczyty” oraz moim rodzicom. Jestem pewna, że udział w projekcie i wspólne zdobywanie szczytów to jedna z najlepszych i najpiękniejszych przygód w moim życiu. Dziękuję Wam!
Ania.

Ani relacja z wrześniowego wyjazdu

 

Z ekipą projektu „Razem na Szczyty” jestem związana od maja ubiegłego roku, odkąd wspólnie wyruszamy w góry. Od tego czasu staram się jeździć w góry tak często jak to możliwe. W czasie tegorocznych wakacji jednak nie mogłam wyruszyć na wspólną wycieczkę. Dwa miesiące przerwy to trochę dużo, więc zatęskniłam za ludźmi z projektu, za górami. Z radością więc przyjęłam wiadomość o zakwalifikowaniu mnie na wyjazd we wrześniu. Naszym celem było wtedy zdobycie Wysokiej w Pieninach i Radziejowej w Beskidzie Sądeckim. 20 września wyruszyłam z koleżanką z Lublina do Nowego Sącza, gdzie spotkałyśmy się z moim tatą, który wracał od babci. Dalej pojechaliśmy w trójkę do Kosarzysk, gdzie w stanicy harcerskiej mieliśmy bazę noclegową. Droga od przystanku autobusowego do stanicy wiodła pod górę, więc mieliśmy trening przed zdobywaniem szczytów zaplanowanych na kolejne dni. Trening ten był znacznie dłuższy niż przypuszczaliśmy, gdyż tak się rozpędziliśmy, że minęliśmy stanicę i poszliśmy na ścieżkę edukacyjną daleko w las. Trzeba było się wracać. Wieczorem, gdy już wszyscy wycieczkowicze dojechali, były zabawy integracyjne oraz ważne ogłoszenia dotyczące jutrzejszej wędrówki. Na szczyt Wysokiej poszliśmy w dwóch grupach różnymi trasami. Pierwszą grupę idącą trasą dłuższą poprowadził Tomek, a drugą, która szła trasą krótszą – Magda. Byłam w grupie Magdy. Nasza trasa wiodła przez piękny wąwóz Homole, w którym było mnóstwo strumyków, kładek, schodków, kamieni i trochę błota również. Za wąwozem droga przez łąkę już znacznie łatwiejsza. Najtrudniejszy był jednak ostatni etap drogi. Kilka razy ostro pod górę, kamienie, korzenie i schody. Dużo sił mnie kosztowały te podejścia, w głowie kołatały się myśli: ile to jeszcze tej trudnej drogi na szczyt? czy wystarczy mi sił? czy wystarczy czasu? Trzeba przecież jeszcze wrócić. Na pierwszym trudnym podejściu tato sugerował wycofanie… A ja tak bardzo nie chciałam rezygnować, nie chciałam się poddawać. Powiedziałam, że idziemy. Za chwilę powinno być wywłaszczenie drogi, wtedy zobaczymy co dalej. Po konsultacji z Magdą przewodniczką zadecydowałam, że idę dalej, gdyż Magda powiedziała, że do szczytu nie jest tak bardzo daleko, że trochę czasu jeszcze mamy – najwyżej wrócimy później do stanicy. Idę więc dalej przy pomocy i dopingu reszty grupy. Jakże cenne to było wsparcie, dodawało sił i wiary, że się uda. W pewnym momencie Magda powiedziała mi:
– mam dla ciebie dobrą wiadomość 
pokazała mi tabliczkę z napisem: DO SZCZYTU. Wiedziałam, że to już blisko. Magda dodała jeszcze:
– będziesz się wspinała mocno pod górę, ale szczyt będziesz już widziała. Te słowa tym bardziej dodawały mi sił. Udało się zdobyć Wysoką! Oczy mi zwilgotniały ze wzruszenia, ze szczęścia. I jeszcze nagroda za wysiłek: widoczna ze szczytu piękna panorama gór. Podziwialiśmy te piękne widoki, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie i ruszyliśmy w drogę powrotną jak zwykle trudniejszą niż ta na szczyt. Zawsze trudniej się schodzi tym bardziej że góra jest stroma. Asekurowaliśmy się nawzajem, aby nikt nie spadł i nie zrobił sobie krzywdy. Droga powrotna była krótsza, bo ostatni jej etap pokonaliśmy kolejką linową, a potem już samochodami jechaliśmy do stanicy.
Sobota zakończyła się sukcesem. Razem zdobyliśmy kolejny szczyt Korony Gór Polski. Jestem wdzięczna wszystkim towarzyszom tej drogi za wsparcie i pomoc. Dziękuję szczególnie Magdzie za to, że jako przewodniczka dała mi szansę zdobycia Wysokiej, że nie wycofała mnie z trasy tuż przed szczytem.
W niedzielę rano z Przełęczy Obidza wyruszyliśmy na kolejny szczyt Radziejową. Droga zdecydowanie łatwiejsza niż ta, która wiodła na Wysoką. Mino to już na początku zorientowałam się, że tak całkiem łatwo nie będzie. Po sobotniej ciężkiej walce o zdobycie Wysokiej nogi bolały- nie zdążyły wystarczająco odpocząć przez jedną noc i w związku z tym szłam znacznie wolniej. Stało się dla mnie jasne, że nie zdążę dotrzeć na szczyt, że tym razem się nie uda. Podjęłam jednak próbę przejścia choć części tej drogi. Nie byłam sama. Szedł ze mną tato oraz Kaifa i Małgosia. Mimo, że nie doszliśmy na szczyt byliśmy ze sobą i było nam razem dobrze. A Radziejowa pozostaje do zdobycia i choćby z tego powodu wiedziałam, że chcę tu wrócić i próbować jeszcze raz.

Z serdecznym pozdrowieniem i podziękowaniem Ekipie Razem na Szczyty za wspólny czas
w górach
Ania

Po październikowym wyjeździe

 

Hubert wspomina:

Witajcie. Kilka dni temu pojechaliśmy w góry. Było prześwietnie. Ludzie życzliwi, pomagający sobie. Czułem się potrzebny i moje kalectwo zeszło na dalszy plan. Może i ja też komuś w czymś pomogłem?… Kilka osób było tak zabawnych, że chyba wszystkim udzielał się dobry humor. Mam piękne wspomnienia z tej wyprawy. Z mojej strony zapraszam wszystkich tych, którzy jeszcze nie byli – naprawdę warto!
Od dzieciństwa razem z rodziną chodziłem po górach – kochaliśmy je i nadal bardzo je lubimy. Dobrze, że istnieje Projekt „Razem na szczyty” i że organizuje dla osób niepełnosprawnych integracyjne wyjazdy w góry. Szkoda, że takich organizacji jest tak mało.
Tym osobom, które były na wyprawie, serdecznie dziękuję.
Hubert 🙂

A poniżej galerie zdjęć:

Na początek zdjęcia Romka:
Góry Bialskie – Rudawiec
Góry Złote – Kowadło

Powrót w góry

 

Wszystko zaczęło się od Ani K., która powiedziała mi w wakacje o projekcie Razem na Szczyty. Postanowiłam spróbować, udało się i oto jestem.

Witam wszystkich, którzy byli razem ze mną zdobywali szczyty w dniach 5-6.10.2013 r. w Górach Bialskich – Rudawiec i w Górach Złotych – Kowadło.
Kierownikiem mojego pierwszego od lat wyjazdu w góry był Jarek Jóźwicki, a w roli przewodnika świetnie spisywała się Marta Sporysz.
W pierwszy dzień nie dotarłam na najwyższy szczyt Gór Bialskich – Rudawiec. Niemniej jednak i tak osiągnęłam szczyt moich możliwości. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się iść na własnych nogach tyle godzin pod górę po tak trudnym terenie. Na co dzień poruszam się na wózku lub z chodzikiem po równych powierzchniach dlatego ta wyprawa była dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. Kilka godzin podchodzenia pod górę poskutkowało znaczącym bólem nóg. Jednak ból ten nie był bardzo doskwierający dzięki wesołej ekipie, która towarzyszyła mi przez całą drogę. W drugi dzień większość drogi pokonałam na wózku, a tylko część na własnych nogach. Dzięki grupie zakręconych, super silnych mężczyzn, super dziewczynom i jednej suczce o wdzięcznym imieniu Kiera zdobyłam najwyższy szczyt Gór Złotych – Kowadło. To był mój pierwszy szczyt po bardzo długiej przerwie. Ostatni raz byłam w górach w 1992 roku. Niesamowite uczucie zdobyć szczyt różnymi sposobami i pomysłami. Dziękuję wszystkim, którzy mi pomagali wspierali nie tylko pomocną dłonią, ale także pomysłowością. Naprawdę wielkie dzięki i wielki szacun! Jeśli się czegoś bardzo pragnie, to mimo wszystkich przeciwności się uda mimo bólu, wielkich kamieni, kłód i korzeni pod nogami.
Do zobaczenia na następnym szczycie. Pozdrawiam wszystkich:-)
Gosia Zawisza

Bogucha pisze

 

Wyprawa czasem ekstremalna.

No cóż jak zacząć….Może tak.
Pewnej październikowej soboty grupa pozytywnie nastawionych na przeżycie niesamowitej przygody ludzi wybrała się w Góry Bialskie i i w Góry Złote by zdobyć dwa szczyty.
Zebraliśmy się więc w sobotę z rana przy PKS-sie (tam gdzie zawsze) by się wpakować do aut i wyruszyć przed siebie ku przygodzie. A tym razem dowodził wyprawie Dzikuch, ten który ma fajne wycieraczki w samochodzie – naprawdę.
Ale wracając do wyprawy. Ruszyliśmy w stronę Bielic do haty Majów – miejsca naszego noclegu. Kiedy wszystkie samochody dojechały na miejsce nie czekając długo ruszyliśmy dalej już na nogach. Idziemy i idziemy raz wolniej raz szybciej z postojami z biegającą w tę i z powrotem Kierą (owczarek niemiecki). Po paru zakrętach, stromszych i płaskich podejściach, NO po kilku potknięciach i być może upadkach doszłam, doszliśmy na szczyt. A zapomniałam – weszliśmy na Rudawiec G. Bialskie.
Po sesji zdjęciowej, kiedy już wszyscy weszli, i po odpoczynku zaczęliśmy powoli !!! schodzić. Mówią, że czasem zejście bywa trudniejsze od wejścia i tym razem niestety takie było. Ale z pomocą wielu fajnych osób udało mi się zejść i trochę zjechać i wrócić do haty Majów. .

Kiedy wszystkim się udało zejść i wrócić nastąpił czas na ulokowanie się w pokojach. Przy ciepłym kominku udało nam się zjeść ciepły, wypasiony posiłek i niech żałują Ci, którzy nie jedli i wcinali zupki chińskie. Po napełnieniu brzuchów, i trochę wolnym czasie na odpoczynek, Dzikuch w końcu pokazał nam swój sprzęt do wspinaczki na 7-tysięczniki i z pomocą Pawła opowiedział(li) nam jak bezpiecznie się wspinać i zdobywać wysokie góry. Fajnie i ciekawie im to wyszło. Po prelekcji i pogadance zaczęliśmy się powoli rozchodzić po pokojach i do namiotów (ale tylko Ci najodważniejsi), gdyż była już późna godzina.
Poszliśmy spać..

Następny dzień zaczął się trochę wcześnie, gdyż czekał na nas szczyt zwany Kowadło w G. Złotych. Po podjechaniu pod górę zaczęliśmy iść. Idziemy, idziemy, dosyć prostą łatwą drogą ale jak to w górach bywa łatwa droga się kończy i zaczyna się ekstremalnie. Niestety okazało się zbyt ekstremalnie i musiałam z wielką przegraną zejść. Ale ja tam jeszcze wrócę i wlezę na sam szczyt. To jest pewne. Reszcie grupy udało się wdrapać. Gratuluję !!!!
Gdy zeszłam z Martą, Olą i Dzikuchem do samochodów to wróciłam z Martą do chaty. Ola nas podwiozła i wróciła jeszcze z powrotem na szlak. Dzikuch też zawrócił.

Z Martą czekając na resztę wygrzewaliśmy się na słońcu, huśtałyśmy się na huśtawce – taki powrót do dzieciństwa – było pięknie, cicho, przyjemnie i ciepło. Gdy zdobywcy zeszli do samochodów podjechał po nas Marcin by nas zgarnąć i zabrać do reszty. Kiedy byliśmy już wszyscy razem ruszyliśmy dalej tym razem do Kletna zwiedzić kopalnie Uranu. Po zakupie biletów podwójnych (bo wchodziliśmy parami Uczestnik i Wolontariusz lub Wolontariusz i Uczestnik), oczywiście z przewodnikiem wleźliśmy do ciemnej, mrocznej ale zarazem pięknej kopalni. Pan przewodnik dużo nam pokazał i opowiedział trochę historii i o budowie geologicznej okolicy, w której znajduje się kopalnia. Dzięki Kajfie udało mi się zabrać pare kawałków Fluorytu – minerału, którego jest tam pełno. Po wyjściu z kopalni i podziękowaniu panu Przewodnikowi wróciliśmy do aut. Przyszedł czas na powrót do domów. Po pożegnalnych uściskach, podziękowaniach i uśmiechach wpakowaliśmy się do aut i ruszyliśmy w drogę powrotną do domów.

Dzięki wielkie za możliwość przeżycia niesamowitego weekendu i oczywiście za okazaną mi wszelką pomoc.
No to do zobaczenia na następnej wyprawie.

tekst: Bogucha

Wyjazd 5/6 X – relacja Tomka

 

Nocny pociąg z Gdyni do Wrocławia właściwie świeci pustkami. W przedziale prócz mnie jedynie młodziutka dziewczyna, która jedzie do Poznania, a dalej samolotem do Londynu. Mój cel nie jest aż tak odległy. Jadę zdobyć najwyższe szczyty gór Bialskich i Złotych. Jak przez mgłę wracają wspomnienia z samotnych wędrówek po tych najdzikszych pasmach Sudetów. Teraz nie będę tam sam, ale z ponad dwudziestką innych miłośników gór.

Wrocław, spotkanie z uczestnikami projektu „Razem na szczyty”. Pierwszego poznaję Jarka pseudonim „Dziku”. Podchodzi do mnie gdy zajadam kanapkę na dworcu autobusowym. Kilka minut później witam się kolejno z pozostałymi uczestnikami i wolontariuszami projektu. Nawet nie próbuję zapamiętywać imion, w razie potrzeby mogę zapytać.

Z lekkim czasowym poślizgiem opuszczamy Wrocław. Jadę w samochodzie z Jarkiem, Anią, Magdą i Asią. Ja i Magda jesteśmy po raz pierwszy na tego typu wyprawie. Ania to właściwie symbol projektu. Zdobyła już osiemnaście szczytów korony gór polskich, w tym czternaście podczas wypraw projektowych.

Po dwóch godzinach docieramy do Bielic, które będą naszą bazą wypadową. Chwila na pozostawienie bagażu, zjedzenie drugiego śniadania i ruszamy na szlak. Moim przewodnikiem zostaje Piotr, nauczyciel z Poznania. Podobnie jak ja, pierwszy raz bierze udział w projekcie. Celem na dzisiaj jest Rudawiec. Idziemy wolnym tempem. Ideą projektu jest, aby wszyscy uczestnicy, bez względu na niepełnosprawność spróbowali dotrzeć na szczyt.

Bardzo często muszę się mierzyć z pytaniem: dlaczego chodzę po górach? Przecież jako niewidomy jestem pozbawiony tego, co w nich najpiękniejsze, czyli widoków. Dla mnie góry mają więcej niż jeden wymiar. W moim przypadku liczy się zdobycie szczytu, obcowanie z górską przyrodą, poznanie nowych ludzi. Owszem w górach najważniejsze jest to co widać ze szczytu, ale przecież bardzo często nawet himalaiści po zdobyciu ośmiotysięcznika nie są w stanie dostrzec wyciągniętej przed siebie dłoni, a mimo to wspinają się dla samej przyjemności, jaką daje zdobycie szczytu. Dla osób niepełnosprawnych, zwłaszcza ruchowo wejście na górę mającą 1000 metrów jest niejednokrotnie większym wyzwaniem niż szczyty Himalajów dla wytrawnych himalaistów.

W kilku grupach dochodzimy na wierzchołek. Gdyby nie wiatr, byłoby idealnie. Wspólne zdjęcie, chwila odpoczynku i wymarsz w drogę powrotną. Tuż przed zapadnięciem zmroku docieramy do Bielic, gdzie czeka ciepły posiłek. Wieczorne godziny upływają na luźnych pogawędkach oraz na poważnym wykładzie dotyczącym bezpieczeństwa w górach. Mimo, że temat poważny, towarzystwo co jakiś czas wybucha śmiechem. Atmosfera przypomina mi trochę klimat górskich schronisk, w których przed laty spędziłem tak wiele czasu.

Dzień drugi to zdobywanie Kowadła, najwyższego szczytu gór Złotych. Aura przypomina maj lub czerwiec, a jest już przecież początek października. Brak wiatru czyni wędrówkę bardziej przyjemną niż poprzedniego dnia. Tym razem idziemy na tzw. nosa. Znakowany szlak podobno prawie w całości zanikł. To dowód jak mało turystów odwiedza te okolice nazywane sudeckimi Bieszczadami. Tu nie tylko ptaki zawracają, ale nawet zasięg gsm omija te rejony szerokim łukiem. Może i lepiej. Chwila odpoczynku od SMS, MMS, i rozmów telefonicznych dobrze nam zrobi. Wolontariusze dają z siebie wszystko, a nawet więcej. Zwłaszcza ci, którzy pomagają Gosi, jedynej uczestniczce na wózku. Na szczycie rozsiadamy się i łapczywie absorbujemy cudowne słoneczne promienie. Po tradycyjnym zespołowym zdjęciu ruszamy w dół. Co niektórych czeka jeszcze jedna atrakcja, zwiedzanie kopalni złota. Ja niestety muszę wracać. O tym jak dwa dni i góry potrafią zbliżyć ludzi świadczy fakt, że witaliśmy się podając sobie dłoń, a pożegnanie było już na niedźwiedzia.

tekst: Tomasz Wandzel