Sabat czarownic na Łysej Górze

W pewien bardzo mroźny weekend ekipa Razem na szczyty wybrała się w Góry Świętokrzyskie. Dowiedziały się o tym czarownice i zadbały o to, żeby widoki były iście bajkowe. Wysłały też swojego przedstawiciela, żeby wieczorem, przy ognisku pogratulować wszystim zdobywcom Łysicy. A tak to było….

Edi Karolczak GALERIA 1

Asia Ciołek GALERIA 2

Marcin Rżanek GALERIA 3

Oraz galeria zdjęć Romka Drobniaka:

Relacja z Łysicy

 

Ten wyjazd rozpoczął się dość wcześnie i od razu z kopyta. Wychodząc z domu zobaczyłem jadący autobus, więc miałem niezłą poranną rozgrzewkę – 300 metrów biegiem. Miasto Łódź budziło się leniwie w sobotni poranek, gdy przemierzałem całe miasto na dworzec PKS. O godzinie 6 rano ruszyłem do Kielc. Spokojna jazda z podziwianiem zimowej aury i mijających mnie krajobrazów sprawiła ze trzy godzinna podróż minęła dość szybko i w Kielcach byłem kilka minut po 9-tej. Na dworcu czekał na mnie Kamil, który zabrał mnie z dworca najpierw pod swój dom, by zabrać Ninę i Anię. Dalej pojechaliśmy przez miasto i po drodze zwiedziliśmy przy okazji Amfiteatr i kamieniołomy kieleckie. Udaliśmy się potem do mamy Magdy i Niny, gdzie miała się zebrać cała nasza ekipa uderzająca w ten weekend w Góry Świętokrzyskie. Gdy już wszyscy się zjechali, ruszyliśmy do Św. Katarzyny. Tam mieliśmy nocleg w PTSM-ie, nieopodal którego zaczyna się szlak na Łysicę. Szybkie przepakowanie bagaży do pomieszczenia w schronisku, stuptuty na nogi i po godzinie 13-tej ruszyliśmy na Łysicę. Na początku szlaku zobaczyliśmy źródełko i kaplicę św. Franciszka. Magda opowiedziała nam legendę związaną z tym miejscem. Dalsza droga na szczyt prowadziła przez las, a mnie najbardziej w czasie tej wędrówki brakowało otwartych krajobrazów bo widoki były typowo leśne i gdyby nie szlak pod górę to bym nie czuł, że jestem w górach. Na szczyt dotarliśmy po godzinie 15-tej. Pamiątkowe zdjęcia i odpoczynek w sumie zajęły nam ok. 30 min. Sam szczyt uznałbym szczytem typowo „na zaliczenie” do kolekcji korony gór polskich, widoki nie powaliły mnie na kolana bo podobne są w większości lasach Polski. Do schroniska wróciliśmy po 17-tej, kolacja (bigosik), a po niej ognisko „sabat czarownic” i różne luźne zabawy w świetlicy schroniskowej. Niedzielę rozpoczęliśmy śniadaniem i około 9- tej pojechaliśmy samochodami do Nowej Słupi skąd ruszyliśmy szlakiem na Św. Krzyż. Szklak, również dość łatwy z jednym większym podejściem po drewnianym podeście. Po godzinie marszu dotarliśmy pod klasztor na św. Krzyżu. Zwiedziliśmy klasztor, udaliśmy się również na taras widokowy gdzie podziwialiśmy krajobrazy i oblodzoną, ośnieżoną wieżę telewizyjną. Po tym wszystkim udaliśmy się w drogę powrotną na parking. Po godz. 14 pożegnaliśmy naszą ekipę i wróciliśmy do Kielc. Autobus z Kielc miałem o godzinie 15:30, została chwila na zakupy, pożegnanie ze znajomymi i ruszyłem do Łodzi. Dojechałem przed 19-tą, a godzinę późnej byłem już w domu. Tak zakończył się mój trzeci wyjazd z ekipą „Niepełnosprawni w górach – razem na szczyty”. Kolejny mam nadzieję, że już za miesiąc.

tekst: Marcin Rżanek

Dwa dni, dwa szczyty

 
Dwa dni, dwa szczyty.

Jest już grudzień. Właśnie zaczął się sezon narciarski, a my postanowiliśmy to uczcić ten fakt zimową wyprawą.
W sobotę 8 grudnia zebraliśmy się na dworcu PKS, a raczej w poczekalni bo przecież to już prawie zima i są minusowe temperatury. Kiedy już wszyscy się odnaleźli ruszyliśmy ku przygodzie.

Dotarliśmy do Zieleńca. Ulokowaliśmy się w schronisku. Powoli zaczęła zjeżdżać się reszta ekipy. Po przepakowaniu plecaków i odprawie ruszyliśmy po szczyt. Szliśmy w mrozie w puszystym śniegu po wąskiej ścieżce, pod górę, pod błękitnym niebem, przy świecącym słońcu, z uśmiechami na gębach. Mijaliśmy kolejne zakręty, aż w końcu szczyt już tak blisko. Jest! Tak jest! Doszli wszyscy. Radości nie było końca. Jesteśmy wszyscy 😉 Oczywiście nie obyło się w tym niezwykłym momencie bez peperazzi. Uśmiech proszę – mówił samowyzwalacz. Ruszamy dalej, tym razem ku Masarykovej Chatce. Cali oblepieni śniegiem przecieramy szlak. Byle do przodu. Już pod ciemnym niebem doszliśmy do celu. Siąść, zjeść, w ciepłym miejscu wypić gorące napoje – to wszystko krążyło wszystkim w głowach. Odpoczynek triumfalny. Po napełnieniu brzuchów zebraliśmy się w drogę powrotną. Jechałam samochodem z Tomkiem, Anią i tatą Ani. Pozostali odważyli się zjechać na byle czym do schroniska niemalże pionowo w dół. Tym dzielnym chwała i cześć. Na dole, w schronisku przyszedł czas na herbatę, bułki i integrację. Oczywiście nie obyło się bez świętowania niedawnych urodzin Dzika (nie powiem ile skończył lat, bo jeszcze podpadnę i co będzie…?) Była tortowa pizza. Jeszcze wspólne oglądanie filmu i wpakowanie się w śpiworki lub otulenie się kołderkami poszliśmy spać.

Następny dzień zaczął się wcześnie, bo mieliśmy zamiar wejść na Jagodną. Ruszyliśmy w jej stronę. Zaczęliśmy wędrówkę z parkingu. Znów pod górę. Ale przecież to czysta przyjemność, więc wszyscy byli uśmiechnięci. Nogi same idą do przodu. Obudziłam się z celem zdobycia Jagodnej pierwsza. I jak postanowiłam, tak zrobiłam 😉 Choć wyobrażałam sobie ten szczyt zupełnie inaczej. Ale i tak był piękny. Kiedy wszyscy weszli zrobiliśmy zimowy piknik – kanapki, herbata znalazły się nawet słodycze. Po odpoczynku zaczęliśmy ewakuować w dół. Miałam miłą przyjemność iść z Agą K. Udało nam się zejść, a niektórym zjechać do schroniska. Na goorąącąąą heerbaatęę. Jedliśmy, piliśmy, gadaliśmy, śmialiśmy się nie wiadomo z czego. Kiedy mieliśmy pełne brzuchy przyszedł czas pożegnania, a tego nie lubię. Ale przecież przyjdzie też czas witania 🙂

Dziękuję wszystkim za okazaną mi pomoc. Wy już wiecie za co.
Dziękuję za pokazanie mi piękna zimowych gór w pełni ośnieżonych, cichych i wspaniałych.

Bogucha