Bogusi relacja z Gór Izerskich

Gdzieś tam w Izerskich

Tak w sumie to nie chciałam niczego pisać, ale ten weekendowy wypad w góry był dla mnie jak na razie najlepszy z najlepszych. Na samym początku gdy wstałam z łóżka, a potem do wyjścia z samochodu taty, spotkaniu się z prawie wszystkimi na dworcu PKS i przesiadki do samochodu Mariolki nie wiedziałam jeszcze co mnie czeka. Kiedy wyruszyliśmy w dalszą podróż prawie od razu zasnęłam więc nie wiem co się działo w trakcie podróży tam gdzie zmierzałyśmy – do Gościńskiej Leśniczówce. Gdy wszyscy się już tam znaleźli przygoda się zaczęła!!!!

Zostawiliśmy wielkie plecaki w Leśniczówce, zabraliśmy mniejsze z czekoladami i zimnym piciem. (przynajmniej ja nie wiem jak reszta). Wyruszyliśmy w stronę SZCZYTU. Ja oczywiście musiałam zacząć wdrapywanie się zaliczając od pierwszej gleby!! Ale taki jeden upadek nie zniechęcił mnie i ruszyliśmy dalej. Idziemy razem jeszcze zwartą grupą i oczywiście pełni optymizmu i z uśmiechami na twarzach, byle do przodu. A za nami Sławek z Kajfą na dwuosobowym rowerze. Gdy byli już koło nas Sławek zmienił towarzysza i zostawił nas w tyle. Idziemy dalej. Cała nasza ekipa jak zawsze to bywa podzieliła się na podgrupki. Jestem dumna z mojej Mery, która przez większy odcinek szła sama bez kul i to jeszcze pod górę. To dopiero mistrzostwo! Ja jak zawsze szłam w jednej z ostatnich grupek. Skończyło się przyjemne wędrowanie, pojawiły się dziury me ulubione inaczej. Po kilku potknięciach i upadkach, zdobyciu siniaków, jak również otarć na lewym łokciu, postanowiłam trzymać się blisko Tomka i Kiery. Kiedy zdarzył się kolejne łubu du. Wice szef skutecznie po konsultacjach zajął się mym otarciem, ale nie było tak strasznie. Poszliśmy dalej po drodze dużo się dowiedziałam o mijających nas pociętych drzewach. Doszło już do 9-tego upadku, ale nic tam idziemy dalej. Szła z nami Kiera i Noa. Miałam nadzieję, że się polubią, ale nie zapowiadało się na to. Nagle te dwa bardzo fajne pieski postanowiły wkroczyć na ścieżkę wojenną. Ja nie chcąc z nią mieć nic wspólnego postanowiłam odsunąć się trochę. Niestety coś mi nie poszło bo obracając się zaczepiłam się o kogoś i bardzo skutecznie przewróciłam się i zaczęłam się turlać na dół. Poczułam mokro i zimo gdyż jak nic musiałam wpaść do strumyka!!! To był 10-ty upadek. Nie mam pojęcia dlaczego to ja zawsze mam najwięcej siniaków, a jeszcze bardziej nie wiem dlaczego z tych wszystkich nieprzyjemnych zdarzeń zawsze wychodzę cała??? I nawet kiedy wpadam do bardzo zimnego i mokrego strumyka?? Po interwencji paru osób udało mi się wygrzebać z powrotem do góry. Cała mokra, z kałużami w butach przy pomocy innych poszłam w stronę słońca. Kiedy usiadłam w słońcu większość mych obecnych towarzyszy poszło dalej, a kilka osób zostało ze mną. Wice szef Tomek był taki miły, że zszedł do Leśniczówki po mój plecak z suchymi ubraniami. Na całe szczęście wzięłam ze sobą drugą parę spodni bo bez nich byłoby krucho. Gdy czekaliśmy na Tomka przejeżdżała koło nas straż graniczna. Panowie byli tak zainteresowani tym co się dzieje, że wszyscy wysiedli pytając czy nie potrzebujemy pomocy, ale grzecznie podziękowaliśmy i sobie pojechali. Czekamy i czekamy dobrze że świeciło słońce było ciepło. Po dość dłuższym czasie Tomek przyjechał autem. Przywiózł mój plecak 😉 Po przebraniu się w suche ubrania Tomek dowiózł mnie aż do kopalni. Niestety moje buty bardzo ucierpiały więc musiałam się zadowolić klapkami. Przy kopalni wysiedliśmy. Po lewej i po prawej stronie drogi były wielkie przepaście. Było na co i patrzeć. Niestety nie wiem jak było na samym dole bo krawędzie były nie pewne ale widoki były nieziemskie:) Idąc w klapkach po dziurach i błocie doszłam na sam szczyt. Choć nie zrobiłam tego sama, sama bym zginęła gdzieś w połowie. Zrobiliśmy kilka zdjęć na szczycie, żeby nie było, że nie dałam rady. Otóż dałam i mam na to świadków, że da się i klapkach wejść na Wysoką Kopę i z niej zejść. Zeszliśmy do kopalni. Tomek autem zawiózł mnie, Anię i jej tatę do Leśniczówki.

Tam już była Kajfa i Sławek bo zjechali pierwsi rowerem i już powoli zaczęli robić obiado-kolację. Ja również się włączyłam w szykowanie. Umyłam garnki na makaron i wlałam do nich wodę, a potem czekałam na tarcie pietruszki. Za chwilę reszta wycieczki zaczęła się schodzić. Kiedy wszyscy byli już z nami jeszcze trochę musieliśmy poczekać na ten ciepły posiłek, w tym czasie kiedy już wybaczyłam Kierze, że przyczyniła się do mojej kąpieli, za pozwoleniem zdobyłam dla niej mięcho w tajemnicy przed wszystkimi. To było zadanie bojowe, ale kiedy był już gotowy ciepły posiłek i nakryty stół, można było zacząć ucztę. Kiedy wszystkie brzuchy zostały napełnione i można było zacząć zabawę w karaoke, wszyscy dobrze się bawili. Tak myślę bo zabawa skończyła się chyba grubo po 1-wszej w nocy.

Ranek zaczął się wcześnie bo śniadanie zostało zaplanowane na 8:30. Tomek i Mariolka zrobili pyszną jajecznicę, która wszystkim smakowała. Natomiast byli dzielni ci, którzy po jajecznicy postanowili odważyli się zjeść jeszcze wczorajszą kolację. Gdy znowu wszyscy byli najedzeni zaczęło się wielkie sprzątanie i pakowanie. Oprócz powrotu do domów mieliśmy jeszcze zwiedzić wodospad. Trzeba było do niego dojść, znowu pod górę, i na całe szczęście już w butach, a nie w klapkach. Przy wodospadzie nie obyło się bez sesji zdjęciowej. I ruszyliśmy w drogę powrotną do parkingu gdzie zostały samochody i motor Sławka. Zbliżał się ten czas, którego nie lubię – pożegnania. Ruszyłyśmy do Wrocławia. Nie wiem co się działo w drodze bo całą przespałam. Ja lubię spać. Jak się obudziłam, to byłyśmy już na dworcu PKS Wrocław. Szybkie uściski i ja z Maryśką ruszyliśmy do domu.

Dziękuję wszystkim i każdemu z osobna za okazaną mi i innym wszelkiej pomocy. WIELKIE DZIĘKI !:)

Do zobaczenia na następnym szlaku.
Bogucha

Nowe terminy wyjazdów na 2013!

 

Po prawej stronie znajdziecie kolejne terminy wyjazdów! Wprawdzie w sezonie zimowym planowaliśmy zrobić przerwę, ale wyszło inaczej. Bardzo się z tego powodu cieszymy, ponieważ góry w zimie są wyjątkowo piękne. Warto więc, byście założyli sweterki, czapy i ciepłe gacie i ruszyli razem z nami na przysypane śniegiem szlaki.
Pozdrawiam serdecznie
Dziku

Kierowca Bombowca

 

„Pojedziesz z nami ? Potrzebujemy kierowcy…” te słowa były początkiem mojej wyprawy na koniec świata 🙂 Odpowiedź była oczywista.
Piątek 8:30, spotykamy się na Wrocławskim PKSie. Dojeżdżam na miejsce, o dziwo przed czasem :). Zanim opuściłem auto dostrzegłem znajome twarze osób siedzących na murku. Myślę że po całym cyklu wypraw, to miejsce będzie czymś wyjątkowym i nieco symbolicznym. Po chwili parkuje drugie auto. Następuje wzajemne macanko, cmoki, achy, ochy… po czym przepakowujemy się i ruszamy. GPS wskazuje 6 godzin do celu. Tyle techniki, a jednak na życiu się nie zna – na miejscu byliśmy o 21 🙂 Ok, po drodze troszkę było postojów, no i tajemnicza misja pod tytułem „i tam się zgubimy”. Na miejscu czekała pyszna kolacja, gorąca kąpiel, masażyści i sypialnia z dużym łóżkiem…. o sorki to nie ta wyprawa. No więc jak zacząłem, na miejscu czekał nas chłód, szczekające psy, rozbijanie namiotów, dym w oczy i garaż przerobiony na spa. Ale przecież o to nam chodzi! Jest super ! Dzień kończy się wraz z ostatnią kroplą łez od dymu. Mimo gwiaździstego nieba i pełni księżyca, pora spać.
Kolejnego dnia, wstajemy o szaleńczej, wręcz nieludzkiej godzinie – o 7:30 budzik uwolnił zaoszczędzoną w nocy energię i zadzwonił ile sił. Mimo tego spóźnił się, przegrał z czujnymi psami:/ Ok, pora na małe co nieco. Naprędce znaleźliśmy plenerowy stolik w postaci kłody, kwiatki i wazonik z pomidora, po czym korzystając z soków trawiennych rozpoczęliśmy wchłanianie przeogromnych ilości paliwa.
Wkładaliśmy już ostanie kubki do zmywarki, kiedy usłyszeliśmy „nooo jedziemy.!…”. To Madzia, nasz wulkan energii – uświadamia nas jak jest już późno. Pakujemy się więc w auta i systematycznie przemieszczamy jak tylko najdalej można w głąb lasu. Tutaj należy wspomnieć o niezapomnianych twarzach zadowolonych turystów, widzących samochody na szlaku:) Faktycznie z pierwszym kursem było w miarę ok, ale z drugim już nieco gorzej. Na trzeci kurs zdecydowałbym się jedynie jakimś takim T34.
Nadszedł ten upragniony czas, kiedy to można postawić pierwszy krok na szlaku. A szlak nie rozpieszczał. Już pierwsze metry pokazały co może nas czekać. Było stromo i wąsko. Jednak z każdym krokiem, wyłaniał się przepiękny widok na bezkresne wzgórza wokół nas.
Lecimy dalej, pojawiają się pierwsze kamienie, następnie głazy. Słońce przegrywa walkę z chmurami, a wiatr staje się chłodniejszy. Pora włączyć ogrzewanie, popijam zatem dwie setki wódki i dalej w drogę. Oczywiście to ta bezalkoholowa woda, a rozgrzewa mnie kurteczka:)
Zamykam stawkę, co daje mi sposobność na obserwację reakcji ludzi dochodzących do naszej grupy. Dociera do nich, jak bardzo się mylili co do nas, wymawiając wcześniej liczne epitety w stronę aut. Teraz ich frustracja i oburzenie, momentalnie przestawiają się w zachwyt i zdziwienie.
Idąc ku górze, potykamy się, przewracamy… a ruch turystyczny spory. Nikt jednak się nie skarży, nikt się nie przepycha.
Jest półmetek drogi na szczyt. Lecimy na rezerwie – czas na posiłek. Niestety, również na dodatkową kurtkę przeciwdeszczową. Wygląda to źle, ale nikt nie myśli o powrocie. Ciągle spoglądając na nasz cel, brniemy dalej. Z oddali widać, jak raz za razem, ktoś zalicza szczyt. Jeszcze chwile a my też tam będziemy. Droga jednak daje się we znaki. Coraz częściej zmieniamy się w parach. Przejaśnia się a my, ekipa zamykająca stawkę, dostajemy info o pierwszym sukcesie naszej grupy. To było niczym odkręcenie nitro w naszych silnikach. Piąty bieg, napęd na cztery łapy, blokada dyferencjałów i ogień!
Na przełęczy dochodzi do nieuniknionego spotkania schodzących już narwańców i podchodzących maruderów. Obyło się bez walki:) a owocem spotkania było kilka wspólnych zdjęć na tle zachodzącego powoli słońca.
Dwa mrugnięcia okiem i ostatnia ekipa dzielnie dociera do celu. Co prawda łez szczęścia nie było, ale oczka nieco się zeszkliły – niby od wiatru:) Chwila odpoczynku, parę słit fotek na fejsa i pora na kolejny etap.
Szybko okazuje się, że w dół wcale nie oznacza łatwiej. Strome schody, spore kamienie i zmierzch, nie ułatwiają drogi. Kiedy zgasły ostatnie promienie słońca, nieudolnie zastąpiliśmy je czołówkami. Jestem już zmęczony, a nie jest to pierwsza góra w moim życiu. Z wielkim podziwem spoglądam na innych którzy z różnych powodów, wielu szlaków nie zaliczyli. Mimo tego nikt się nie pyta, kiedy wreszcie dojdziemy, ile jeszcze przed nami, kiedy to się skończy… Nauczeni brać życie takim jakie jest, dzielnie stawiają mu czoła. To właśnie w tym momencie doskonale widać, kto tak naprawdę jest słaby, komu szybciej wymykają się słowa – już nie mogę.
Jest ciemno, schody ciągle pojawiają się na naszym szlaku, wprawiając nas w zakłopotanie. Nikt nie ma odwagi powiedzieć, że to już ostatnie i potem będzie płasko.
Dzielna gromadka leśnych ludzików, zamykająca stawkę, postanowiła odpocząć. Po raz pierwszy padają słowa – boli mnie ….. Na szczęście mieliśmy ze sobą torbę szamana, a w niej magiczny sok z gumijagód 🙂 Nie wiedzieć czemu, ktoś postanowił wetrzeć go w bolące miejsce. Powstały dziwne teorie i spekulacje dotyczące powstania owego specyfiku, ale to już temat na kolejne kilka stron.
Nooo idziemy – padły słowa (wiemy kto:). Jak powiedziano, tak wykonano. Kilka kroków dalej, światła cyklopów natrafiły na smoka. Okazuje się że na tym krańcu świata towarzyszy nam salamandra. Pierwszy raz widzę to stworzonko. Rzuciliśmy się z aparatami niczym paparazzi na Paris Hilton. Ale smoczek nic z tego sobie nie robił, tylko dzielnie pozował do zdjęć, jakby doskonale wiedział że jest pod ochroną. Idziemy dalej, z malutką nadzieją że to już ten ostatni zakręt przed nami. W oddali widać jakieś dziwne światło. Zbliża się ku nam – czy to kometa….czy to samolot…czy to zbłąkany paralotniarz, nietoperz !? NIE, to Marcin biegnie nam na powitanie! Skaczące rytmicznie białe światełko, przemówiło:” No jesteście! Trochę się bałem. Nie wyobrażacie sobie, jak strasznie jest w lesie samemu” 🙂 No my to wiemy, dlatego idziemy w grupie:) To spotkanie, uświadomiło nam że jesteśmy naprawdę blisko. Tak też było. Po kilkunastu minutach, siedzieliśmy w autach.
W drodze do schroniska, rutynowa kontrola przez straż graniczną. Następnie bardzo ciekawe doświadczenie – pasące się w nocy – konie giganty. Nie wiem czy to zmęczenie, czy sztuczne światło naszych aut, ale większych koni nie widziałem, szczególnie w nocy na drodze. Koniec Świata, rządzi się swoimi prawami:)
Na miejscu, czekał na nas ostatni punkt wyprawy – urodziny! Wtajemniczeni w plan ludzikowie, nie mogli się doczekać tej chwili. Abstrahując od oczywistej przyjemności ze składania najserdeczniejszych życzeń urodzinowych, każdy na szlaku tak „na marginesie”, myślał o nagrodzie za ten trudny dzień – kawałeczek tortu:) Po części oficjalnej, nadal głównym tematem był zaliczony szczyt. Do śpiworów zapędziła nas jedynie, świadomość czekającej nas, męczącej drogi powrotnej 🙂
Jak nie trudno się domyślić, GPS jeszcze długo nie będzie w stanie poprawnie oceniać czasu polskich wojaży 🙂 We Wrocławiu, pojawiliśmy się również o 21.
Miliony godzin za kółkiem, tysiące potknięć, dym w oczy i przede wszystkim, dzielna i wygrana walka ze szlakiem – to synonimy TARNICY.

Pozdrawiam i do zobaczenia/usłyszenia na szlaku,

Sławek Zieliński

Granice istnieją tylko w naszych głowach

 

Tak często słyszę, że granice istnieją tylko w naszych głowach. Tak często i łatwo przyznaję temu stwierdzeniu rację. Częściej jednak przekonuję się o tym, że istotnie choć jest to prawda, jakże trudno w to uwierzyć bezgranicznie i zgodnie z tą maksymą żyć. Czasem walka z owymi granicami jest dla nas po prostu trudna, lecz zawsze możliwa.
Jakiś czas temu, w ostatni weekend września utwierdziłam się w przekonaniu, że ludzka determinacja i siła nie mają granic. A działo się to na czerwonym i niebieskim szlaku prowadzącym na bieszczadzki szczyt Tarnicę, która była kolejnym celem projektu „Razem na szczyty” . W sobotę rano grupa osób podjęła się zdobycia tego szczytu. I nic w tym nie byłoby niezwykłego, gdyby nie fakt, że grupa ta w dużej części złożona była z osób z najbardziej różnorodnymi dysfunkcjami, brakami, schorzeniami, które z pewnością każdemu z nas z osobna nie pozwoliłyby na zdobycie tego celu. Ale siła, samozaparcie i chęci oraz tzw. synergia sprawiły, że cel został osiągnięty. Byliśmy dla siebie nawzajem oczami, uszami, nogami. Dzieliliśmy się jedzeniem, wymienialiśmy uśmiechami i dobrym słowem, darzyliśmy wsparciem, a jak trzeba było służyliśmy ramieniem.
Trasa była długa i męcząca, skalista, wąska i kręta. Pogoda dopisywała umożliwiając podziwianie widoków, połaci lasów zmieniających barwę liści, nie szczędząc jednak deszczyku i zimnego wiatru. Nie zważając na przeszkody brnęliśmy to z góry to pod górę kontemplując naturę (bęc! śliski kamień). Od czasu do czasu zaryczał jeleń. Na sam koniec, gdy szczyt był w zasięgu ręki zabrakło mi sił. Pozostało wchodzenie na czworaka (pozdrawiam Cię Olu). I wreszcie okrzyki radości, meksykańska fala, tańce godowe i takie tam – szczyt jest nasz.
A teraz, jak już wleźliśmy to trzeba zleźć. A noc tuż tuż. Schodziliśmy długo, bardzo długo, walcząc z zimnem, ciemnością i bólem. Jak już byliśmy po wszystkim Adam, który szedł jako jedna z ostatnich osób (wraz ze mną) zwierzył mi się, że parę razy był bliski płaczu.

…tak się walczy naprawdę – do granic wytrzymałości!

Kończąc chciałam podziękować wszystkim, których miałam okazję poznać, wszystkim uczestnikom zdobywającym tego dnia Tarnicę w ramach projektu „razem na szczyty” za wolę walki, determinację, wsparcie. Dzięki za piękną lekcję miłości i wzajemnej pomocy, a zwłaszcza za lekcję jak należy zdobywać szczyty.

Relacja Ani Pietrasik

A co na to salamandra?

 

Są takie miejsca, które mają dla nas szczególne znacznie, w które wraca się jak do domu. Dla mnie, takim miejscem jest właśnie ten niewielki cypelek na samym dole mapy Polski, po lewej stronie…to takie góry, w których harcują Biesy i Czady. I niezły ubaw mają z turystów, którzy na bieszczadzkie połoniny się zapuszczają. A to czapkę z głowy stracą, a to głosem wilka zawyją, co by się człekowi skóra na grzbiecie się zmarszczyła. Wieczorami piwo z niedźwiedziami warzą, aż się nad lasami dym gęsto snuje. Ale bieszczadzkie diabły przede wszystkim taką moc mają, że nie pozwalają o swoich górach zapomnieć.

Moje Bieszczady to pierwsza górska przygoda, pierwsza miłość, szlaki zdeptane ciężkimi glanami, dźwięk gitary w „Bazie ludzi z mgły” i rozmowy przy dymku z Popularnego bez filtra z bieszczadzkim zakapiorem w Siekierezadzie, niejedne spalone skarpety przy ognisku, zagubione gdzieś w lesie retory do wypalania węgla drzewnego, w których pracują Ci, którzy chcą zapomnieć, a może się na nowo odnaleźć? To kirkuty i drewniane cerkwie. To porzucone bagnety i łuski po pociskach na stokach Chryszczatej i Gruszki, to zapomniane sady i omszone podmurówki domów, w których kiedyś, przed akcją Wisła ktoś mieszkał. To malarstwo Beksińskiego, drewniane diabły i madonny…

W trakcie wyjazdu z „Razem na szczyty” dotknęliśmy fragmentu Bieszczad. Tego najwyższego – Tarnicy. Chciałabym, żebyście jeszcze w Bieszczady wrócili i poznali je lepiej. Jeden dzień to stanowczo za mało.

Wiem, że dla niektórych z Was to nie był łatwy szczyt i tym bardziej jestem z Was dumna. Trasa była najdłuższa i najtrudniejsza z tych, po których do tej pory razem wędrowaliśmy. Na szlaku zastał nas zmrok, ale i to nie stanowiło problemu. Dlaczego nie wędrować przy pełni księżyca? Zaskoczona przez nas salamandra być może odpowiedziałaby stanowczym „nie”, ale nie będziemy pytać jej o zdanie. Przetrwaliście także deszczową noc w namiotach i chłód sali kominkowej przewrotnie nazwanej „Piekiełkiem”. Jak to mówią „co nas nie zabije to nas wzmocni”.

Czasem oczekujemy, że otrzymamy od życia coś innego, a tu los płata nam figla. Potem okazuje się, że to co otrzymaliśmy też jest dobre. Zupełnie jak z rosołem.

A było to tak:

Jedziemy w Bieszczady. Google maps pokazuje 6 godzin drogi. Z 6 godzin robi się 10. Wjeżdżamy do Pilzna. Pilzno w świecie słynie z placków po węgiersku. Zajeżdżamy więc do przydrożnego baru. Przy kasie rosyjscy turyści odbierają talerze rosołu. Na ich minach widać zaskoczenie. Ale to jest soup z kurica? Da – odpowiada kasjerka. Ale na pewno to jest soup z kurica? Niedowierzają spodziewając się otrzymać zamiast cienkiej polewki coś bardziej konkretnego.

Jest już wieczór gdy dojeżdżamy do Mucznego. Na miejscu spotykam Anię i Agę. Obie witają nas z uśmiechem. Jestem pewna, że to dziewczyny z ekipy Jaśka Meli. Wyglądają jakby znały się od lat. Dopiero po chwili orientuję się, że to nasze dwie, krakowskie świeżynki z Razem na szczyty. Poznały się rano. Powoli pojawia się coraz więcej twarzy nowych i tych już dobrze znanych. Dobrze Was znowu widzieć.

W sobotę dookoła namiotów ściele się mgła, świeci słońce, wchodzę w krzaki, łapię przez chwilę zasięg i odbieram zaległe SMSy. Cieszę się, że są jeszcze miejsca, w których możemy dla reszty świata być nieobecni.

Wjeżdżamy na Przełęcz Bukowską. To trasa zamknięta dla ruchu samochodów. Możemy wjechać dzięki uprzejmości dyrektora Bieszczadzkiego Parku Narodowego i trochę skrócić sobie drogę. Mijamy skwaszone miny turystów. Niejeden z nich wyraża głośno swoją irytację. „ To się wożą” – słyszę. Może gdyby wiedzieli, że wśród nas są osoby, które mogłyby sobie nie poradzić z tak długą trasą zareagowaliby inaczej? Ile razy sama oceniałam różne sytuacje po pozorach?

Ilekroć jestem na trasie Halicz – Tarnica czuję jakby mi rosły skrzydła. Jest w tej przestrzeni coś, co sprawia, że chciałby się pofrunąć. Idziemy sobie z Adamem. Rozmawiamy o ograniczeniach, o tym, że czasem bardzo chcemy coś zrobić, ale napotykamy furtkę pozornie nie do przejścia. I wtedy po prostu trzeba poszukać innej, która będzie otwarta albo zrobić podkop…ale na pewno nie można się poddać. Pozwalamy sobie na chwilę odpoczynku. Jest cicho. W lesie słychać pomrukiwanie jelenia. A może to tylko burczy w moim brzuchu?

Z chwili refleksji budzi mnie telefon od Marcina – „Gdzie jesteście?”. Rzeczywiście zamarudziliśmy trochę. „Wiesz – mówi – na przełęczy podszedł do nas starszy mężczyzna i powiedział, że miał już moment, w którym myślał, że siądzie na szlaku ze zmęczenia i nie pójdzie dalej i wtedy zobaczył nas. Pomyślał: Jeżeli oni mogą, to dlaczego nie ja? I powędrował dalej”.

Na siodle pod Tarnicą czeka na nas reszta ekipy. Jesteśmy już niemal wszyscy. Robimy pamiątkowe zdjęcie i ruszamy na szczyt. I znowu zdobyliśmy go razem 

Jest już przed jedenasta w nocy, gdy docieramy do miejsca noclegu. Padamy z nóg. Zaczepia mnie Przemek z pytaniem, czy będzie podsumowanie wyjazdu? Będzie – odpowiadam, choć najchętniej zaszyłabym się już w namiocie i poszła spać. Niedługo północ. Zbieramy się wszyscy w sali. I się zaczyna…najpierw otrzymujemy z Asią dyplomy za organizację projektu i wejście na Tarnicę, potem mamy do rozwiązania krzyżówki, których hasło jest wskazówką do odnalezienia skarbu. Musimy go odebrać złym skrzatom  Kiedy przychodzi chwila odpakowania paczki ze skarbem gasną światła. Wszyscy wstają. Wchodzi Tomek z największym tortem urodzinowym jaki kiedykolwiek dostałam. Jest dla mnie! Naprawdę! Dziękuję Wam za tą niespodziankę. Takich urodzin nigdy nie miałam. Do wielu niezapomnianych bieszczadzkich wspomnień dodaliście jeszcze jedno. Znowu zadziałała magia Bieszczad. Mam nadzieję, że nie tylko na mnie…

Magdalena Jarocka

Tarnica – galerie zdjęć

clash of clans unlimited resources hackhack clash of clans online Clash Of Clans Hack allows you to use our online gems generator to build up your stock of gems for free

 

Pierwsza galeria ze zdobywania Tarnicy autorstwa Basi:
Galeria Basi

Kolejna galeria od Agaty:
Galeria Agaty

I jeszcze jedna od Asi:
Galeria Asi

Poni?ej zdj?cia Ani Drobnej: