Skrzyczne – galerie zdjęć

 

Przesyłajcie swoje galerie zdjęć, zamieścimy tu do nich linki.

Jako pierwsza dotarła GALERIA BASI i dzięki tym zdjęciom mamy ładne „okładki” do wpisów z kolejnego udanego wyjazdu.

KOLEJNA GALERIA pochodzi z aparatu Ani Niewiadomskiej.

A poniżej zdjęcia, które przysłał nam Krzysiek Sokół:

Skrzyczne

 

SKRZYCZNE

 

Sobota 25.08.2012. O godzinie 6:15 obudził mnie dźwięk budzika. Pora się zwlec z łóżka, gdyż tego dnia mam zamiar przeżyć niesamowitą przygodę. Zdobyć Skrzyczne!!! O 7:15 podjeżdżają pod nasz dom Marcin i Magda i po załadowaniu się do auta ruszamy dalej. Po drodze zabieramy Anię i jedziemy przed siebie. Po dość długiej podróży dotarliśmy do Bielsko Białej. Tam spotkaliśmy się z resztą naszej niepokonanej ekipy, ponieważ większość bandy przyjechała pociągiem. Po krótkim odpoczynku po podróży udaliśmy się w dalszą drogę. Naszym celem był Szczyrk, bowiem z tamtego miejsca mieliśmy udać się już w stronę szczytu. Po krótkich ogłoszeniach szefa – Tomka D. powędrowaliśmy dalej.

Ruszyliśmy!!! A na przodzie kroczył Krzyś, za nim królik, Kiera, potem miś… na samym końcu Magda i ja. Idziemy, idziemy i idziemy, aż tu nagle bach – pierwszy upadek. Ale nic to, idziemy dalej. Podczas wędrowania Basia nasza Pani Przewodnik na postojach opowiadała nam o otaczających nas ze wszystkich stron górach małych i dużych, bliskich i tych trochę dalszych. Wędrujemy dalej. Nagle drugie bach i trzecie i czwarte i jeszcze kilka. Doszło do 11-stu i zostawiły mi one 2 dziury w spodniach, parę siniaków i otarć. Na całe szczęście obyło się bez kasku Dzika. Widoki były nieziemskiei towarzystwo nie byle jakie i to się liczyło, a nie jakieś tam siniaki. Po paru godzinach i paru przystankach doszliśmy WSZYSCY na szczyt.

W schronisku, gdy wszyscy się w nim zebraliśmy nasz kierownik Tomek poinformował nas o podziale pokoi i ich numerach, jak również przedstawił nam dalsze plany na resztę dnia.
•czas na ulokowanie się w pokojach, następnie
•czas na posiłek odpoczynek i…..
•rozliczenie się z kierownikiem (płatności za pobyt) no i wreszcie
•ognicho!!!

Płonie już ognisko i wszyscy zaczęli się do niego schodzić. Gdy już wszyscy zebrali się przy ogniu zaczęła się kiełbasiana uczta. Była wesoła atmosfera. Płonące ognisko, znośna pogoda i niesamowita grupa szczęśliwych ludzi. Do tego brak komarów – czego można więcej chcieć!!?? Wspólna zabawa w odgadywanie mrocznych tajemniczych historii, następnie śpiewy z gitarą. Ja natomiast podczas śpiewów wolałam podziwiać piękno gwiazd. Jakiś czas później po wspólnych śpiewach wszyscy wrócili do schroniska by tam dalej spędzać wspólnie czas. Ja poszłam szybciej spać gdyż byłam bardzo zmęczona.

Niedziela 26.08.2012. Następny dzień okazał się nie tak przyjazny jak poprzedni, ponieważ Skrzyczne otoczyła ze wszystkich stron wielka, gęsta mgła i na dodatek towarzyszył jej deszcz. Śniadanie zaplanowano na 8:00, gdyż było mało czasu. Pierwotny plan na niedzielę był taki, że wszyscy wspólnie mieliśmy jechać zdobywać Czupel, ale przez panujące wokół nas nieprzyjazne warunki pogodowe GTW – grupa trzymająca władzę postanowiła wyznaczyć grupę szturmową Czupla. Jej składu nie pamiętam. Ale zanim ona wyruszyła oczywiście nie obyło się bez sesji zdjęciowej. No żeby nie było że tam nie doszliśmy. No i najdzielniejsi wyruszyli a reszta czekała na wyciąg, ponieważ zejście na nogach nie byłoby łatwe. Wyciąg ruszył więc zaczęliśmy się zbierać. Jechaliśmy dwójkami w dół. Było mokro, zimno, mgliście i wietrznie ale wszyscy dali radę. Wyciąg był podzielony na dwie części, więc była mała przesiadka. Dojechaliśmy na miejsce – z powrotem do Szczyrku. Tam w małym barze czekaliśmy na busa, który miał nas zawieźć do Bielsko Białej. W trakcie czekania mieliśmy czas na odpoczynek, wypicie gorącej herbaty lub czegoś innego i ogrzanie się. Bus przyjechał, jedziemy dalej.

Jesteśmy na miejscu. Po wypakowaniu się ruszyliśmy zwiedzać miasto. Piękne miejsce. Rynek, kamienice odnowione jak i te jeszcze zniszczone. Nawet słońce zaświeciło!!! Była też okazja pójścia na Mszę Św. dla chętnych. Pozostali poszli gdzieś. Po mszy wybraliśmy się na spotkanie reszty. Spotkaliśmy się znowu w jakimś barze. Znowu jedzenie, picie i dyskusje. Po dłuższym czasie udaliśmy się powoli w stronę dworca. Nie musieliśmy się spieszyć, gdyż mieliśmy jeszcze wiele czasu do pociągu a jeszcze czekaliśmy na grupę szturmową. Zanim jednak doszliśmy piechotą na dworzec mieliśmy okazję pozwiedzać jeszcze trochę. Było ciekawie. Na dworcu znowu niektórzy się rozsiedli natomiast mnie nosiło. Ale nie poszalałam.

W końcu zdobywcy Czupla do nas dotarli. GRATULUJĘ. Zbliżała się 16:00 więc pora była do powrotu do domów. Nie lubię pożegnań, ale przecież to nie ostatni nasz wypad w dzikie góry!!!

Szczęśliwie wróciliśmy do domu. Dziękuję wszystkim i każdemu z osobna za okazaną mi pomoc.
Do następnego szczytu
Bogusia

Tekst: Bogusia Kobyłecka

Razem na Turbacz

 

„Góry moje wierchy moje otwórzcie swe ramiona” to fragment jednej z najpiękniejszych pieśni turystycznych – „Kiedy góral umiera”. 11 sierpnia ekipa projektu „Razem na szczyty” wyruszyła w ramiona Turbacza. Planując ten wypad chyba wszyscy nastawiali się na letnią wędrówkę, jednak dane nam były warunki jesienne. Góry jednak moją swój urok w każdych warunkach, choć nie udało nam się zobaczyć tatrzańskich szczytów, podobno widocznych z Turbacza przy dobrej pogodzie. To jednak tylko powód do powrotu na tę dostojną górę. Puntem startowym naszego wypadu był pensjonat Willa Jodła w Nowym Targu, potem udaliśmy się na górski szlak. Szlak mieszał się z drogą, która stanowi dojazd do schroniska i po długim leśnym odcinku doprowadził nas do bardziej odkrytych terenów. Następnie dotarliśmy do kaplicy papieskiej, przy której trwały przygotowania do niedzielnego Święta Gór. I wreszcie schronisko, gdzie można się osuszyć, odpocząć i zintegrować. A w niedziele rano punkt kulminacyjny – szczyt!!! Potem zwiedzanie muzeum znajdującego się przy schronisku i udział we mszy świętej z okazji Święta Gór. No i powrót na niziny, ale to na pewno nie jest ostatnie słowo naszej ekipy, niedługo wrócimy na szlak żeby udowadniać, że góry są dla każdego!

Tekst: Krzysztof Kurowski

Deszczowe Gorce

 

Tekst i zdjęcia: Kasia Sołtysik i Krzysiek Sokół

Sobota rano – pogoda bardziej barowa niż sprzyjająca pieszym wędrówkom. Mimo to pełni wiary w nagły zwrot pogodowej akcji wyruszamy z Sosnowca. Po dwóch godzinach mały przystanek na rozprostowanie kości na stacji benzynowej i jakże miła niespodzianka – z toalety wychodzą, trzymając się za ręce rozpromienieni: Marysia, Magda i Dziku. Tak właśnie poznaliśmy pierwszych (nie licząc naszych sympatycznych współtowarzyszek podróży: Basi i Magdy) z uczestników wyjazdu na Turbacz, których dotychczas widzieliśmy tylko na fotorelacjach z poprzednich wypraw.

Po przyjeździe pod pensjonat „Willa Jodła”, poznajemy się z resztą ekipy i niezrażeni brakiem poprawy aury wyruszamy na szlak. Droga na szczyt – szeroka na początku, powoli zwęża się, a padający deszcz przeistacza ją w mieszankę błota, kałuży i śliskich konarów drzew – dla każdego coś miłego. Jak się później okazało glina, jaką widzieliśmy na gorczańskim dukcie, może być świetnym materiałem na całkiem zgrabny posąg miłości, a także inspiracją dla artysty, który w twórczym uniesieniu ku podziwowi widzów zamienia eteryczną posągową kochankę w policjantkę ze spluwą.

Gorce nie rozpieszczały nas panoramą, nawet najbliższych polan, gdyż najwyraźniej akurat nie dogadały się z chmurami w tym dniu. Wiedzeni żółtym szlakiem i wyposażeni w kosmiczną energię drzemiącą w uczestnikach docieramy do Kaplicy Papieskiej, przy której pozwalamy sobie na chwilę odpoczynku. Strażacy przygotowują już przykapliczną polankę do niedzielnej mszy. Po krótkiej przerwie ruszamy dalej i przechodzimy obok pomnika upamiętniającego majora Józefa Kurasia „Ognia”, dowódcy Zgrupowania Partyzanckiego „Błyskawica” i jego żołnierzy. Jak się później okazało, w niedzielę dokonano uroczystego odsłonięcia pomnika.

Mkniemy raźnie do schroniska, gdzie po przebraniu mokrych ciuchów udajemy się na gorącą herbatę i ciepłe smakołyki, które po dawce tlenu, ruchu i satysfakcji, jaką sobie zaaplikowaliśmy wcześniej, smakują szczególnie dobrze. Nie mówiąc o tym, jaka to przyjemność spożywać posiłek w doborowym towarzystwie. Wieczorem panel rozrywkowo-edukacyjny i moc atrakcji – organizatorzy, dbając byśmy się nie nudzili i stawiając przed nami nie lada intelektualne wyzwania obmyślają grę „terenową” i zgadywanki, które świetnie nas integrują jako grupę i pozwalają także troszkę porywalizować w koleżeńskiej atmosferze. Zabawa staje się okazją, by poczuć się jak harcerz albo chociaż zuch, co szczególnie doceniają ci, co w harcerstwie nigdy nie byli, ale także wzbogaca nas o wiedzę na temat najciekawszych tytułów polskich czy też hoolywodzkich produkcji filmowych, a nawet przebojów estońskiego i bułgarskiego kina niszowego.

Rano po może krótkim, ale regenerującym spoczynku, posileni wspólnym śniadaniem wyruszamy i przypuszczamy atak na Turbacz. Po krótkim marszu dokonujemy dzieła – Razem jesteśmy Na Szczycie. Na twarzach jeszcze więcej uśmiechu, w sercach radość, a na plecach skrzydła. Jeszcze krótka (no może trochę dłuższa) sesja zdjęciowa, kilka chwil dla fotoreporterów i czas na odwrót. Przed nami jeszcze jeden punkt programu. Wracamy do schroniska po plecaki i udajemy się na mszę z okazji Święta Gór, która jest odprawiana nieprzerwanie od 31 lat. Później już tylko z górki na pazurki. Przy coraz silniejszych opadach deszczu dochodzimy do mety, zmoknięci, ale zadowoleni. U Gospodyni wspomnianej „Willi Jodła” chwilę się ogrzewamy i korzystamy z okazji, by zakupić kilka owczych serków na ząbek. Na koniec serdeczne pożegnanie i powrót, już każdy w swoją stronę. Fakt, do domu wróciliśmy, ale myśli nasze wciąż nawiedzają gorczańskie lasy. I naszych nowych znajomych, za których miłe towarzystwo niezmiernie dziękujemy! Pomogliście nam zatankować bak pozytywną energią do pełna. Do następnego razu!

Z górskimi pozdrowieniami
Kasia i Krzysiek

„Moje Góry”

 

tekst: Ania Makowska

Kilka lat temu napisałam wiersz o górach:

Moje góry

Kocham góry
Są dla mnie zawsze wielkim wyzwaniem,
bo nie jest łatwo wspinać się na szczyt.
Górskie drogi są zawsze sprawdzianem
mojej wytrwałości, nadziei

Są jeszcze takie góry, których się trochę boję,
choć często przed nimi staję.
To moje życiowe góry.
Góry zmartwień, rozczarowań,
niepokoju, bólu, cierpienia, samotności
Takie góry zdobywa się bardzo trudno.
Idę jednak pomału i walczę, bo warto!
Warto, choćby dla tej odrobiny szczęścia
kiedy staję na szczycie!

 

Wtedy, gdy pisałam ten wiersz, to bardzo mało chodziłam po górach, częściej wjeżdżałam na szczyty kolejką. Wówczas jeszcze nie wiedziałam, że będzie mi dane zdobywać najwyższe szczyty gór w Polsce.
Z ekipą projektu „Razem na szczyty” trzykrotnie wyruszałam w góry. Po zdobyciu Ślęży (19 maja 2012), Biskupiej Kopy (30 czerwca 2012) przyszedł czas by zdobywać Turbacz (11-12 sierpnia 2012) Droga na Turbacz była zdecydowanie dłuższa, od tej, którą pokonywaliśmy w poprzednich wyprawach. Była też o wiele trudniejsza, bo przyszło nam zmagać się dodatkowo z padającym deszczem, błotem i olbrzymimi kałużami. Nikt z nas jednak nie marudził, nie narzekał. Szliśmy z uśmiechami na twarzach, choć trzeba było włożyć sporo wysiłku by tą drogę pokonać. W sobotę doszliśmy do schroniska. Wieczorem była zabawa w odszyfrowywanie miejsc, w których ukryte były słowa potrzebne do stworzenia przysłowia. Przysłowie ułożone przez naszą grupę brzmi: „co nas nie zabije, to nas wzmocni” Pomyślałam – jakie te słowa prawdziwe, zwłaszcza w górach, gdzie niejednokrotnie trzeba było pokonać własne zmęczenie, by zdobyć szczyt. W niedzielę mieliśmy jeszcze trochę drogi ze schroniska na szczyt Turbacza, ale to było już bardzo blisko i wszyscy bez problemów zdobyliśmy tą górę. Była w nas radość. Zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia. W drodze powrotnej, na szlaku, przy kapliczce Błogosławionego Jana Pawła II zatrzymaliśmy się, by uczestniczyć we mszy świętej odprawianej z okazji święta gór, a potem ruszyliśmy w dalszą drogę.
Żegnaliśmy się z nadziejami szybkiego spotkania podczas zdobywania kolejnych szczytów.
Chociaż wiersz o górach pisałam dawno temu, to wiem, że jest aktualny także dziś. Góry są nadal wyzwaniem, są wymagające i potrafią bardzo zmęczyć. Góry sprawdzają moją wytrwałość i nadzieję, a także uczą wytrwałości i pokory. Wiem jednak, że góry są piękne, wiem, że warto walczyć z własnym zmęczeniem, by doświadczyć tego szczęścia, gdy staję na szczycie. Dziś powiem jeszcze raz: kocham góry i nie mam ich dosyć!

Serdecznie dziękuję całej ekipie projektu „Razem na szczyty”- uczestnikom i wolontariuszom za okazaną pomoc i wsparcie, za to, że z Wami mogę zdobywać góry. Bez Was nie byłoby tej wspaniałej górskiej przygody. Dziękuję i do zobaczenia na szlaku.
Ania Makowska

Nieprawdziwe pogłoski

 

Pogłoski o tym, że Dziku nie zamówił pogody na Turbacz są nieprawdziwe! Pogoda była właśnie taka, jaką zamówiłem!
Były 30 stopniowe upały na Biskupiej Kopie. Była krótka ale intensywna ulewa na Szczelińcu. Jednak żadne z nich nikogo z ekipy ani trochę nie zdemotywowały i na każdym z tych szczytów stawaliśmy w komplecie. Tym razem postanowiłem zobaczyć ile osób podoła grząskiej, błotnistej drodze, wielkim, nie dającym się przeskoczyć kałużom, temperaturze, która spadła do kilku stopni powyżej zera czy niemal przez całą drogę towarzyszącym deszczom – od siąpiącej mrzawki po ulewę. I co? Na szczyt weszło 26 z 26 osób. Mało tego – wszyscy też zeszli!
Nie mogę się doczekać zimy, pojechania z Wami w Sudety i wędrówki w śniegu i siarczystym mrozie. Może wtedy chociaż na chwilę ktoś przestanie się uśmiechać? Może ktoś zmarznie i zamarudzi conieco? A może znów wszystkich tak pozytywnie zaskoczycie?

Dziękuję wszystkim i każdemu z osobna, bo każdy z Was wniósł swój nieoceniony wkład do tego wyjazdu.

Do zobaczenia
Dziku

Relacja Ani – Turbacz 11-12 VIII

 

tekst: Ania Kubiak

Turbacz 11-12 VIII

Wyprawy w góry były zawsze moim marzeniem. Do niedawna myślałam, że nierealne. Gdy dowiedziałam się, że mogę wziąć udział w wyprawie na Turbacz byłam bardzo szczęśliwa, aczkolwiek pełna obaw, czy na pewno jest to dobry pomyśl, ale pomyślałam, że jak nie spróbuję to się nie przekonam. Z niecierpliwością czekałam na dzień wyjazdu. Już podczas podroży spotykały nas zabawne historie. Już wtedy wiedziałam, że będzie to niezapomniany weekend.

Wiedziałam, że nie będzie łatwo. Czekała nas długa wędrówka. Wszyscy ochoczo wyruszyli w drogę. Mimo deszczu (podobno Dziku zapomniał zamówić pogodę), dzięki wolontariuszom wszyscy dotarli z uśmiechem na twarzach do schroniska. Już wtedy wszyscy się ze sobą zaprzyjaźnili.
W schronisku nadszedł czas na zabawę. Zostaliśmy podzieleni na grupy, a zabawa polegała na rozszyfrowaniu wskazówek które wskazywały miejsca, w których ukryte są kolejna wskazówki oraz słowa klucze, z których trzeba było ułożyć przysłowie. Oczywiście wygrała grupa pana Romana. Jednak największa zabawa była podczas tworzenia przez Magdę i Przemka rzeźby miłości oraz podczas zabawy w kalambury. Zabawa trwała do nocy.

Następnego dnia przyszedł czas dokończyć wyprawę. Na szczycie nadszedł czas na pamiątkowe zdjęcie. Przed zejściem ze szczytu odwiedziliśmy jeszcze Muzeum Kultury i Turystyki Górskiej PTTK. Podczas wyprawy odkryłam swój ulubiony kolor. W trakcie drogi powrotnej wzięliśmy udział we mszy świętej. Po mszy przyszedł czas na opowiadanie dowcipów i historii przez Marcina.

Ruszyliśmy w dalsza drogę. Dotarliśmy do samochodów. Przyszedł niestety czas się pożegnać.
Była to moja pierwsza wyprawa. Na pewno nie ostatnia. Przecież zostało jeszcze kilka szczytów do zdobycia. Będzie to niezapomniana przygoda. Jeszcze kolejnego dnia jestem myślami na szlaku. Nie mogę zapomnieć o tych wspaniałych momentach które przeżyłam w ciągu tych 2 dni. Dziękuje wszystkim i do zobaczenia.

Pozdrawiam,
Lady in pink 😛

Jeszcze jedna relacja z Gór Stołowych

 

tekst: Destina Kuliś

WEEKEND WSPANIAŁOŚCI

Szczeliniec Wielki 21-22 VII

Z niecierpliwością czekałam na mój pierwszy wyjazd z całą ekipą RazemNaSzczyty! Udało się! Dotrwałam do dnia wyjazdu i spakowana wyruszyłam z domu na miejsce zbiórki, pełna radości i ciekawości – jak to będzie. Nie można się było pomylić! Już z daleka było widać zwartą i gotową do wyprawy grupę uśmiechniętych i promiennych ludzi. Ku mojemu zaskoczeniu i zadowoleniu, spotkałam wśród nich parę znajomych twarzy (niektóre znane z telewizji, gazet i Internetu!), ale były także i nowe, równie przyjazne i chętne do rozmów.

Słoneczna pogoda dodawała Wszystkim nadprogramowej energii! Już tylko parę minut i pora ruszyć w drogę! Zapakowani do samochodów, ruszyliśmy przed siebie, w nieznane, ku przygodzie!!! W samochodach panowały różne nastroje od nostalgicznej nutki po śmiech i radość 😀
Takim wesołym peletonem w mig dotarliśmy do Pasterki, gdzie po krótkiej przerwie na rozlokowanie w pokojach i zaaplikowaniu bułeczkowych dopalaczy wyruszyliśmy na szlak! Odpaliliśmy wrotki i już nikt i nic nie mogło nas zatrzymać!

Po drodze na szczyt oprócz kuszących gofrowych zapachów, mijaliśmy dinozaury, a wszystko to wśród tłumu ludzi. Gdyby nie oscypki i ciupagi, można by pomylić wejście na szlak z ulicą Świdnicką we Wrocławiu. Jeszcze parę metrów i przed nami pojawiły się schody, dłuuuuugie i kręte, które dla jednych z nas były nie lada wyzwaniem, dla innych wsparciem i podporą.

Wędrując przez szersze i węższe skalne szczeliny, robiące piorunujące wrażenie, dotarliśmy do schroniska, gdzie okazało się, że wśród nas znajduje się paru miłośników gofrowych przysmaków. Po zebraniu sił i w strugach deszczu udaliśmy się do skalnych labiryntów, które przeprowadziły nas obok tronu Karkonosza, Wielbłąda, Emilii, Małpy, Diabelskiej Kuchni i wielu wielu innych skalnych postaci i stworów. Mimo śliskich głazów, stromych schodów Wszyscy dzielnie parli do przodu bez narzekania i marudzenia, wręcz z nieznikającymi uśmiechami na twarzach!

Szczęśliwi i dumni z naszego wysiłku wróciliśmy do Pasterki, gdzie posiliwszy się, mieliśmy okazję do wspólnych zabaw, śpiewów i gier. Miłych chwil nie było końca! Przy ognisku niektóre nocne marki siedziały prawie do samego rana. Z pełnymi brzuchami, po omacku ze zmęczenia dotarliśmy do łóżek, niektórzy nawet nie zaprzątając sobie głowy pościelą, zapadli momentalnie w głęboki, zasłużony sen.

Górskie powietrze zadziałało na nas usypiająco, spaliśmy do ostatniego momentu, tak długo, że niektórzy zostali obudzeni przez kierowniczkę całej wyprawy – Agę. Mimo iż, zbliżał się koniec naszej przygody, czekały na nas kolejne niespodzianki. Pierwszą z nich było szkolenie z I pomocy przedmedycznej prowadzone przez Romana. Ćwiczyliśmy jak pomóc osobie, która się zadławiła oraz jak przeprowadzić resuscytację. Dowiedzieliśmy się również, że poprzez ochłodzenie wątroby najszybciej zbijemy wysoką temperaturę wewnętrzną naszego organizmu, a poprzez jej ogrzanie zrobi nam się ciepło nawet w bardzo zimnych warunkach 😀

Następnie odbyła się prezentacja podstawowych technik prowadzenia osoby niewidomej, słabowidzącej, podczas której praktyczne aspekty zaprezentował nam Adam. Kolejną niespodzianką była gra terenowa, do której podzielono nas na grupy o wdzięcznych nazwach: Akwarela, Spirit, Cwane Bolki, Wojownicze Żółwie Ninja.

Gra polegała na przejściu 5 stacji i pokonaniu 5 zadań. I stacja na którą trafiliśmy – Ewa, Karolina, Adam i ja, była punktem pomocy medycznej, gdzie Roman walcząc o tegorocznego Oscara, odgrywał bezbłędnie sceny zadławień tak, byśmy mogli pokazać swoje nowe umiejętności ratownicze. Kolejna stacja była u Dzika, była to stacja ruchowa, a zadanie polegało na przejściu jednej osoby z grupy pomiędzy dwiema rozwieszonymi między dwoma drzewami linkami. Do tego zadania w naszej grupie wytypowana została Ewa, ze względu na swoją wagę piórkową . Nie nie! Nie myślcie, że Ewa została z tym trudnym zadaniem sama, co to to nie! Wszyscy razem oderwaliśmy Ewcię od ziemi i położywszy płasko na rękach przeprowadziliśmy przez przeszkodę, nie dotykając przy tym żadnej z linek! Następne zadanie czekało na nas u Agi, polegało na trafieniu do celu, może nie poszło nam w tej konkurencji najlepiej, ale za to na stacji u Magdy, gdzie trzeba było poprzez pokazywanie przekazać grupie hasło, byliśmy rewelacyjni! Bardzo szybko zgadliśmy, że Ewa pokazuje nam ubłocone gumofilce!!! 😀 Brawo jeszcze raz Ewa!!! Ostatnia stacja u Ani z Bani 😛 polegała na teście z wiedzy. Pytania dotyczyły oczywiście naszej wyprawy, więc bez trudu i zbędnej zwłoki odpowiedzieliśmy na wszystkie pytania prawidłowo! Niestety zwycięzca mógł być tylko jeden i tym razem udało się to Radkowi, Marcinowi, Marysi i Adamowi. Gratulacje ekipo Cwanych Bolków!!!

Po brawach przyszedł czas na pakowanie. Niestety musieliśmy pożegnać to wspaniałe i bogate w piękne krajobrazy miejsce! Ale nie martwmy się, Duch Karkonoszy zadba o to, żebyśmy jeszcze nieraz tam wrócili!!!

O wspaniałości tego wyjazdu świadczyć może chociażby to, że siedzę już następnego dnia po powrocie i z wypiekami na twarzy przelewam na ekran komputera te cudne wspomnienia, zamiast zająć się swoimi codziennymi obowiązkami!!! Dzięki Ekipo RazemNaSzczyty!! Do zobaczenia na szlaku!

Popełniła: Destina