Borowa i Waligóra jeszcze raz – relacja Ani

Borowa i Waligóra jeszcze raz

Bakcyla górskiego złapałam jakieś 3 lata temu uczestnicząc w I edycji projektu Niepełnosprawni w górach – „Razem na Szczyty” i zdobywając 27 z 28 najwyższych szczytów w Polsce. Zapisałam się również do II edycji projektu, ale dość długo nie mogłam pojechać na wycieczkę w góry. Tęskniłam zarówno za znajomymi z projektu, jak i za górami. Bardzo chciałam wrócić na te wspólne wędrówki. Wreszcie nadarzyła się okazja i z radością przyjęłam zaproszenie do zdobywania Borowej i Waligóry.
Zbiórka uczestników wyprawy była we Wrocławiu, więc znowu jadę razem z tatą nocnym autobusem. W sobotę rano powitanie z innymi miłośnikami gór. Niektórych już znam od dawna, bo tak jak ja brali udział w I edycji projektu, a innych dopiero poznaję. Krzyś sprawdza listę obecności, podaje niezbędne informacje i za chwilę ruszamy w dalszą podróż do Wałbrzycha. Niektórzy jadą samochodami, ale większość grupy podróżuje pociągiem. Spotykamy się na dworcu PKP i stamtąd ruszamy na Borową. Idziemy trochę szlakiem,
a trochę ścieżkami rowerowymi, bo są szersze i znacznie łatwiejsze. Początkowo całkiem dobrze się idzie, mimo to szybko orientuję się, że idę na końcu grupy i nijak nie mogę nadążyć za resztą. Jednak nie poddaję się. Co jakiś czas grupa zatrzymuje się i czeka aż dojdę, a Kasia zwana Kaifą dba również o to, abym i ja miała trochę czasu na odpoczynki. Bezcenna jest ta pomoc, bezcenne zrozumienie wszystkich członków grupy. Idziemy dalej
w znakomitych nastrojach zadowoleni, że pogoda nam sprzyja. Czasami droga staje się trudniejsza, cały czas przez las po śliskich liściach, kamieniach i korzeniach. Wreszcie dochodzimy do najtrudniejszego etapu – stromo pod górę to znaczy tak zwane „zasadnicze podejście”. Wiedziałam, że tak będzie, bo trochę pamiętam z poprzedniej wyprawy na Borową. Teraz jednak ta droga wydaje się bardziej stroma niż wcześniej. A może to moja słabsza kondycja? Nie wiem. Trochę ciężko jest, sił brakuje, ale idę. Wkrótce zjawiamy się na Borowej. Weszliśmy tu nawet w czasie krótszym niż przewidywany. Wszyscy otrzymują oklaski i gratulacje. Robimy pamiątkowe zdjęcie. Zauważyłam, że zrobiono ładną tablicę
z nazwą szczytu. Poprzednim razem kiedy tu byłam, na słupku wisiała tylko zwykła kartka, która zresztą co chwilę spadała. Mamy jeszcze krótki odpoczynek, kanapki i herbatę. Następnie schodzimy idąc w kierunku schroniska „Pinokio” w miejscowości Grzmiąca. Droga ze szczytu w dół jest trudniejsza tym bardziej, że nogi już trochę zmęczone. Nie ma co narzekać. Jak się weszło to trzeba zejść-bez dyskusji. Idziemy dalej. Jak to dobrze, że wędrujemy razem. W grupie jest jakoś raźniej i weselej. Czuję jednak już duże zmęczenie, gdyż ta droga jakoś się nie kończy. Trasa jest chyba znacznie dłuższa niż ta, którą szłam ponad rok temu. Wreszcie około godziny 15-tej wszyscy jesteśmy w gościnnym schronisku „Pinokio”. Gospodarze podają pyszny obiad. Wieczorem natomiast radosne rozmowy przy ognisku lub kominku i pyszna kiełbasa. W miarę szybko jednak idziemy spać, gdyż
w niedzielę wcześnie rano wyruszamy na drugi zaplanowany szczyt- Waligórę.
Niedzielny poranek rozpoczyna się pysznym śniadaniem, po którym Ekipa zbiera się do drogi. Zarządzenie od Krzyśków – szefów wyprawy jest takie, że wyjście jest o 7.00 rano. Było trochę spóźnienia i co ciekawe grupa wyszła bez Krzyśków. Krzysztof zwany też Mieczysławem wpadł na genialny pomysł, aby pojechać samochodem do schroniska Andrzejówka i dopiero stamtąd iść na Waligórę. Do samochodu zaproszono także mnie
i mojego tatę. Zatem drugi szczyt zdobywałam nie z całą grupą, a tylko w towarzystwie taty
i dwóch Krzyśków. Co prawda to grupa bardzo mała, ale atmosfera była fantastyczna. Niezły ubaw miałam z tymi Krzyśkami. Co chwilę żartowali wywołując mój śmiech. Na szczycie obaj wymyślili, ze spuszczą mnie na dół najkrótszą, ale najbardziej stromą drogą. Bardzo rozbawili mnie tym pomysłem. Jednak nie skorzystałam i zeszliśmy znacznie łatwiejszą ścieżką. Po drodze spotkaliśmy naszą Ekipę zmierzającą na szczyt. Bardzo się spieszyli ponieważ trzeba było wrócić do Andrzejówki około godziny 13-tej, aby zdążyć na autobus powrotny do Wałbrzycha. Cała Ekipa bez problemu zdążyła wrócić na czas. Przy schronisku podziękowaliśmy sobie za wspólną wycieczkę, pożegnaliśmy się i ruszyliśmy w drogę powrotną najpierw do Wrocławia, a później do swoich domów. Cieszę się, że mogłam znowu być w górach ze wspaniałą Ekipą „Razem na Szczyty”. Jesteście super! Dziękuję Wam i mam nadzieję – do zobaczenia znowu kiedyś na szlaku.
Ania

„…I znowu wszyscy razem…” – Relacja Bogusi z Borowej i Waligóry

Moje/ Nasze dwa Szczyty 🙂

Nadszedł ten weekend. Sobota godz. 5:20 budzi, czas już wstać. Ale zanim
wyjdę z domu na autobus trzeba nakarmić kota pościelić łóżko… ale nie o tym
mowa. Jadę!-  dojeżdżam do Dworca PKP. 6:30 o rany zbiórka o 7:00 a jeszcze
nikogo nie ma. Wkrótce zjawili się pozostali, jeszcze parę ogłoszeń i
jazda!!! Niektórzy autami a inni pociągiem. Po godz. i trochę dotarliśmy
do Wałbrzycha i znowu wszyscy razem.

Wyruszamy – naszym celem Borowa. Przewodzi nami KAJFA 🙂 Idziemy. Moim
zadaniem oprócz wejścia na szczyt jest opieka nad Kamilą moim pierwszym
Uczestnikiem 🙂 Wszyscy są dzielni. Podejścia lżejsze i bardziej
hardcor-owe. Moja podopieczna daje radę. Po paru podejściach, zakrętach
przystankach doszliśmy wszyscy BRAWO. Jesteśmy – Borowa jest nasza. Czas na
odpoczynek doładowanie baterii na wiwaty no i zdjęcia!! O.K. to co dobre
zawsze szybko się kończy. Czas wyruszać w dół do Pinokia miejsca naszego noclegu.

No więc idziemy. Podopieczna dzielna. W końcu widać budynki już
prawie na miejscu. Doszliśmy można zdjąć plecaki siąść rozleniwić przy
kominku na skórzanych hotelach. Ale czas na zupę – pomidorówka pyszna i
wszystkie pasibrzuchy szczęśliwe. Teraz czas na drugie ale ziemniaki
jeszcze nie doszły – oj trzeba czekać. No cóż teraz szefy mogą zebrać kasę no
i znowu doprowadzą mnie do bankructwa 🙁 Jak trzeba to trzeba. Po godzinie
z kawałkiem gospodarze podali drugie danie po królewsku przepysznie tak
pyszne że wszystko wyjedliśmy a hitem były buraczki. Po obiedzie jeszcze
było trochę czasu wolnego ale kiedy zrobiło się już ciemno chłopaki
rozpalili ognisko. Bardzo było fajnie jak zawsze z wyborowym towarzystwem.
Choć jest bardzo fanie to trzeba szybko iść spać bo przecież jutro czeka na
nas Waligóra.

Niedziela poranek śniadanie też podane po królewsku. Nie ma co długo przy
nim siedzieć czas wyruszać bo goni nas czas. Ruszamy Wszyscy z uśmiechami
na twarzach bo słońce świeci i jest błękitne niebo. Kamila daje rade.
Ledwie co wyszliśmy z Pinokia i już pod strome podejście eh… na całe
szczęście były po drodze lżejsze ścieżki. Pogoda cudna podopieczna moja
prywatna uczestniczka bardzo dobrze sobie radzi co za szczęście ( Tomek nie
urwie mi głowy) oby doszła cała i zeszła. Po drodze mijamy stado koni
pięknych koni miałam chęć jednego ukraść ale się w ostatniej chwili się
powstrzymałam. Idziemy do Andrzejówki stamtąd będziemy atakować już
Waligórę. Krótki odpoczynek i ruszamy dalej. Kolejne podejścia ale nie mogę
się poddać no ja co to to nie!!! Zresztą muszę uważać na Kamile no i
pilnować Waldusia by za bardzo nie uciekł w przód. W końcu Wszyscy
znaleźliśmy się na samej górze. Czas rozpakować zwycięska czekoladę. Zdjęcia
uśmiechy wielka radość smak zwycięstwa. To wszystko przemieniło ból mój
stóp i łydki, ale jak coś to mnie nic przecież a nic nie bolało. Czas wracać
z powrotem do Andrzejówki. Na naleśniki. Zeszliśmy szczęśliwie naleśniki
zamówione. I nawet Kiera z Tomkiem zdążyła do nas dołączyć. Choć trochę się
zawiodłam na Kierze specjalnie wzięłam klapki jak by uznała ze muszę się
wykąpać w strumieniu a tu ani strumienia ani Kiery nie było na szlaku. Ale
przecież jeszcze nie jedna góra przed nami.
Dobra naleśniki zjedzone, chyba już wszyscy odpoczęli bo chyba czas wracać
do domów, nie którym spieszy się na pociąg. Przyszedł czas na pożegnanie gór
i ludzi i piesów. No to wio. Po końskiemu 🙂

Dziękuję Wam wszystkim za ten wspaniały weekend Krzyśkom że mnie
wzieliście, Kajfie że nie pozwoliła nam się zgubić no i szczególnie chcę
podziękować Kamili która pozwoliła mi się nią zaopiekować i poczuć się
przez chwile Wolontariuszem.
Do zobaczenia do kolejnej górskiej przygody.

Bogucha Ta

12119171_701706773297614_2878883834299410069_n

 

Jestem taki szczęśliwy, że mogłem spełnić swoje marzenia i to dzięki Kasi, Madzi, Marcie i Ewelinie

Cudowny wypad do Czarnogóry.
Nadszedł długo oczekiwany piątek 18 września 2015 roku. O szóstej rano wyjeżdżam do Rzeszowa, gdzie mieliśmy zaplanowaną zbiórkę. Na miejsce docieram około piętnastej, dziewczyny z Wrocławia już były na miejscu. Mieliśmy jeszcze trochę czasu do odjazdu, więc postanawiamy zwiedzić rynek w Rzeszowie. Tam szybki obiad i udajemy się na miejsce zbiórki, czyli na dworzec autobusowy (ul. Grottgera) – stanowisko „M”. Zbiórka o 18 00, szybkie i sprawne pakowanie i ruszamy. Nocka mija szybko, przejeżdżamy przez Słowację i Węgry. Nad ranem przekraczamy granicę Węgiersko-Serbską i po kolejnych 10 godzinach wjeżdżamy do Czarnogóry. W godzinach popołudniowych docieramy do Śtavna (1750 m n.p.m.), gdzie czekał na nas nocleg. Po rozpakowaniu, głodni gór idziemy zwiedzić okolicę. Wieczorkiem po obiadokolacji zmęczeni podróżą kładziemy się spać. Następnego dnia po śniadaniu ruszamy w góry Kumovi, na trasie: Śtavna (1750 m n.p.m.) – źródła Ljubaśticy – Kom Kućki (2487 m n.p.m. – najwyższy szczyt Gór Kumovi) – Carine – Śtavna [czas przejścia ok. 9 godz.]. Ruszamy bardzo ostro, początkowo po mało wymagającym terenie. Lecz po kilku kilometrach zaczynają się strasznie strome zbocza, luźne kamienie, a tępo nadal nie zwalniało. Trochę zacząłem się stresować. Na szczęście były ze mną dziewczyny z „Razem na Szczyty”, które fantastycznie prowadziły i często asekurowały mnie na trasie przy pojawiających się bez przerwy przepaściach i urwiskach. To było niesamowite i zarazem tak niebezpieczne. Ostatnia godzina podejścia była bardzo wąską granią, po bokach kilkuset metrowe przepaści. Jeszcze do tego nadchodziła burza. My na czworaka, metr za metrem posuwaliśmy się do przodu. Cały czas dziewczyny obok mnie. Jakieś pięć minut od szczytu zaczyna padać deszcz, dziewczyny podejmują decyzję, że zawracamy. Część osób dużo wcześniej została, ponieważ niebo naprawdę wyglądało strasznie. Przewodnik schodząc powiedział , że zalicza nam szczyt, lecz ja myślałem tylko aby bezpiecznie zejść na dół. Nie cierpię schodzenia w deszczu, a niestety całą drogę powrotną padało . Znów bardzo pragnę podziękować dziewczynom, że bezpiecznie sprowadziły mnie do schroniska. Często same narażały się , abym bezpiecznie zszedł w tak trudnym technicznie i strasznie mokrym, śliskim terenie. Naprawdę byłem przerażony, lecz starałem się to ukrywać by dodatkowo nie stresować moich przewodniczek. Po kilku godzinach nareszcie schodzimy do miejsca w którym śpimy. Odświeżamy się po wyczerpującym dniu i udajemy się na kolację. Po kolacji niespodzianka, grupa ze Słowacji, która także mieszkała w naszym campingu zorganizowała dyskotekę. Przyłączamy się do zabawy i po jakim czasie idziemy spać. Kolejnego dnia mieliśmy zdobywać kolejny szczyt, lecz deszcz nadal padał i przewodnik postanawia zmienić program. Po śniadaniu pakujemy się i przejeżdżamy w dolinę Graja, gdzie idziemy dwadzieścia parę kilometrów mokrą doliną pod granicą Albańską. Teren był w miarę łagodny, lecz tempo cały czas szybkie. Po jakichś sześciu godzinach przejeżdżamy autobusem do miejscowości Gusinje, do hotelu. Tam mamy zakwaterowanie i obiadokolację. Po kolacji udajemy się na mały spacer po miasteczku i spaś. Wtorek, rozpoczęliśmy standartowo śniadaniem. Następnie przejazd w dolinę Grbaja, wycieczka piesza w górach Przeklętych na trasie: dolina Grbaja (1130 m n.p.m.) – Karlica – Mali Karanfi l (2119 m n.p.m.) – dolina Grbaja [czas przejścia ok. 8 godz.]. Tak więc zaczynamy kolejny dzień zmagań. Początek znowu ostre podejście w mokrym lesie, liczne korzenie, powalone drzewa, urwiska, strome zakosy, wspaniale… Jakoś dajemy radę, lecz oczywiście bez pomocy dziewczyn , które poznałem dzięki projektowi „Razem na Szczyty” nie postawiłbym tam nawet kroka. Uwierzcie to nie są leśne dróżki przygotowane dla turystów. Tam pełnosprawne osoby muszą poruszać się w pełny skupieniu. Ja natomiast polegałem tylko na Kasi, Madzi, Marcie i Ewelinie. Po kilku godzinach docieramy na szczyt. Chwila oddechu, czas na zdjęcia i dalej w drogę. Przewodnik podejmuje decyzję, że zejdziemy trasą po za szlakiem. Hmm pomyślałem, że to może być ryzykowne, ale cóż w drogę. Już po chwili natrafiliśmy na około dwu metrową szczelinę, głęboką na kilkadziesiąt metrów, którą trzeba było przeskoczyć. Moje wspaniałe dziewczyny oczywiście poprowadziły mnie i bez problemu przeszkodę udało się ominąć. Lecz po chwili kolejne kilku dziesięcio metrowe zejście w duł. Do tej pory bywałem na szlakach zabezpieczanych łańcuchami, czy rurami. Więc znowu na czworaka, kroczek po kroczku, metr po metrze schodzimy w dół. Dziewczyny cały czas mnie zabezpieczały i kierowały. Po jakimś czasie dochodzimy do jakiejś drogi szutrowej i schodzimy nią około trzy godziny w dół do autobusu. Wieczorem obiadokolacja, mały spacer po Gusinje i kładziemy się spać. To był kolejny niesamowity dzień. Nadchodzi kolejny dzień, dziś mamy zdobyć najwyższy szczyt Czarnogóry Zla Kolata (2535 m n.p.m. Po śniadaniu przejazd w dolinę Ropojana, wyjście w górach Przeklętych na trasie: Vusanje (1020 m n.p.m.) – Katun Grlata – Skripa – Cafa ePreslopit – Zla Kolata (2535 m n.p.m. Zaczynamy, obyci już z trudnym terenem pewnie ruszamy w trasę. Szło nam się bardzo dobrze, kilka momentów sprawiło mi trochę problemu. Od przełęczy, jakieś dwie godziny od szczytu zaczęły się trudności. Wiszące półki skalne zawieszone nad przepaściami i luźne zsypujące się kamienie, to było niesamowite. My przyklejeni do skał, ja kierowany, krok za krokiem podążamy ku górze. Naprawdę do tej pory chodziłem po szlakach przystosowanych pod turystów, a tam praktycznie dziewicze tereny, piękna otaczająca nas natura, a zarazem tak niebezpieczna. To było fantastyczne, a zarazem wymagające podejście. Tak, jesteśmy na szczycie, moje marzenie się spełniło, to tylko dzięki Kasi, Madzi, Marcie i Ewelinie. W fantastycznych nastrojach odpoczywamy robimy zdjęcie i podziwiamy piękno natury. Przychodzi czas za zejście, które często jest dużo gorsze niż podejścia. Lecz przy fantastycznej opiece dziewczyn cały czas czułem się bezpiecznie i po kilku godzinach byliśmy w autokarze, który odwiózł nas do hotelu. Tam czekała na nas obiadokolacja i łóżeczka. Nadszedł czwartek, część osób odpuściło sobie wyjście w góry, lecz nasza piątka twardo chętna rusza zdobywać nowe szczyty. Przejeżdżamy w dolinę Grbaja, wycieczka piesza w górach Przeklętych na trasie: dolina Grbaja (1130 m n.p.m.) – Valusnica – Przeł. Cafa – Popadija – Talijanka (2057 m n.p.m.) – dolina Grbaja [czas przejścia ok. 8 godz.]. rozruszani i obeznani z trudnym terenem ruszamy w kolejną trasę. Dzień mija bardzo przyjemnie oczywiście trudny teren, ale przy takich przewodniczkach żadne góry nie są mi straszne. Wieczorem po obiadokolacji oczywiście spacer po urokliwym miasteczku, w którym jeszcze krowy, barany chodzą sobie po ulicach. To niesamowite miejsce. Ostatniego dnie w górach poszliśmy na szczyt, który był widoczny z hotelu. Także było intensywnie, ale już zaprawieni bez problemu daliśmy radę. Wieczorem nadszedł czas na pakowanie, ponieważ następnego dnia ruszaliśmy już do Polski. Rano po śniadaniu zapakowaliśmy się do autobusu i w drogę.
To był dla mnie niezapomniany wyjazd, na pewno będę go bardzo długo wspominał. Jestem taki szczęśliwy, że mogłem spełnić swoje marzenia i to dzięki Kasi, Madzi, Marcie i Ewelinie, które poznałem jakiś czas temu dzięki projektowi „Razem na Szczyty”. Dziewczyny, a także inni wolontariusze poświęcają swój czas, aby osoby z niepełnosprawnościami mogły wyjść z domu i spełniać swoje marzenia i pasję.
Bardzo dziękuje Łukasz.